obraz

obraz

czwartek, 29 marca 2012

Gruzja Gruzinami usiana


Dostałam lot do „perły Kaukazu”, bo tak też zwane jest Tbilisi. Swoją drogą, ja zawsze myślałam, że to jest „T I B I L I S I”, bo tak zawsze słychać było w telewizji, a człowiek sam nigdy nie sprawdził. Dopiero kiedy Google Maps po wpisaniu „Tibilisi” wskazywało mi tylko jakieś miejsce w USA, zaczęłam dociekać. No i okazuje się, że owe miasto to T B I L I S I. Człowiek całe życie się uczy ;)

Załoga z Maroka, Bośni, Indii i Filipin, więc mix totalny. Lot był pełny, ale przyjemny. Akurat tyle czasu, ile potrzebowałyśmy na serwis. Bez pośpiechu, bez zbędnego czasu na zastanawianie się, co robić. Wylądowaliśmy najpierw w Baku w Azerbejdżanie. Tam większość pasażerów wysiadła, została mała garstka, która leciała z nami dalej do Gruzji. Mieliśmy sporo turbulencji po drodze ze względu na silnie wiejący wiatr. Nawet po wylądowaniu samolotem bujało na lewo i prawo. Czułyśmy się bardziej jak na statku wycieczkowym, tak kołysało na boki. Na szczęście wszyscy szybciutko wysiedli, więc i my udaliśmy się na odpoczynek.

Po dotarciu do hotelu miałyśmy jeszcze sporo dnia przed sobą. Przeszłyśmy się więc z dwiema dziewczynami po okolicy. Kapitan przestrzegał, żeby zawsze wychodzić w grupach, bo tak bezpieczniej, więc posłuchałyśmy. Oczywiście gruzińskie wino musiało być zaliczone. Wielka szkoda, że nie mogę ze sobą zabrać choćby jednej małej buteleczki z każdego miejsca, w którym jestem. Ale by się nazbierała kolekcja… Ale wracam do Georgii (bo tak brzmi angielska nazwa tego państwa). Winko kupiłyśmy na wieczorne babskie pogaduchy w hotelu, a tymczasem była pora lunchu, więc uraczyłyśmy się tutejszym chaczapuri. To pyszny placek nadziewany serem, tak jak większość śniadaniowych specjałów, które były do wyboru. Pogoda była ładna, świeciło słońce, a wiatru w samym mieście tak już nie było czuć. Przeszłyśmy więc Aleją Szoty Rustawelego (poeta gruziński) – ulica usiana okazałymi budowlami (opera, teatry, budynki rządowe), sklepikami, kawiarniami, itp. i doszłyśmy do Placu Wolności. W czasach sowieckich był to Plac Lenina z pomnikiem na środku placu. Wraz z wyzwoleniem Gruzini zburzyli pomnik. Dziś stoi tam kolumna ze św. Jerzym, jako symbol zwycięstwa i walki o wolność, odsłonięta w 2006 roku.






Po krótkim spacerze za namową koleżanki z Sarajewa, znalazłyśmy przytulną kawiarnię, uraczyłyśmy się pyszną kawą i ciastkiem i wróciłyśmy do hotelu. Na większe zwiedzanie przeznaczyłam sobie kolejny dzień. Tym razem już wyszłam sama, bo nie było więcej chętnych. Wyszłam z hotelu rano, do czego zachęcało przepiękne słońce. I już kilka metrów od hotelu podszedł do mnie czarnowłosy i czarnooki Gruzin. Pytał o coś, ale nie mam pojęcia o co. Jak zaczęłam do niego po angielsku, to machnął ręką i sobie poszedł. Ja wyciągnęłam więc mapę miasta, obrałam sobie cel i ruszyłam w drogę. Na początku szłam małymi uliczkami, ale kiedy dookoła widziałam samych Gruzinów, wszyscy to rośli mężczyźni, w czarnych skórzanych kurtkach, z czapkami na głowie, skierowałam się na główne ulice. Co prawda co jakiś czas przewijał się między nimi policjant, czy jakiś inny mundurowy, ale moja wyobraźnia zbyt mocno zaczęła pracować. Przez jakiś czas nie wyciągałam nawet aparatu fotograficznego. Ach, bo niepotrzebnie zawsze nas Kapitan nastraszy opowieściami w stylu „zostawcie wszystkie wartościowe rzeczy w hotelu i nie wychodźcie pojedynczo”.



Katedra św. Trójcy, zwana katedrą Sameba – główna prawosławna katedra w Tbilisi, znajdowała się dosyć daleko, po drugiej stronie rzeki, więc obejrzałam ją sobie tylko z daleko. A nie było to trudne, bo miałam na nią widok z okna hotelowego. Muszę przyznać, że robi wrażenie, zwłaszcza w nocy.



Dotarłam natomiast do mostu, a raczej kładki dla pieszych, której nie miałam na mapie, więc trochę mnie zmyliła i sprawiła, że zaczęłam wątpić w swoje zdolności nawigacyjne. Most nazwany został Mostem Wolności, a oficjalne jego otwarcie było w maju 2010 roku, co wyjaśnia jego brak na darmowej mapce, którą dostałam w hotelu. Jest w dość nowoczesnym stylu, w porównaniu do reszty zabudowy miasta. Po jednej jego stronie wyrosło nowe, ogromne kasyno, a po drugiej - park z ławkami z białego kamienia. Jedno i drugie musi być całkiem świeże, bo nawet na Google Maps po obu stronach mostu jest jeszcze wielki plac budowy. Co ciekawe, konstrukcja mostu została zbudowana we Włoszech i przewieziona do Gruzji na 200 ciężarówkach.



Tymczasem po jednej stronie rzeki przed restauracją Buddha Bar rozkładano czerwony dywan i montowano reflektory światła. No i oczywiście musiałam poszperać w internecie, co to się święci. Okazuje się, że sieć Buddha Bar jest znana na całym świecie. W Paryżu, Londynie, Montrealu, Waszyngtonie, Dubaju w tym barze, który właściwie jest też restauracją, gościli między innymi Madonna, David i Victoria Beckham, Cameron Diaz, Johnny Depp, Jenifer Lopez, Sharon Stone i można by tak jeszcze długo wymieniać. A 28 marca miało być właśnie wielkie otwarcie Buddha Bar w Tbilisi. Szkoda, że nie dzień wcześniej, bo bym się przeszła :)


Pokręciłam się trochę po parku, z oddali pstryknęłam zdjęcie Pałacu Prezydenckiego i ruszyłam w dalszą drogę. Prawie z każdego punktu w mieście widoczna jest ogromna statua kobiety, trzymającej wino i miecz. To Kartlis Deda, strażniczka Tbilisi. W jednej ręce trzyma dzban wina, którym wita przyjaciół, a w drugiej nagi miecz, którego smak poznają wrogowie. Cała statua to symbol umiłowania przyjaźni przez Gruzinów i jednocześnie pragnienia wolności i niezależności. 



Rzeka Kura, która płynie przez Tbilisi, okazała się bardzo brudna, ale nie przeszkodziło to okolicznym wędkarzom na tak zwane zamoczenie kija ;) Jeden nawet miał brani, bo widziałam, że walczył, próbując coś wyciągnąć, ale szło mu to tak powoli, że zrezygnowałam z czekania na rezultat. Może lepiej nie widzieć jaka ryba by z tej wody wyszła. O ile to w ogóle była ryba na końcu jego wędki. Zrobiłam jeszcze kilka zdjęć "na Japończyka", czyli na odległość ręki wyciągniętej przed siebie z aparatem w dłoni (tak to jest, jak się idzie zwiedzać samemu), w tle kościół Metechi, który najczęściej jest umieszczany na widokówkach z Tbilisi. Pełnił on wiele funkcji, bo na początku był częścią pałacu, którego resztę w 1795 roku Persowie zrównali z ziemią. Był też więzieniem, które trzymało w swoich murach m.in. dramaturga Aleksandra M. Pieszkowa (Maksym Gorki), teatrem, aż w końcu do wnętrz powróciły msze święte i nabożeństwa. Obok stoi pomnik króla Wachtanga Gorgasali na koniu.




Po krótkim spacerze dotarłam znów na Plac Wolności, gdzie przy malowniczej fontannie, w promieniach słońca odpoczywało wiele osób, głównie starszych. Ktoś uciął sobie drzemkę, ktoś obierał jabłko, czy co to tam było, a jeszcze inni skupieni byli nad zdrapką, próbując rozszyfrować, czy są już milionerami, czy jeszcze nie.




Dzień spędziłam bardzo miło. Lot powrotny do Doha - cztery dziewczyny na całą klasę ekonomicznę, z czego ja w kuchni. A pasażerów na trasie Tbilisi - Baku było 36. W Azerbejdżanie część wysiadło, kilku nowych wsiadło i tak polecieliśmy do Doha z 13 osobami :)

Przede mną lot do Libii. Dzień będzie dość wyczerpujący, bo 5 godzin w jedną stronę, godzinka postoju i powrót do Doha. Później tylko kilkanaście godzin odpoczynku i lecimy obalać Wielki Mur Chiński ;)

Tbilisi, Gruzja 27-28.03.2012

poniedziałek, 26 marca 2012

Z powrotem na ziemię...



... a właściwie w powietrze! Urlop się skończył, tyle się na niego czekało i tak szybko minął! Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili mi swój czas i przepraszam, że nie udało się z wszystkimi odwiedzić. Czasu zawsze jest za mało. I chociaż z jednej strony posiedziało by się jeszcze w Polsce, to z drugiej – przygoda woła! Trochę już mi zaczęło brakować mojej katarskiej codzienności, która przecież jest tak zróżnicowana. Zaczęłam rozróżniać dni tygodnia, nawet wiedziałam, że jest weekend! To już znak, że trzeba wracać do pracy ;) Na „dzień dobry” po urlopie zmienili mi SBY na wypad do Baku w Azerbejdżanie, które od razu skojarzyło mi się z „Przedwiośniem” Żeromskiego (cóż, w końcu jestem córką polonistki) i do Tbilisi w Gruzji, przy czym nocleg mamy właśnie w Gruzji.

Natomiast urlop w Polsce był bardzo udany! Za krótki, ale udany, z rodziną i przyjaciółmi. I po raz pierwszy chyba chodziłam po Krakowie jak turysta, klikając co chwilę zdjęcia. Ale to głównie dlatego, żeby pokazać koleżankom w Doha, jaki piękny jest Kraków. Krakowski magnes już gości na mojej lodówce. Wydałam na niego kupę kasy, ale musiał być idealny. Z kim miałam okazję porozmawiać trochę dłużej, ten dowiedział się trochę więcej o mojej pracy. Chociaż nadal są tacy, który uważają, że moja praca polega na kelnerowaniu w samolocie i tyle. No cóż, nie będę nikogo wyprowadzać z błędu, każdy ma prawo do swojej opinii...







Polska nie przestanie mnie nigdy zadziwiać. Kiedy byłam w Warszawie jeden dzień, już na Dworcu Centralnym przywitał mnie szyld „Dubaj Kebab – dania śródziemnomorskie”. Hmm, po pierwsze, co ma Dubaj do kebaba?! A po drugie, co ma cała reszta do kuchni śródziemnomorskiej! :D Dlatego cieszę się, że mój blog skłania ludzi do zajrzenia w mapę od czasu do czasu. Jak widać, nie jednemu by się to przydało ;)

Przyleciałam do Doha, a tu burza! I to taka z deszczem i piorunami! No tego to jeszcze tutaj nie widziałam. Następnego dnia wszędzie ogromne kałuże, bo nasz piach pustynny nie jest przyzwyczajony do wchłaniania takiej ilości wody. Ba, w ogóle nie jest przyzwyczajony do wchłaniania wody! Cały dzień spędziłam na sprzątaniu mieszkania, bo nazbierała się spora warstwa kurzu (moja współlokatorka też była na urlopie). Wieczorem spotkanie z koleżankami i ostatnie chwile lenistwa. Jutro rano pobudka o 5.00.

Okazuje się, że mojego bloga czyta więcej osób, niż myślałam. Co prawda widzę, ile jest codziennie wejść na stronę, ale podczas pobytu w Polsce dotarło do mnie kilka miłych opinii i informacji kto i jak często czyta. Jeszcze bardziej mnie to podbudowało. Cieszę się, że Wam się podoba, bo przecież dla Was piszę.


Kraków, marzec 2012

sobota, 24 marca 2012

Kwiecień


Pomimo tego, że urlop wciąż trwa, im bliżej 22-go dnia miesiąca, tym częściej sprawdzałam, czy czasem nie pojawił się nowy grafik. Każdy byłby ciekawy, zwłaszcza, że odkąd przeszłam trening na Boeinga, staram się o lot do Sao Paolo. To nasze „staranie” co prawda kończy się na przypisywaniu punktów do wybranej miejscowości, ale ja już od trzech miesięcy na Sao Paolo daję maksymalną ilość.

No i niestety, będę musiała to zrobić po raz kolejny za miesiąc. Nie będzie Brazylii w kwietniu. Ale będzie za to Bangkok w Tajlandii. Z nowości mam też Ateny w Grecji, niestety jest to lot bez noclegu, więc tylko pokiwam z lotniska w kierunku Akropolu.

Tak oto przedstawia się kwiecień:
01-02 – Pekin, Chiny
03 – OFF
04-06 – SBY
07-08 – OFF
09 – Dubaj, UAE
10-11 – SBY
12-15 – OFF
16 – REST
17-19 – Singapur – Bali – Singapur
20 – Bahrajn
21 – Ateny, Grecja
22-23 – OFF
24-27 – Bangkok – Hanoi, Wietnam - Bangkok
28.04 – 01.05 – Mediolan – Nicea - Mediolan

W kwietniu mam aż trzy podwójne loty. Najpierw Singapur z wyskokiem na Bali. Później Bangkok w Tajlandii z lotem do Wietnamu w międzyczasie i na koniec Mediolan z Niceą. Dwa z tych trzech lotów już miałam w swojej karierze, ale nie narzekam. Sporo godzin w powietrzu, więc kwiecień mam pod hasłem „Zarabiamy pieniążki!”

Po raz kolejny trafił mi się długi pobyt w Mediolanie. Tym razem pod koniec kwietnia, więc już będzie wiosna pełną parą. Nie będę pytała, czy ktoś mnie odwiedzi, bo ostatnio to skutku nie przyniosło. W razie czego, wiecie gdzie mnie szukać.

czwartek, 15 marca 2012

Nepal po raz trzeci


Trzeci pobyt w Katmandu postanowiłam przeznaczyć na zakupy. Miałam do zrealizowania zamówienie od koleżanki na 4 szale z pashminy, a i dla siebie chciałam coś znaleźć. Lot w tamtą stronę był w porządku, urzędowałam sobie w kuchni, a na pokładzie była jeszcze jedna Polka, do tego moja sąsiadka z naprzeciwka. Po dotarciu do hotelu okazało się, że nie mają wolnych pokoi, które zawsze przeznaczali dla naszej załogi, więc muszą dać nam apartament! :D A jak zobaczyli, że dwie dziewczyny są z tego samego kraju, to dali nas do jednego. Apartament - bajka! Przede wszystkim ogromny, z wielkim salonem połączonym z jadalnią. Dwie duże sypialnie i ze cztery małe. Łazienek w bród. Za oknem basen, wejście osobne, bo budynek odseparowany od reszty hotelu. Przed wejściem Budda i jakieś inne złote lwy. Luksus! Gdyby tylko zamiast tego telewizora kominek był... ale chyba nie można przesadzać ;)






Tak się Martyna pławi w luksusach ;)

Wybrałyśmy się na obiad na miasto, to znaczy w okolice hotelu. Samochodów, skuterów, motorów - masa, jak to w Katmandu. Kiedy w końcu wśród sklepów z meblami, dywanami i lodówkami znalazłyśmy w końcu jakąś restaurację, która do tego miała wywieszony na szybie bardzo obiecujący napis "free WiFi", zdecydowałyśmy się wejść. Miejsce bardzo ciekawe, bo w podwórku, oddzielone od hałaśliwej ulicy, trochę zieloności dookoła stolików, a nad głowami... suszą się jeansy :D Jak zaczęli przyrządzać nasze potrawy, to w powietrzu zaczęły się unosić kawałeczki... czegoś... nie wiem, jakby palonej gazety. Ale jakby nie było dookoła, jedzenie na gorącym, jeszcze skwierczącym półmisku, było przepyszne. No i WiFi faktycznie było :D 




Po jedzonku zadowolone przeszłyśmy spacerkiem jedną z ulic, gdzie co kawałek można było zobaczyć a to dzieci idące w mundurkach ze szkoły, a to kozę, a to panią ubraną w tęczowe hinduskie sari, palącą kadzidła i robiącą papkę z kwiatów i kto wie z czego tam jeszcze, którą później smarują po czole. Niestety ludzie krzywo patrzyli, jak tylko wyciągałam aparat, więc zrobiłam zdjęcie kozie :D Jest też "zlot" motocyklistów, a raczej pora na tankowanie na stacji benzynowej.






Na koniec quiz: kto policzy ile razy na filmiku słychać klakson? :D



Teraz przede mną urlop w Polsce. Walizka jeszcze nie spakowana, a za 4,5 h przyjeżdża po mnie taksówka. Nie spałam nic po locie z Katmandu, więc pewnie całą podróż w samolocie przekimam. A jutro przede mną długi dzień. Ale co tam! A bo to raz się było ponad 24h bez snu? Dam radę! No bo kto, jak nie ja!? ;)

niedziela, 11 marca 2012

Czasem słońce, czasem deszcz


Rozleniwiłam się trochę przez 4 dni wolnego, które postanowili mi wcisnąć w marcowym grafiku. Urlop, nie urlop, ale ustawowa liczba dni wolnego w miesiącu musi by. No to co, poimprezowało się trochę, bo w końcu ma się te osiemnaście lat skończone ;) Jak przyszło się pakować i szykować do lotu, to już było troszkę gorzej. Ale na szczęście mam na tyle ciekawą pracę, że z odpoczynku w Doha trafiłam na odpoczynek na Seszelach :) Tym razem pogoda nie dopisała, padał gęsty deszcz, wzburzone fale biły o brzeg, ale i tak było pięknie! Może i nie było palącego słońca, nie wylegiwałam się na plaży, ale odpoczynek i tak był doskonały! Czekam jeszcze tylko na taki moment, kiedy uda mi się zobaczyć tak rozsławione przez innych niebo usiane milionem gwiazd. Niestety, do tego nie może być ani jednej chmurki. Nie szkodzi, poczekam. Cierpliwość palcem dół wykopie!

Lecąc na Seszele, po raz pierwszy w życiu wystraszyłam się na pokładzie samolotu. Tuż nad samymi wyspami wpadliśmy w turbulencje. Ale to tak nagle i w takie duże, że pilot stanowczym głosem powiedział przez interfon „Cabin crew take your seats! Cabin crew take your seats!”. I nie wiem co nas bardziej wystraszyło, turbulencje, czy fakt, że sam pilot to powiedział. Takie krótkie komendy wydaje tylko w nagłych i niebezpiecznych przypadkach. Zwykle przy turbulencjach zdążymy się przejść po kabinie, sprawdzić, czy wszyscy pozapinali pasy, pochować wszystkie wózki i co tam jeszcze luzem leży. Tym razem zostawiliśmy wszystko i bach na siedzenia, gdzie tylko było wolne. Tak rzuciło parę razy, że tylko widziałam przerażenie w oczach pasażerów, patrzących na nas z miną szukającą wyjaśnienia, pocieszenia lub jeszcze czegoś innego. Trzeba było zachować kamienną twarz, bez cienia strachu, bo przecież jeśli my spanikujemy, to kto im zostanie?! Na szczęście szarpnęło tylko kilka razy, nikt nie ucierpiał, tylko butelki z wodą pospadały na podłogę i narobiły hałasu. I w jednej chwili człowiek sobie zdał sprawę, jaki jest malutki, zamknięty w metalowej puszce, gdzieś tam w powietrzu…

Ale nie ma się co przerażać. Taka praca. Nigdy nie wiadomo, kiedy los człowieka dopadnie. W samolocie, pociągu, czy na rowerze. A póki co, cieszę się życiem. Tym razem na deszczowych Seszelach. Opady w cale nam nie przeszkodziły w dobrej zabawie, w końcu po trzech lotach (Doha – Dubaj – Doha – Seszele) nam się należało. Znów mieliśmy ekipę europejską: Hiszpania, Holandia, Irlandia i Polska.Była też Koreanka, ale dobrze wpasowała się w towarzystwo. CSD była z Tunezji i okazała się być miłośniczką psów. Miłośniczką, to mało powiedziane. U siebie w mieszkaniu ma już 24 psiaki, większość z nich to małe, białe kulki w kolorowych sweterkach, a na Seszele leciała, by zabrać dwa bezdomne znalezione tam burki, które już otrzymały imiona Tutu i Brownie. I pomimo tego, że pracuje już ponad 10 lat, nie była ani znudzona, ani źle nastawiona do nowej załogi. Dzięki niej atmosfera była tak pozytywna, że cały lot i pobyt na Seszelach był idealny.

Zaczęliśmy od spaceru po plaży i sesji na skałach, które dzięki odpływowi były bardziej dostępne, niż ostatnio. Potem przyszedł czas na lunch i obowiązkowego tęczowego drinka. Kiedy zeszłyśmy z Rose na plażę, by zrobić kilka zdjęć, kilka kropel deszczu spadło nam na głowy, a za kilka sekund zerwała się ogromna ulewa! Niesamowite, jak niewiele czasu było trzeba na taką zmianę pogody. 

Let it rain!





Ucieczka przed nagłą ulewą.

Ratuj się kto może!

Na szczęście nie padało cały dzień, nawet na chwilkę słońce przedarło się gdzieś przez chmury, więc oczywiście wykorzystaliśmy to na plaży. Ale skończyło się tylko na wygłupach przy brzegu, bo fale były tak silne, że w sekundę mogły wynieść człowieka kilkanaście metrów dalej. Mam dowód, jak fala mnie zmywa ;)




Czy w słońcu, czy w deszczu, Seszele nadal są moim ulubionym przystankiem.

Lot powrotny zapowiadał się spokojnie, ale już na początku okazało się, że safety video nie chce się włączyć. W takiej sytuacji CSD daje nam znać i mamy dwie lub trzy minuty na przygotowanie się do manualnej demonstracji. I tak oto po raz pierwszy w swojej karierze wykonałam „taniec stewardessy” stojąc na środku samolotu i pokazując, jak zapiąć pasy, jak założyć kamizelkę ratunkową i gdzie są wyjścia awaryjne :)

Po przylocie miałam 12 godzin na odpoczynek, przepakowanie walizki i przygotowanie się do lotu do Indii. Kto czyta bloga regularnie ten wie, że loty do Indii to jedne z moich… ekhm… ulubionych… I faktycznie, biegaliśmy jak dzicy po kabinie. Poszły dwie butelki whisky, ale tym razem nikt na podłodze nie skończył ;) Kiedyś już obsługiwałam ten lot i przyleciałam na miejsce tak padnięta, że przespałam cały wolny czas, nie ruszając się z pokoju. Tym razem wybrałam się z chłopakami, bo akurat trzech się w locie trafiło (Hiszpania, Słowacja i Tajlandia) na pobliską plażę. Ale tak jak się spodziewaliśmy, plaża za czysta nie była. Sporo śmieci, pełno liści po zjedzonych ananasach i nie powiem czego jeszcze, żeby smaku nikomu nie psuć. Porobiliśmy kilka zdjęć, nawet znalazłam osobnika, który pięknie mi zapozował do zdjęcia. 







Wróciliśmy do hotelu, bo upał robił się coraz większy, a przy hotelu był całkiem przyjemny basen. Więc skoro nie na Seszelach, to złapałam trochę opalenizny w Indiach, popijając mrożoną kawę w chłodzącym basenie. Wieczorem zrywaliśmy boki ze śmiechu przy opowieściach kapitana z Grecji i pierwszego oficera z Włoch. Ku mojemu zaskoczeniu, ten wypad do Indii uważam za udany :)




Został mi jeszcze jeden lot do obskoczenia i ruszam do Polski! Plan już mniej więcej ułożony, zainteresowane osoby poinformowane (jeszcze nie wszystkie, więc nie obrażać mi się!). I do zobaczenia niedługo! W Bydgoszczy, Warszawie i Krakowie! :))

Na koniec, tradycyjnie, albumy ze zdjęciami:
Seszele 09-10.03.2011

Kozhikode, Indie 11-12.03.2012