obraz

obraz

piątek, 27 kwietnia 2012

"Kac Vegas 2"

Ten, kto oglądał, to wie, że film kręcony w Bangkoku. Ale mój wyjazd aż taki odjazdowy nie był. Owszem, w tym mieście można nieźle zaszaleć, ale pod warunkiem, że się jedzie z grupą dobrych przyjaciół, a nie z osobami poznanymi 5 minut temu na briefingu, gdzie każdy żyje w swoim świecie.

Wylądowaliśmy w Bangkoku, samolot leciał dalej do Wietnamu, wymienialiśmy tylko pasażerów i załogę. Wśród ekipy wchodzącej na pokłady były trzy Polki, z czego dwie siedzące już w Katarze ponad 2 lata. Da się? Da się! Więc dziewczyny, ruszać na dzień otwarty! Jak nie w kwietniu do Wrocławia, to w maju do Warszawy.

Podróż do hotelu była dosyć długa i wszyscy byli zmęczeni po locie. Ja byłam jedyną osobą spośród 16 członków załogi, która była tu po raz pierwszy. I pewnie dlatego tak ciężko było kogoś gdzieś wyciągnąć. Ale przecież nie pierwszy raz przyszło mi zwiedzać w pojedynkę. Zrobiłam sobie więc plan samotnego zwiedzania na następny dzień. A tu rano niespodzianka, telefon od dziewczyny z Litwy z pokoju obok. Czyli jednak ktoś słyszał, jak pytałam o wyjście na miasto. Umówiłyśmy się więc na recepcji. Sprawdziłam pogodę - 34 stopnie, a była dopiero 9 rano. Założyłam więc szorty, koszulkę i zeszłam na dół. Okazało się jednak, że jeśli chcemy zwiedzić Wielki Pałac, to w tył zwrot i po długie spodnie marsz! No i jakże to tak, upał 40 stopni, a ja w długich spodniach... Ale co zrobić, niektórych rzeczy się nie przeskoczy.

Widok z hotelowego okna

Widok z hotelowego okna




Wielki Pałac wybudowano w 1782 roku i przez 150 lat służył za siedzibę rodziny królewskiej, rządu oraz sądu najwyższego. Dzisiaj jest już tylko atrakcją turystyczną. Pałac wyglądał naprawdę bajecznie, zwłaszcza z otaczającym go ogrodem. Do samego środka nie weszłyśmy, bo miałyśmy niewiele czasu - popołudniu trzeba było stawić się na lot do Wietnamu i z powrotem. Ale sam Pałac z zewnątrz i otaczający go ogród robiły wielkie wrażenie.










Po drodze miałyśmy jeszcze okazję zobaczyć kilka zakątków miasta. Chciałyśmy się wybrać na rejs po rzece, ale coś te łódki wydawały się zbyt podejrzane. Tak samo, jak ceny, które nam proponowali.








Wieczorem podczas lotu do Hanoi w Wietnamie było całkiem spokojnie, więc czas minął szybko. Tak samo z lotem powrotnym. Wróciliśmy do hotelu w Bangkoku około 2 nad ranem, więc akurat, żeby się trochę przespać i zacząć następny dzień. Podczas kiedy ja obsługiwałam lot do Hanoi, moja malediwska Zośka przyleciała do Tajlandii kolejnym lotem. Rano więc się spotkałyśmy, wypiłyśmy kawkę i ruszyłyśmy na zakupy. Rzeczywiście, tak jak wszyscy opowiadali, można wiele rzeczy kupić bardzo tanio. Trzeba tylko uważać na podróbki.


W drodze powrotnej Po zakupach przyszedł czas na relaks. Temperatura sięgała 40 stopni, więc nie uśmiechało się nam chodzenie po mieście. Zamiast jednej z różowych, niebieskich, czy żółto-zielonych taksówek postanowiłyśmy jechać małym, trójkołowym pojazdem, o wdzięcznej nazwie "tuk-tuk". I to był całkiem dobry pomysł, bo nasz kierowca, przypominający trochę Bruno Marsa, od razu śmignął gdzieś w boczne, wąskie uliczki, omijając cały korek.








Zaserwowałyśmy sobie godzinny masaż z aromaterapią. W przeliczeniu na złotówki kosztowało mnie to może z 50 zł, a tak się przy tym odprężyłam, że aż nie chciało się z łóżka wstawać. Chociaż parę grymasów na twarzy też się pojawiło, przy rozmasowywaniu tych bardziej napiętych mięśni. Po masażu Zośka polecała do Hanoi, a ja kontynuowałam swój relaks nad hotelowym basenem.




Wyjazd uważam za udany, bo i relaks, i zakupy, i trochę zwiedzania. Do tego w drodze powrotnej miałam niezapowiedziany assessment, który poszedł mi bardzo dobrze. Jedna trójka, reszta czwórek (w skali 1-4). Teraz już jestem spakowana na wyjazd do Mediolanu. I jestem bardzo spokojna, bo kapitan, z którym lecimy na imię ma Jesus, więc na pewno będziemy w dobrych rękach ;)

Bangkok, Tajlandia 24-27.-4.2012


A na koniec ciekawy artykuł na temat Doha.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Maj..ajajajaj!

Juuuupiiiiiiiiiii! Zgadnijcie kto w maju leci do Australii poskakać z kangurami?! :D W końcu moje prośby zostały wysłuchane i z trzech obstawianych miesiąc w miesiąc lotów (Sao Paolo, Melbourne i Montreal) dostałam Melbourne! Cierpliwość palcem dół wykopie! Do tego jedna trzecia miesiąca w Polsce i moje ukochane Seszele na dokładkę :) Gdzieś tam pomiędzy wcisnęli mi dwa Dubaje i Muscat, ale zdecydowanie wolę latać z pasażerami w białych disz-daszach (pisownia na pewno nie poprawna, ale tak się tu mówi, na męskie, białe prześcieradła), spoglądających na ciebie spod ciemnych okularów Ray Bana, niż z tymi, co wołają "Sister! Sister! Gimmie kopi!" (dla niewtajemniczonych - to prośba o kawę).

Szczegółowy grafik pojawi się w ciągu dwóch dni.
A tymczasem wróciłam z lotu do Aten. Jestem wymęczona, pomimo tego, że spałam między lotami 8 godzin. Zgłosiłam się na ochotnika do kuchni i jak się później okazało, to była bardzo dobra decyzja. Samolot pełny, połowa pasażerów to Grecy, połowa to Azjaci - turyści. A z nimi, to jak z dziećmi. Tłumaczysz mu menu, ładnie dobierając słowa, tak jak uczyli na treningu. W końcu 5 gwiazdek, to 5 gwiazdek. A on patrzy na ciebie skośnymi oczkami i kiedy skończysz - uśmiecha się i mówi "YES". No tak, wszystko pięknie, tylko że w swoim wywodzie zadałam pytanie, czy ma ochotę na jagnięcinę z pieczonymi ziemniakami i brokułami w sosie beszamelowym, czy może na rybę w pikantnym sosie podawaną z ryżem i warzywami. Odpowiedź "YES" mnie nie satysfakcjonuje. Pytam więc najprościej jak się da: "Lamb or fish?", przy czym między jednym, a drugim robię zdecydowaną przerwę, żeby było wiadomo, ze to dwie osobne rzeczy. Pasażer dalej się uśmiecha i kiwa potwierdzająco głową. Wtedy już się poddaję i idę na łatwiznę. Wiem, że ryba za chwilę mi się kończy, a jagnięciny mam sporo, więc pytam: "Lamb?". Po raz kolejny dostaję potwierdzenie, serwuję posiłek na tacy i wszyscy są zadowoleni. Wino poszło nam prawie całe. Koreańczycy podróżują przeważnie w około 30-osobowych grupach, więc jeśli ktoś z grupy poprosi o wino, to idzie dalej jak domino, wszyscy piją wino. Tak było i tym razem. Ja, pomimo tego, że byłam w kuchni, podczas serwowania posiłków musiałam obskoczyć kilka ostatnich rzędów, ale nie miałam swojego wózka, nosiłam posiłki bezpośrednio z kuchni, więc szło trochę szybciej. Pod koniec pierwszego lotu, kiedy pasażerowie wysiadali w Grecji, my ich żegnałyśmy z uśmiechem, ja dorzucałam od siebie "Efharisto, kali su mera" ("Dziękuję, życzę miłego dnia"), zaskoczeni uśmiechali się od ucha do ucha, odpowiadali (oczywiście tylko grecka część pasażerów) i dzień stawał się piękniejszy :)

piątek, 20 kwietnia 2012

Singapur

Singapur trafia na listę miast, w których mogłabym mieszkać. To miejsce naprawdę robi wrażenie. Jest czyste, schludne i bardzo przyjemne dzięki roślinności. Korków nie widziałam żadnych, nie tak jak w Dżakarcie, gdzie kilkunastokilometrowa podróż do miasta zajęła nam 2 godziny. Singapur naprawdę urzeka. To miasto jest też znane z wielu zakazów. Na przykład za rzucenie śmiecia na ulicę grozi kara 1000$. To samo za, uwaga, żucie gumy! Nie wolno tego robić w miejscu publicznym! Ale to właśnie dzięki temu to miasto jest takie czyste. Wyobrażam sobie, gdyby wprowadzili taki zakaz w Polsce. Założę się, że następnego dnia chodniki świeciłyby się od białych gum do żucia. Tak po prostu, na złość władzom.


Wracając do Singapuru. Tym razem wyszłam wieczorem z Koreanką. Wysiadłyśmy nad rzeką i rozsiadłyśmy się w jednej z restauracji. Zamówiłam przepyszne żeberka wieprzowe i piwo. Karta z piwami była tak okazała, jak niejedna karta win w dobrej restauracji. Wybór piw z całego świata. Chciałam spróbować czegoś nowego. Wzięłam więc piwo z USA, które mnie przyciągnęło nazwą AROGANT BASTARD („arogancki drań”). Było co prawda bardzo gorzkie, ale do mojego obiadu pasowało idealnie. Po jedzeniu trzeba było Spalic trochę kalorii albo przynajmniej rozruszać się, żeby lepiej się trawiło, wybrałyśmy się więc na spacer wzdłuż rzeki. Po drodze minęłyśmy szereg restauracji serwujących owoce morza. Ale nie jakieś tam małże, czy krewetki. Trochę większy kaliber. My byłyśmy już po jedzeniu, ale nawet jeśli byłabym nie wiem jak głodna, wołami by mnie nie zaciągnęli do stołu z takimi krabami!









Następnego dnia obskoczyliśmy lot na Bali i z powrotem. Na kolejny dzień w Singapurze miałam ułożony swój plan wyjścia na miasto. Chciałam zabrać się pierwszym autobusem z hotelu, odjeżdżającym o 10:15. Ale że kilka dziewczyn wybierało się o 8 rano do ogrodu botanicznego, postanowiłam się zabrać z nimi. Byłam bardzo ciekawa, bo przecież całe miasto wygląda, jak jeden, wielki ogród botaniczny, więc co dopiero będzie na miejscu? Pospacerujemy po ogrodzie, później odłączę się od dziewczyn i zrealizuję swój plan zwiedzania. Ogród od samego początku napawał spokojem: ludzie spacerujący, relaksujący się na ławeczce w słońcu, biegający alejkami i rozciągający się na trawie. Nic, tylko do nich dołączyć. Do tego, co drzewo, to z innej bajki. A kiedy dotarłyśmy do części z orchideami, to buzia nie zamykała się z zachwytu. Tyle kolorów, tyle dziwnych kształtów… Może po prostu wrzucę kilka zdjęć.














Dwie dziewczyny zrezygnowały z wejścia do tej części, ze względu na płatny wstęp (5 $). „To tylko kwiaty” mówiły. Tak, ale jakie kwiaty! Kiedy tak chodziłyśmy i podziwiałyśmy piękno natury, zaczęło kropić. Nic nowego, Singapur leży w takiej strefie, że o każdej porze dnia i nocy można się spodziewać prysznicu. Skierowałyśmy się powoli do wyjścia z ogrodu orchidei, gdzie czekały na nas dwie pozostałe dziewczyny. Zaczęło padać coraz mocniej. Ludzie tłoczyli się pod dachem sklepu z pamiątkami, masowo kupując jednorazowe płaszcze przeciwdeszczowe, zrobione z plastikowych worków. Kiedy deszcz trochę złagodniał, postanowiłyśmy wrócić do hotelu. Ruszyłyśmy więc do wyjścia, które jak się później okazało, było dużo dalej, niż zakładałyśmy. Po drodze deszcz nasilał się coraz bardziej, aż zrobiła się z tego ogromna ulewa. A tu ani żadnego dachu, ani pod drzewem się schować, bo zakaz deptania trawy, a alejki były tak kręte, jak tylko mogą być. No tak, jak się spaceruje w słońcu, to można tak sobie chodzić pomalutku, a to w lewo, a to w prawo. Ale jak się ucieka przed gęstym deszczem, to przez te zakręty niezły kawałek drogi się nadrabia. Bawiłyśmy się przy tym świetnie! Było ciepło, deszcze też ciepły, więc i my zadowolone. Dopiero kiedy wszystko nam przemokło do suchej nitki, z bielizną włącznie, sukienki robiły się przezroczyste, zaczęłyśmy na poważnie rozglądać się za taksówką. Ale nie tak łatwo w takim poukładanym kraju zatrzymać taxi na ulicy. Trzeba znaleźć wyznaczone do tego miejsce. A nawet jak już takie znalazłyśmy, to jak nas jeden taksówkarz zobaczył takie przemoknięte, to zrezygnował i odjechał. Drugi się na szczęście zlitował i nawet wyłączył klimę, żebyśmy nie zmarzły. 





Oczywiście z moich dalszych planów wyszły nici, bo po ulewie przyszła burza, którą na szczęście oglądałam już z hotelu. Jak tylko wróciłam do pokoju – gorący prysznic, szlafroczek, kapciuszki i pod kołdrę! Nie wiem, jak oni to robią, ale poduszki hotelowe są zawsze takie mięciutkie i wygodne. Do tego przy łóżku miałam „menu poduszkowe”, można było sobie zamówić poduchę wg własnych potrzeb.


Resztę dnia spędziłam na skype’owych pogaduchach i odpoczynku. Lot powrotny przypadł o niefortunnej porze, kiedy mój organizm był już przyzwyczajony do w miarę normalnego funkcjonowania, zwłaszcza po ostatnich dniach wolnych: w nocy śpi, w dzień pracuje. Przyszła więc noc, organizm do spania, a tu trzeba lot obsłużyć. Do tego jak na złość, wszyscy pasażerowie, a było ich tym razem 217, byli tak grzeczni, tak ładnie spali, że nie było co robić. Całą tę notatkę napisałam właśnie w samolocie, na wysokości 39000 stóp (11887m).

Przede mną dwa ciężkie dni. Po powrocie z Singapuru lądujemy w Doha o 5 rano. Tego samego dnia o godz. 19 mam lot charytatywny do Bahrajnu. Wracam o 23:00, a następnego dnia o 11:30 ruszam do Aten. Niestety ten lot jest z serii turnaround, więc po 5 godzinach lotu czekamy, aż wysprzątają samolot i wracamy kolejne 5 godzin do Doha. No trudno, Ateny zwiedzę sobie innym razem. A tymczasem cały czas jestem pod wrażeniem Singapuru.

Mam kilka filmików z Singapuru, ale nie mam teraz czasu ich załadować, więc pojawią się nieco później.

Singapur 17-20.04.2012