obraz

obraz

wtorek, 3 lipca 2018

U Hobbitów z wizytą



Wyobraźcie sobie, że macie 500 hektarów ziemi, zielonych pastwisk w Nowej Zelandii. Do tego 13500 owiec i 400 bydła. Wiedziecie sobie spokojny żywot jako farmer, prowadząc rodzinny biznes. Aż tu pewnego słonecznego dnia do drzwi puka Sir Peter Jackson i mówi, że chce na waszym polu nakręcić film. To właśnie się przytrafiło rodzinie Alexander. Kiedy reżyser najpierw zadzwonił z propozycją, został szybko spławiony, bo zadzwonił o nieodpowiedniej porze. Senior rodziny, Ian Alxander, właśnie oglądał drugą połowę finałowego meczu rugby, który w tym momencie był dużo ważniejszy. Do tego nie słyszał ani o reżyserze, ani też o Władcy Pierścieni. Do tego miał już niemiłe doświadczenie z ekipą filmową, kręcącą reklamę na jego posiadłości, więc ofertę przez telefon odrzucił. Jackson nie dał za wygraną i wybrał się tam osobiście. Obiecywał produkcję z sukcesem na miarę filmu Titanic, który rok wcześniej (bo działo się to w 1998 roku) zdobył serca wielu kinomanów na całym świecie. Negocjacje się udały i tak się zaczęło. Tak powstała wioska Hobbitów.




Wizyta na planie Władcy Pierścieni i Hobbita to jeden z punktów, które musiały znaleźć się na mojej liście. Chciałam zobaczyć, czym tak zachwycił się Peter Jackson wybierając tę właśnie lokalizację. 
Reżyser miał już kilkanaście miejsc, które brał pod uwagę do nakręcenia filmu. Nie przestawał jednak szukać. I kiedy zobaczył zdjęcia z helikoptera pokazujące farmę rodziny Alexander, na której znalazły się połacie zieleni, staw i ogromne drzewo, czyli dokładnie to, czego szukał, podążając za opisami w książce, to przesądziło o wszystkim. Drzewo, pod którym odbywała się impreza urodzinowa Bilbo Bagginsa było tuż obok stawu, czyli dokładnie, jak to opisał Tolkien. To przesądziło o wszystkim. Pozostałe lokalizacje zostały odwołane i Jackson przystąpił do negocjacji z rodziną Alexander. Pomimo tego, że na farmie było 13500 owiec, nie przeszły one castingu do filmu. Jackson wybrał owce angielskie, które miały ciemne pyski i nogi. Owce były przetransportowane z Wysp Brytyjskich.  







Nie od razu to miejsce stało się sławne. Po nakręceniu Władcy Pierścieni całą scenografię rozebrano. Nie było to trudne, bo zbudowana była głównie z polistyrenu i sklejki. Zbudowano nową na potrzeby filmu Hobbit. Tym razem z drewna, cegieł i betonu. Do tego czasu produkcja miała już mnóstwo fanów, którzy przyjeżdżali na miejsce, pytając czy mogą zobaczyć scenografię. Postanowiono więc, że zrobi się z tego dodatkowy biznes. I tak otwarto dzisiejszy Hobbiton. Drzewo, które tak urzekło Petera Jacksona jest naturalne, ale jest też dąb w 100% sztuczny. Jego liście były przyczepiane drucikami, jeden po drugim. Mało tego, dzień przed zdjęciami, reżyser stwierdził, że kolor liści jest nie do końca taki, jakiego on się spodziewał, więc trzeba było wszystkie przemalować. I znowu, jeden po drugim. Jak już drzewo było w porządku, to zaczęły przeszkadzać... żaby ze stawu. Tak głośno skrzeczały, że trzeba było zatrudnić ludzi, które wszystkie żaby wyłapią i przeniosą do innego stawu.  


"Drzewo urodzinowe" i staw tuż obok


Sztuczny dąb z ręcznie przypinanymi liśćmi

Tu w filmie odbywała się impreza urodzinowa Bilbo Bagginsa

Z innych ciekawostek odnośnie drzew - w książce Władca Pierścieni jest mowa o dzieciach bawiących się pod drzewem śliwy. Peter Jackson stwierdził, że drzewa śliwy są za duże, więc zamiast tego zasadzono jabłonie i grusze. Tuż przed nagrywaniem sceny zerwano wszystkie owoce i zawieszono sztuczne śliwki. Tyle pracy jednak poszło na marne, bo scena ostatecznie nie znalazła się w filmie. Nie wyobrażam sobie ilu ludzi w sumie musiało być zatrudnionych do realizacji filmu, skoro potrzebne były nawet takie osoby, które chodziły w te i we wte przy linkach z praniem, żeby ścieżki wyglądały na naturalnie wydeptane.

Wszystkie domy hobbitów na planie filmowym to tylko zewnętrzne fasady. Sceny w środku były kręcone w studiu w Wellington. Przed każdym domem stoją różne rekwizyty, sugerujące czym zajmował się dany hobbit. Dla tych, co oglądali film (a myślę, że nie ma takich, co by nie oglądali) dwie fasady domów były bardziej charakterystyczne niż reszta. Należały do dwóch bohaterów - Frodo i Sama. 




Tu mieszkał Frodo Baggins...

...a tu Sam Gamgee



The Green Dragon to bar, w którym też były kręcone sceny filmu. Dzisiaj można tam zjeść i wypić. A nawet zorganizować wesele. Każdemu zwiedzającemu przysługuje jeden napój w cenie biletu. Może być z pianką lub bez, jak kto woli. Spacer po wiosce Hobbitów to wyjątkowe przeżycie. Można się na chwilę przenieść niemalże w baśniowy świat. Do tego przewodniczka co kawałek podkreślała, co się w którym miejscu działo: tędy Gandalf wjeżdżał do wioski, tędy zbiegał Frodo Baggins, a tutaj Sam witał się z rodziną. I daję słowo, po powrocie z Nowej Zelandii obejrzałam jeszcze raz wszystkie trzy części Władcy Pierścieni. 
 













Jakie to czasami może się uśmiechnąć do ludzi szczęście. Mieszka sobie taki farmer, z dala od ludzi i od zgiełku miasta i owce sobie pasie. Aż mu niemalże z nieba spada Peter Jackson z milionową ofertą. Ile za wynajęcie pastwiska dostali, to nie wiem, ale to, co zostało im "w spadku" po nakręceniu Hobbita, a co stało się ich rodzinnym biznesem, na pewno jest dochodowe. Ale pomimo tego sukcesu, rodzina Alexander nigdy nie zrezygnowała ze swojej farmy owiec i bydła. Do dzisiaj zajmują się i tym.






A na koniec tradycyjnie album z wszystkimi zdjęciami z Hobbitonu.


sobota, 16 czerwca 2018

Nowa Zelandia - na parującym gruncie

30 ucisków.. 2 wdechy.. 30 ucisków.. 2 wdechy.. jest lekko wyczuwalny puls... ODDYCHA! Blog przywrócony do życia! Teraz chwila na intensywnej terapii i będzie zdrów jak ryba!

A cóż mogłoby być lepszą terapią, jak nie kolejna opowieść o pięknym miejscu na świecie.

Zawsze marzyłam o tym, żeby zobaczyć Nową Zelandię, która kojarzy się z zielonością i z Władcą Pierścieni. Nigdy jednak nie prosiłam o ten lot, bo prawie 17 godzin w samolocie to jednak sporo. A jeśli mam lecieć jako pasażer, to chyba jeszcze gorzej. Kto by wytrzymał tyle godzin na siedząco.. Ale miałam na to jeden sposób. Raz w roku przysługuje mi jeden darmowy bilet, a z racji na mój staż pracy, w miarę dostępności miejsc - jest on w biznes klasie. Tak to można lecieć i 20 godzin. Siedzenie w Boeingu 777 rozkłada się na płasko, kładzie się na nie cienki materac, poduszka i kocyk jest - łóżko jak ta lala! Przespałam zdecydowaną większość lotu do Auckland. Tam wsiadłam w autobus, który zabrał mnie do miasta Rotorua oddalonego o 234km. Niestety pogoda nie dopisała, przywitał mnie deszcz, a właściwie ulewa.


Rotorua to geotermalna stolica Nowej Zelandii. Leży w pasie wulkanicznym przebiegającym przez środek Wyspy Północnej, o długości ponad 200 km i szerokości 40 km. Od razu po wyjściu z autobusu uderza dziwny zapach, który dla mnie był porównywalny do... zgniłych jajek. To siarkowodór z tutejszych wód termalnych. Gorące źródła, baseny błotne, gejzery, parujące wzgórza, dzikie lasy, to wszystko jest tu na wyciągnięcie ręki. Tylko trzeba zdzierżyć ten zapach. I nie, nos się wcale nie przyzwyczaja z czasem.

Zarezerwowałam miejsce w motelu. Tak żeby obniżyć trochę koszty wyjazdu. Można jeszcze taniej, bo w mieście jest mnóstwo ośrodków dla tych, którzy nie mają nic przeciwko dzieleniu pokoju z 10 innymi osobami. Ja już niestety zrobiłam się za wygodna i przynajmniej swój pokój i łazienkę muszę mieć. A że Rotorua to jedno wielkie uzdrowisko, to nawet hotele się temu podporządkowują i większość z nich oferuje w pokojach prywatne wanny z hydromasażem. Taki też pokój zarezerwowałam. Po przyjeździe i sprawnym zameldowaniu zaczęłam się rozkładać w pokoju, kiedy zapukał do mnie Jason z recepcji, mówiąc, że zaszła pomyłka i dostałam nie ten pokój co trzeba. Nic nie szkodzi, jeszcze nie zdążyłam się rozpakować, więc bez problemu mogę się przenieść. Zeszliśmy z piętra na parter, gdzie dostałam mały, zaciemniony pokój, z podobno "lepszym spa". Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że moje "lepsze spa" było na zewnątrz, pod wątłym zadaszeniem. Normalnie machnęłabym na to ręką, bo nie należę do osób, które dzwonią na recepcję, kiedy w pokoju brakuje byle pierdoły. Ale że prognoza pogody przewidywała deszcz, korzystanie z wanny na zewnątrz byłoby niemożliwe. Zapytałam o możliwość zamiany, podkreślając, że pierwszy pokój był tym, który rezerwowałam, a nie ten, do którego mnie przeniesiono. Niestety, nic wolnego już w tej chwili nie mieli, ale obiecali zamianę pokoju następnego dnia. Ok, dobre i to. Po 10 minutach dostałam od recepcji butelkę czerwonego wina z przeprosinami za niedogodności. I w to mi graj!





Pierwsze dni przywitały mnie deszczem. Właściwie "deszczem" to mało powiedziane. Przez dwa dni lało non stop. Jak z cebra. Wybierałam się do miasta, więc chciałam poczekać chwilę, aż deszcz trochę zelżeje. Niestety nic tego nie zapowiadało, więc kaptur na głowę i idę. John z recepcji dał mi parasol, przez który wiatr prawie od razu porwał mnie do góry. Oddałam więc parasol wygięty w drugą stronę i poszłam. W końcu to tylko deszcz, a przynajmniej nie jest zimno. Okazało się, że leje jeszcze bardziej, niż mi się wydawało. Po około 200 metrach moje spodnie były przemoczone do suchej nitki, bo szłam pod wiatr. Zatrzymałam się na chwilę pod wiatą przystanku, z nadzieją, że za jakiś czas przestanie wiać. Nie przestało. Wchodziłam więc do różnych sklepów i kawiarni, tylko po to, żeby trochę obeschnąć.

Następnego dnia wcześnie rano miałam wybrać się do jednej z pobliskich jaskiń. Transport był zaplanowany na 6:30 rano. Żeby mieć pewność, że nic nie przegapię, czekałam na zewnątrz od 6:20. Cały czas padało, ale już nie tak agresywnie, jak w poprzednie dni. No i nowozelandzki halny też już odpuścił. 6:45.. 7:00.. 7:15.. a transportu nie ma. Może coś pomieszałam? Może to była 7:30? W sumie czekałam do 8:00, bo dopiero wtedy w ich biurze odebrała żywa osoba, zamiast automatycznej sekretarki. Co się okazało, wycieczka została odwołana. Jaskinia została zalana i jest niedostępna dla zwiedzających. Dlaczego nikt mnie nie poinformował? Ano dlatego, że przy rezerwacji pani, której dyktowałam mój numer telefonu zapisała go źle. Trochę się już we mnie zaczęło gotować. Najpierw nie ten pokój, co trzeba, ulewa, przez którą już odwołałam zaplanowany spływ pontonem i brak jakiejkolwiek perspektywy poprawy pogody. Teraz jeszcze ponad godzina stania jak kołek na zewnątrz. Chyba to mała lekcja pokory i tego, że nie zawsze wszystko idzie według planu. Czego zresztą nie znoszę ;) Na szczęście udało się przeorganizować plany. Zamiast do jaskiń pojechałam do Wai-O-Tapu, do Parku Geotermalnego Wonderland. Wai-O-Tapu to w języku Maorysów "święte wody".




Na dzień dobry - bulgoczące stawy, pełne gotującego się błotka, które działa leczniczo. Oczywiście pod warunkiem, że temperatura już trochę ostygnie. Samo błoto ma temperaturę 60-80 stopni, ale wydobywająca się para już 100 stopni.








Następnie miejsce opisywane chyba we wszystkich przewodnikach - Gejzer Lady Knox, który został tak nazwany na cześć Lady Constance Knox, drugiej córki 15. gubernatora Nowej Zelandii, Uchtera Knox. Gejzer miał wybuchać codziennie o godzinie 10:15. Dziwne, bo niby jak to możliwe, żeby natura miała wbudowany zegar i co 24 godziny wyrzucała gorącą wodę w górę.. Dotarłam na miejsce, a tam całe przygotowane przedstawienie. Gwiazda Gejzer na środku, a dookoła ławeczki. Zupełnie jak mini amfiteatr. Kiedy ławeczki się wypełniły, zrobiło się całkiem tłoczno. Głowa przy głowie, telefon przy telefonie. Nie było osoby, która nie nagrywałaby całego wydarzenia. Niestety, przecież tak w dzisiejszych czasach się zwiedza i ogląda - przez ekrany telefonów, a nie własnymi oczami. Ale nie mam co marudzić, sama też ustawiłam nagrywanie. Im bliżej 10:15, tym więcej telefonów szło w górę. Ludzie spoglądali na zegarek i zastanawiali się, dlaczego ten gejzer nie wybucha? Przecież miało być o 10:15. Ale o tej właśnie godzinę na "scenę" weszły dwie przedstawicielki parku i zaczęły opowiadać o Lady Knox. No i wyszło szydło z worka. Gejzer wcale nie wybucha sam co 24 godziny. A wszystko ma związek z okolicznościami, w jakich został odkryty. W 1901 roku, zanim oznaczono to miejsce, jako park narodowy, znajdowało się tu otwarte więzienie. Pralki automatycznej nie wynaleziono jeszcze przez kolejnych 36 lat, dlatego korzystano z innych rozwiązań. Gorąca, naturalna woda na terenie więzienia - idealna do prania. Wsypano trochę sproszkowanego mydła, a gejzer zabuczał, zagotował i wystrzelił do góry.  Jak to działa? Gejzer ma dwie komory, niższą ciepłą oraz wyższą chłodniejszą. Ta niższa jest podgrzewana wulkanicznie, natomiast wyższą chłodzi powietrze wchodzące przez krater. Po wsypaniu mydła otwór zatyka się pianą. Dolna ścianka komory rozpręża się, co powoduje przemieszczenie się wód i ich erupcję. I tak nauczono się kontrolować wybuchy Lady Knox - im więcej piany, tym wyżej wystrzeliwała woda. Więźniowie zrobili sobie z tego rozrywkę, ulepili dookoła niewielki wulkan, dzięki któremu woda wystrzeliwała prosto do góry. Zaprosili nawet na pokaz ówczesnego Gubernatora, któremu tak się gejzer spodobał, że nadał mu imię swojej drugiej córki.










Panie jeszcze trochę poopowiadały o tym miejscu, po czym wsypały worek chemicznego proszku w sam środek gardła Lady Knox. 2 minuty nie minęły, zabuczało, zagotowało i wystrzeliło do góry. Nie wiem jak wy, ale gdyby mi ktoś na siłę wsypał mydło do gardła, też bym zaczęła pianą pluć.

Główna część parku Wai-O-Tapu była bardzo przyjemna dla oka, dla nosa trochę mniej. Niektórzy próbowali się ratować maseczkami, takimi samymi, jak polskie anty-smogowe, które nie do końca działają. Ja twardo szłam do przodu, wachlując tylko sobie mapą przed nosem. Wszystkie te gazy ulatniające się z wnętrza ziemi barwiły skały na niesamowite kolory. Niektóre wyglądały tak, jakby je ktoś oblał farbą. A tym czasem za wszystko odpowiedzialna była natura, a konkretnie tlenek manganu za kolor fioletowy, tlenek żelaza za kolor czerwony i brązowy, a siarka za kolor żółty.






Inne miejsca z kolei, dzięki gęstej parze wydostającej się z wnętrz, wyglądały, jakby to tędy właśnie schodziło się do piekieł. Pomijając zapach, spacer był przyjemny. Pomiędzy zbiornikami wody porozstawiane były kładki, ułatwiające przejście. Co kawałek poustawiane też były znaki przypominające o temperaturze wody sięgającej 100 stopni. Nazwy miejsc też były dosyć opisowe, wymienię kilka z nich:

Paleta Artystów - zbiornik wodny, który wyglądał, jakby jakiś malarz maczał w nim pędzel przy tworzeniu wielkiego dzieła. Zielone, brązowe, szare i żółte plamy rozpościerają się po całej powierzchni. A przez środek drewniana kładka prowadząca na drugą stronę.





Kałamarz Diabła - niewielkie bajorko, którego gorąca woda wędrująca ku powierzchni wypłukuje ze skał grafit i ropę naftową, dając specyficzny kolor. Dla pokolenia smartfonów - kałamarz oznacza pojemnik z atramentem do pióra pisarskiego - takiego urządzenia przed długopisem.



Kąpiel Diabła - basen w kształcie "ósemki", o pięknym, limonkowym kolorze. Barwę zawdzięcza aktywnym minerałom i osadom siarki, unoszącym się na wierzchu. Im też zawdzięcza "aromat". Jest bardzo gorące, na głębokości temperatura może sięgać nawet 200 stopni. Może stąd ta nazwa.




Szampański Basen - piękne jezioro, gdzie kolor wody kontrastuje z pomarańczowym brzegiem. Powstało aż 700 lat temu. W miejscu gdzie woda dostaje się do zbiornika, ma aż 230 stopni! Kiedy dociera na powierzchnię, ma zaledwie 74 stopnie. Przy brzegu widoczne są bąbelki utworzone przez dwutlenek węgla, zupełnie jak w kieliszku świeżo nalanego szampana. Do tego pomarańczowy brzeg zawiera arszenik i związki siarki antymonu, bogate w minerały, takie jak złoto i srebro. Jedno jeziorko, a tyle w nim różności. Unosząca się para skutecznie uniemożliwiła mi sfotografowanie szampańskich bąbelków. Czekałam aż wiatr trochę korzystniej zawieje, ale się nie doczekałam. Nic nie szkodzi. Jak widać można się dobrze bawić i bez bąbelków.







Półtoragodzinny spacer pomiędzy kolorowymi basenami i gorącymi źródłami, parującymi skałami i kraterami przenosi w zupełnie inny świat. Pisarz George Bernard Shaw (który swoją drogą był pierwszą osobą, która zdobyła nagrodę Nobla w dziedzinie literatury i Oskara za najlepszy scenariusz adaptowany) odwiedził to miejsce w 1934 roku. Swoją wizytę podsumował zdaniem "Cieszę się, że znalazłem się tak blisko Hadesu i zdołałem wrócić". I rzeczywiście coś w tym jest. Stąpając po wulkanicznym gruncie, wśród unoszącej się pary z niemal każdej strony, ma się wrażenie, że kolejny krater będzie wejściem (lub zejściem) do piekła. 






Są tylko cztery miejsca na świecie o tego typu aktywności geotermalnej: Rotorua w Nowej Zelandii, Yellowstone w USA, Islandia i Kamczatka. Cieszę się, że mogłam zobaczyć jedno z nich. 















A oto link do albumu ze wszystkimi zdjęciami.