obraz

obraz

sobota, 21 stycznia 2017

I tak pojadę!

Czasami ma się wrażenie, że świat wysyła nam znaki, mające zachęcić albo odwieść nas od danych zamiarów. I teraz wszystko zależy od tego, jak bardzo tego chcemy i jak bardzo się boimy, że to nie wyjdzie. Rezygnacja z planów i zrzucenie wszystkiego na "znaki", to dobra wymówka dla tych, którzy nie do końca są przekonani. "Przecież wszystko wskazywało na to, że się nie uda, więc na pewno coś by poszło nie tak". Z drugiej strony to dobra okazja na podjęcie małego wyzwania: "Kłoda pod nogi? Jedna, druga.. o nie! Nie ze mną te numery!". Zwłaszcza, gdy na szali stoi spełnienie marzenia. No i dodatkowo wydane $700 ;)

Moje "znaki" tego dnia zaczęły się wcześnie rano. Korek w drodze na lotnisko. Po godzinie 5 rano?! Jeszcze co najmniej godzina do natężenia ruchu, a tu co? Jadę.. i jadę.. i jadę.. i końca tej podróży nie widać. Ale w końcu się udaje dotrzeć minutę przed czasem.

Czas wyjścia z lotniska. Zazwyczaj skanuję swój identyfikator, zostawiam na maszynie odcisk prawego palca wskazującego, bramka się otwiera i już (teoretycznie) mnie nie ma w kraju. Tym razem zamiast zielonej strzałki wyświetlił mi się ostentacyjny, czerwony znak X. Nic nie szkodzi, zdarza się. Idę do pana Katarczyka Pracującego na posterunku i mówię, jaki jest problem. On coś tam sobie klika w systemie i mówi mi, że nie mam pozwolenia na wyjazd z kraju. Że jaaaak? Takie pozwolenie to zwykła formalność i owszem, jest potrzebne, ale tylko kiedy wybieram się do domu na urlop, a nie kiedy stawiam się do pracy. Ale w głowie mi zaświtało, że parę dni wcześniej wymieniałam swój identyfikator, właściwie to mogę to nazwać tutejszym dowodem osobistym. Odnawia się go co kilka lat i ja właśnie zrobiłam to parę dni temu. Pan Katarczyk Pracujący zgodził się, że to może być przyczyna. Polecił podejść do biura i załatwić papierowe pozwolenie, zamiast elektronicznego. No to idę. Reszta załogi poszła do samolotu, żeby nie opóźniać lotu. W biurze wykonali jeden telefon i powiedzieli, że w 5 minut powinien przyjść mail z zezwoleniem. 5 minut minęło, 10 minut, 15 minut, 20 minut, a maila nie ma!
- Nie wiem, co się dzieje, zazwyczaj przychodzi w 5 minut - powiedziała nie za bardzo zatroskana Filipinka - Może to dlatego, że jest piątek rano (czyt. sobota) - Po krótkiej chwili oczekiwania oznajmiła mi, że jeżeli mail nie przyjdzie w ciągu kolejnych 10 minut, to będzie musiała wysłać na lot kogoś innego. Takie są procedury. Moja akcja serca od razu przyspieszyła, oczy się rozszerzyły i z proszącym wyrazem twarzy zwróciłam się do niej. Szkoda ściągać kogoś z domu, skoro ja już jestem na miejscu, przygotowana. Wystarczy ściągnąć ten papier, a ja już lecę prosto do samolotu.
- Przykro mi, takie są procedury.
Email przyszedł po 7 minutach. Uratowana!

Po wylądowaniu w Los Angeles, w drodze do hotelu korek. Ale nie taki, jak zazwyczaj, ale taki o 30 minut dłuższy. Pomyślałam sobie wtedy "Wystarczy już tych znaków! I tak pojadę!"

W planowaniu całego tego przedsięwzięcia umknął mi jeden szczegół. Tak jak zazwyczaj nasza firma lubi nas umieszczać w hotelach blisko lotniska, tak tutaj nasze miejsce pobytu znajduje się o 40 minut drogi i to przy normalnym natężeniu ruchu. Szybko więc się zwinęłam, zabrałam co miałam zabrać i z powrotem na lotnisko. Korek w tę stronę okazał się tak samo duży, jak do miasta. Nie dosyć, że podjechałam pod lotnisko bardzo późno, to jeszcze wysiadłam terminal wcześniej. Przed moją taksówką ruch stał zupełnie. Podziękowałam kierowcy, wysiadłam i biegiem przez terminal z plecakiem na plecach. Na szczęście nie wszystkie linie lotnicze mają takie same zasady, jak nasze, że na godzinę przed odlotem zamykają odprawę. I to mnie uratowało.

Wyruszyłam z lotniska w Los Angeles do Phoenix. Okazuje się, że loty krajowe, to prawie jak jazda autobusem. Nikt nie sprawdzał mi wizy, a na paszport spojrzeli tylko dlatego, że nie miałam tutejszego dowodu tożsamości. Phoenix do tej pory kojarzyło mi się z nagłymi przypadkami medycznymi na pokładzie. Wiem, to dość nietypowe skojarzenie, ale już tłumaczę dlaczego. W Phoenix mieści się MedAire, organizacja, w której pracują lekarze ze specjalizacją z medycyny ratunkowej. Są pod telefonem 24 godziny na dobę, do dyspozycji linii lotniczych, okrętów, jachtów. Załoga samolotu jest przeszkolona z pierwszej pomocy, ale zdarzają się też bardziej skomplikowane przypadki, które wymagają już jakiejś wiedzy medycznej. Dlatego z każdego miejsca na ziemi, a raczej z powietrza, możemy się skontaktować z lekarzem, który powie co robić. I ci właśnie lekarze bazują w Phoenix. 

Miałam godzinę na przesiadkę, więc akurat wystarczająco tyle, by przejść do drugiego samolotu, odwiedzając po drodze sklep z pamiątkami. Drugi samolot był o wiele mniejszy, ale też lotnisko docelowe wielkich rozmiarów nie było. I tak oto przed północą wylądowałam W Flagstaff. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie obserwowała załogi American Airlines i nie porównywała ich pracy do tego, co znam ze swojego życia codziennego. Moje oba loty były co prawda krótkie, ale dało się zauważyć pewne różnice. Nie będę się na ich temat rozpisywać, bo zaraz mi ktoś powie, że najeżdżam na konkurencję. Ja powiem tylko tyle, że żadna to dla nas konkurencja. Ale ważne, że zabierają ludzi z miejsca A do miejsca B.

Jestem w Flagstaff. Można by pomyśleć, że przed lotniskiem zawsze znajdzie się taksówkę. Otóż niekoniecznie. Tutaj było pusto. Na lotnisku wszystko pozamykane (wszystko, czyli jedna kawiarnia). Już miałam szukać Internetu, żeby skorzystać z niezawodnego Ubera, kiedy podjechała taksówka. Niestety pan był już umówiony z konkretną osobą, ale był na tyle miły, że zadzwonił po kolejne taryfy, bo przed lotniskiem zebrała się już spora grupka ludzi rozglądających się za samochodami. Po 10 minutach już siedziałam w aucie w drodze do hotelu. Przynajmniej przy rezerwacji wydawało mi się, że to hotel. A tu przyjeżdżam pod typowy, amerykański motel jak z filmów. Wejście do każdego pokoju jest z zewnątrz, a nie z hotelowego korytarza. Recepcja wydająca klucze mieściła się w małym budynku obok. Północ. Jak nic scena z taniego horroru amerykańskiego, gdzie jakiś psychopata wybija po kolei wszystkich bohaterów. Wysiadłam z taksówki, a ta odjechała od razu. Cicho... Ciemno... Wyobraźnia zaczyna działać. Podchodzę do recepcji - zamknięte. Na szybie kartka "Brak wolnych miejsc". Po mojej taksówce już śladu nie ma. Wyobraźnia podsuwa mi coraz to bujniejsze scenariusze. Sama o północy, w środku jakiejś mieściny, dookoła ni żywego ducha. Rozglądam się więc, z której strony może ten psychopata wyskoczyć. I nagle zauważyłam maleńki przycisk, który mógł być dzwonkiem. No to próbuje. Po 2 minutach gdzieś na zapleczu zapaliło się światło. Wyszedł zaspany Hindus w piżamie i przecierając oczy powiedział:
- Pani Martyna? Czekałem na panią - Udało się. Martyna vs. wyimaginowany psychopata 1:0. 


Wejście do mojego pokoju.



Pokój był całkiem przyjemny, a przynajmniej odpowiadał temu, co było na zdjęciach w Internecie. Szybki prysznic i do spania, bo na następny dzień potrzeba energii. 

Śniadanie, które było wliczone w cenę pokoju, trudno było nazwać śniadaniem. Raczej porannym poczęstunkiem. Ale nie narzekałam. Banany i jogurt w zupełności mi wystarczą. Posiedziałam chwilę przed swoim pokojem, wygrzewając się w porannym słońcu, aż przyjechała po mnie Leslie, moja dzisiejsza przewodniczka. Dzień zapowiada się upalnie. Czapka z daszkiem, krem z filtrem UV 50 i butelki wody mineralnej to podstawowe wyposażenie. No i aparat fotograficzny, oczywiście. Ta wycieczka marzyła mi się od dawna. Była na liście osiągalnych, ale wymagających pewnego wysiłku organizacyjnego. Nie tak jak np. europejskie miasta, gdzie ląduje, zwiedzam i wracam - nazwijmy to poziom trudności 1. Tę wycieczkę zaliczam do poziomu 2. - lecę z pracy w jedno miejsce, ale organizuję sobie jakiś większy wypad, jeśli czas na to pozwala. Tak było np. z wyjazdem nad Wodospad Niagara, czy Great Ocean Road w Australii. Jest jeszcze poziom 3., który wymaga zorganizowania całego wypadu osobno, w miejsce do którego moje linie nie latają. Na tej liście mam np. Machu Picchu, czy Preikestolen w Norwegii. A i dzisiejsza wyprawa to tylko mała cząstka tutejszego obrazu, który jeszcze kiedyś chcę odkryć w całości. Ale na razie to, co tego dnia widziałam musi wystarczyć. 

Moja przewodniczka wycieczki, Leslie, okazała się mieć korzenie polskie. Jej dziadek o nazwisku Ptak pochodził z Warszawy. Babcia też z Polski, ale nie chciała się przyznać skąd dokładnie. Jak dla mnie, za tym może się chować jakaś ciekawsza rodzinna historia. 

Podczas podróży krajobraz za oknem zmieniał się bardzo szybko. Od pagórkowatych, lesistych terenów pełnych sosen, przez trawiaste stepy, płaskie i puste jak daleko okiem sięgnął, aż po czerwono brązowe skały wyrastające w górę. Leslie umilała nam czas opowieściami o okolicy i o ludziach z plemienia Navajo, którzy są tu obecni do dziś. 

Ale o tym opowiem następnym razem.






wtorek, 22 listopada 2016

California dreaming...

Jak już się oswoiłam ze zmianą systemu operacyjnego z Windowsa na Maca, to teraz zmuszają mnie do kolejnej zmiany. Od początku prowadzenia bloga przechowywałam zdjęcia w Picasa Web Albums. Wszystko mam już obcykane co i jak, a tu nagle zmuszają mnie do przejścia na Google Albums. Wiem, że jeśli ktoś już z tego korzysta, to powie, że to lepsze, bardziej przejrzyste, bla, bla, bla. Ale ja znowu przez jakiś czas się będę musiała przyzwyczaić, więc jak będą jakieś chochliki przy udostępnianiu albumów, to bądźcie dla mnie cierpliwi ;) 

Wreszcie mogę napisać o słonecznej Kalifornii. Jak dotąd to nasza najdłuższa trasa. Lot trwa ponad 15 godzin, a trasa przebiega nad biegunem północnym. Wiele osób zadaje pytanie, dlaczego akurat taka trasa. Dlaczego lecimy "łukiem" z Kataru, nad biegun północny i w dół do Kalifornii. Dlaczego nie można lecieć po prostu na zachód w linii prostej, gdzie trasa byłaby krótsza. Otóż tak się tylko wydaje. Ale kiedy się spojrzy nie na płaską mapę, a na okrągły globus, to już będzie widać, że ta trasa wcale nie jest dłuższa. Poza tym dobrze, żeby podczas lotu (oczywiście w miarę możliwości) było zawsze jakieś lotnisko pod ręką, na wypadek konieczności awaryjnego lądowania. 


Oczywiście nie mogłam przegapić momentu, kiedy będziemy przelatywać tuż nad Biegunem Północnym. Nawet jeśli nie nad samym Biegunem, to i tak najbliżej jak kiedykolwiek będę. Widoki, tak jak się tego spodziewałam, były fantastyczne. Najpierw szeroka woda przykryta śniegowym lodem, pękającym na drobne kawałki. Kry dryfujące blisko siebie z góry wyglądały, jak rozkruszony i rozsypany styropian.. Potem połacie lodu z głębokimi pęknięciami, które krzyczą wręcz o ocieplającym się klimacie. Aż w końcu stały ląd z grubą pierzyną śniegową. Aż by się chciało w niej zanurzyć... Ale tylko na chwilę. Bo tak na dłużej, to nawet kombinezon polarny, który mamy na pokładzie na wypadek awaryjnego lądowania w takich warunkach, by nie pomógł. 






Dotarliśmy do hotelu w Anaheim, miejscowości położonej około 45 km od Los Angeles. Miasto to jest dość popularne wśród turystów, bo znajduje się tu Disneyland. Dlatego po ulicach spaceruje pełno turystów, zwłaszcza rodzin z dziećmi, z czego co druga osoba ma czapkę lub opaskę z uszami Myszki Miki. Część mojej załogi też się tam wybierała. Ja miałam jednak inne plany. 

Dookoła wysokie palmy, jedna koło drugiej. Hotel jak zawsze imponujący, ale tym razem jedna rzeczy przykuła moją uwagę. Winda. Żeby ją przywołać nie było guzików ze strzałką w dół i w górę, jak to zazwyczaj bywa. Był panel z numerkami. Trzeba było od razu podać, na które piętro chce się jechać, a na wyświetlaczu pokazywał się numer windy, do której trzeba wsiąść. Po wejściu do środka już żadnych guziczków (oprócz alarmowego) nie było, więc nie można było zmienić zdania. Winda zabierała nas na wcześniej wybrane piętro. Myślałam, że tylko dla mnie to jest nowość, ale kiedy widziałam inne osoby nerwowo rozglądające się dookoła, bez przekonania, czy aby na pewno winda zabierze ich na właściwe piętro, to trochę się lepiej poczułam. 






Na zwiedzanie jak zawsze czas ograniczony. Chciałoby się zobaczyć wszystko, zatrzymać w każdym miejscu, zobaczyć coś z bliska, pobyć przez chwilę bez ciągłego spoglądania na zegarek. Może na emeryturze, ale na pewno nie teraz. Teraz część przez szybę autobusu, bo najpierw trzeba do miasta dojechać. Kierowca, a zarazem przewodnik wycieczki - Meksykanin Guido - umilał nam czas opowieściami. Wiadomo, że jak się jest już tak blisko Hollywood, to cała okolica jest jednym wielkim planem filmowym. I tak przejeżdżaliśmy obok poplątanych wstążek autostrad, gdzie kręcono "Speed: Niebezpieczna prędkość" z Sandrą Bullock i Keanu Reeves, albo "60 sekund" gdzie Nicolas Cage kradł moją wymarzoną Eleanorę - Mustanga Shelby GT 500 z 1967. 






Kiedy już wjechaliśmy do miasta, w opowieściach Guido pojawiało się jeszcze więcej znanych nazwisk. A to miejsce, gdzie Marylin Monroe się zaręczyła. Ta restauracja należy do Leonardo DiCaprio. A w tym studiu Angelina Jolie robi swoje tatuaże. A tutaj poznała się z Bradem Pittem. A to na tym budynku się wzorowali, tworząc rezydencję Tonny'ego Starka w Iron Manie. A w tym sądzie Michael Jackson miał rozprawę. I tak dalej.. i tak dalej.. a my tylko raz na lewą stronę autobusu, raz na prawą. 



Wejście do sądu, gdzie rozprawę miał Michael Jackson




Niepozorne studio tatuażu, gdzie tatuuje się Angelina Jolie

Ale w końcu doczekaliśmy się pierwszego przystanku, Hollywood Boulevard i Aleja Gwiazd. Jakby to magicznie nie brzmiało, to zwykła ulica z chodnikiem, na której znajdują się gwiazdy z nazwiskami znanych osób. Dookoła ruch, pełno przebierańców i artystów na ulicach. Sporo początkujących muzyków sprzedających swoje pierwsze płyty. Ciężko powiedzieć, kto z przechodniów jest mieszkańcem. Raczej przeważająca liczba turystów. No i znów te wysokie palmy po obu stronach ulicy. Pierwszym miejscem do którego się wybrałam był punkt skąd już widać słynny znak HOLLYWOOD. 




Nie ma chyba osoby, która by tego znaku nie kojarzyła - wysokie na 14m białe litery wyróżniają się na tle zielonego wzgórza. Nie każdy jednak zna jego ciekawą historię. Znak postawiono w 1923 r., początkowo brzmiał on "Hollywoodland" i miał być reklamą nowo powstałego osiedla mieszkaniowego. Napis był wtedy podświetlany przez 4000 żarówek. Zatrudniono nawet osobę, pana Alberta Kothe, który miał dbać o to, żeby każda przepalona żarówka została jak najszybciej wymieniona. Pan Albert opiekował się znakiem przez kilka lat. Któregoś razu wypił zdecydowanie za dużo i w drodze do pracy, zjechawszy z drogi, przekoziołkował przez zbocze wzgórza i wylądował swoim Fordem na literze H. Panu Albertowi nic się nie stało, ale Ford i litera H były skasowane. Literę naprawiono, a panu Albertowi zapewne podziękowano za współpracę. Nieszczęsna litera "H" zasłynęła raz jeszcze, kiedy to w 1932 roku młoda aktorka Peg Entwistle, zniechęcona słabym rozwojem swojej filmowej kariery, wdrapała się po drabinie na szczyt litery, skąd rzuciła się w dół wzgórza, ginąc na miejscu. Niektórzy podobno widywali później jej ducha, spacerującego pomiędzy literami. 

Przez kolejne lata napis niszczał, skradziono nawet wszystkie żarówki podświetlające. Osiedle było już zamieszkane, więc nikt nie potrzebował reklamy, która pochłaniała pieniądze. Napis zaczął szpecić okolicę. Ziemię razem ze znakiem sprzedano więc miastu. W 1949 roku zrezygnowano z końcówki "LAND" i odrestaurowano pozostałe litery. Tak zadecydowali mieszkańcy miasta, którzy zdołali się już do znaku przyzwyczaić. Kolejna renowacja miała miejsce niespełna 25 lat później, na 50. urodziny napisu. Niestety, niedługo po "urodzinach" wprowadziły się tam... termity. I po raz kolejny napis został zdewastowany. Litera "O" runęła w dół, a ktoś podpalił literę "L". Miasto nie kwapiło się do wydawania kolejnych pieniędzy na odrestaurowanie napisu. I tu z pomocą przybył Hugh Hefner, właściciel "Playboya", który zorganizował zbiórkę pieniędzy wśród sławnych i bogatych. Dzięki temu każda literka znalazła swojego sponsora, m.in. są to wokalista Alice Cooper, firma Warner Bros, czy Gene Autry, który zyskał sławę jako śpiewający kowboj w radiu, telewizji i filmach. Sam Hugh zafundował "'Y". Stary napis został zniszczony, a na jego miejsce wylano betonowe podłoże, postawiono stelaże, a następnie helikopterem przetransportowano każdą literę z osobna. Dlatego teraz mówi się, że napis został uratowany przez playboya, rockmena i śpiewającego kowboja. 

Ale dosyć już o napisie. Następnym razem spróbuję podjechać do niego trochę bliżej. Jak na pierwszy raz zdjęcie z daleka i ta garść informacji musi wystarczyć. 

Gdzieś przeczytałam taką opinię, że Hollywood to bardziej stan umysłu. I chyba się z tym zgadzam. Z zewnątrz wale nie widać, żeby była to fabryka gwiazd, czy miejsce, gdzie spełniają się marzenia o karierze. Wyobrażam sobie ile muszą się nachodzić i nastarać osoby, które chcą się wybić. Ci słabsi szybko się zniechęcą, potykając się o kolejne przeciwności losu. Ci którym szczęście trochę pomoże rozpoczną wspinaczkę po szczeblach kariery i może nawet doczekają się różowej gwiazdy ze złotym napisem na chodniku. Ludzie wpadają tu co chwilę na siebie, bo wzrok mają wlepiony w ziemię, w poszukiwaniu nazwisk swoich ulubieńców. Co ciekaw, nawet fikcyjne postaci mają tu swój ślad, np. Kubuś Puchatek, czy Kaczor Donald. Pooglądałam ich trochę, zrobiłam sobie zdjęcie z gwiazdą Marilyn Monroe i poszłam do ogromnego sklepu z pamiątkami, bo przecież trzeba przywieźć magnes na lodówkę. A w sklepie niespodzianka. Replika błękitnego Cadillaca Eldorado Biarritz 1959, jakim jeździł kiedyś Elvis Presley. Nic dziwnego, że panny kiedyś tak za nim piszczały. Też bym pewne piszczała. Ale bardziej za samochodem. 



















Jedziemy dalej, kierunek Beverly Hills. Niestety od jakiegoś czasu autobusy wycieczkowe mają zakaz parkowania w tej dzielnicy, dlatego zwiedzam ją tylko przejazdem. Ale tu znowu kilka ciekawostek. Beverly Hills to miasto bogatych. Można tu spotkać gwiazdy kina, celebrytów w eksluzywnych restauracjach, czy butikach. Do niektórych sklepów trzeba się umawiać wcześniej na wizytę, nie da się wejść ot tak, z ulicy. Nic dziwnego, skoro skarpetki kosztują tam $50, a garnitury do $15000. Miasto kreuje się na miejsce idealne, dlatego nikt tam się nie rodzi i nikt nie umiera. Teoretycznie, bo wiadomo, że natura zawsze i tak robi swoje. Ale w Beverly Hills nie ma ani szpitala, ani cmentarza. Akty urodzenia są więc wystawiane gdzieś indziej, a i akty zgonu są odpowiednio przez lekarzy wypisywane. Pacjent zawsze jest zabierany w karetce i umiera już poza granicami miasta. Czas interwencji policji po przyjęciu zgłoszenia nie przekracza 2 minut. Nie ma tu reklam i bilbordów, ani też słupów telefonicznych, czy drutów wysokiego napięcia. Nawet tutejsza poczta oferuje usługi parkowania samochodu. Po odebraniu paczki wręcza się portierowi kluczyk, a on podstawia samochód pod drzwi. 





Ostatnim przystankiem mojej podróży była Santa Monica, miasto modne wśród turystów i wczasowiczów. Szerokie, długie plaże, liczne sklepy i historyczne molo - Santa Monica Pier - dla tego wszystkiego warto tu chwilę zostać. Z tym miastem wiążą się też dwie ważne trasy w USA. Tuż przy plaży prowadzi droga nr 1, łącząca Los Angeles z San Francisco, na pewno dostarczająca niesamowitych wrażeń, jadąc zachodnim wybrzeżem Ameryki. Już stąd widać było plaże Malibu, gdzie kręcony był znany serial "Słoneczny Patrol". Natomiast na molo w Santa Monica kończy się słynna trasa 66, mająca swój początek w Chicago. Także stałam już przy jej początku i przy końcu. Kiedyś wypadałoby się jeszcze środkiem przejechać. Ale wróćmy do Santa Monica. Większość czasu spędziłam na molo, bo po prostu nie chciało się z niego schodzić. Piękna pogoda, szum oceanu, liczni muzycy umilający czas grą na instrumentach, stragany, restauracje. Mieści się tu nawet park rozrywki z diabelskim młynem i kilkoma karuzelami. Idealne miejsce na wakacje nad morzem. Co ja mówię, nad oceanem! 

Droga stanowa nr 1, prowadząca do San Francisco




Widok na Malibu w oddali










Pamiętajcie, jak prosić kogoś o zrobienie zdjęcia, to tylko Japończyka :)

Podczas lotu powrotnego do Doha spotkała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Dogadałam się wcześniej z pilotami, żeby szybko po mnie zadzwonili, jeśli tylko zobaczą pewne zjawisko. Tak jak pisałam na początku, nasza trasa przebiega blisko Bieguna Północnego. Miejsce, pora roku i czas, w jakim lecieliśmy zdecydowanie sprzyjał powstawaniu zorzy polarnej, którą do tej pory znałam tylko z książek. Ale kiedy pilot zadzwonił, złapałam szybko za aparat i pobiegłam do kokpitu. A tam za oknami coś niesamowitego - z lewej strony widać, jak wstaje świt, a z prawej, na czarnym jeszcze niebie tańczyły zielone strumienie światła... Nie mam nawet do czego tego widoku porównać, bo był tak wyjątkowy. Jakby z góry ktoś strzelał mnóstwem zielonych laserów. Jak już zebrałam swoją szczękę z podłogi, pozmieniałam ustawienia w aparacie, bo nie łatwo było złapać to zjawisko na zdjęciu. Inne dziewczyny próbowały z telefonami, ale żaden nie dał rady utrwalić tego efektu. Moim aparatem coś się udało, chociaż dobrej jakości zdjęcia to to nie są. Ale do dziś kiedy zamknę oczy, zielone, błękitne i fioletowe promienie tańczą na wysokości 12000m... 






A na koniec tradycyjnie link do całego albumu. Niestety z nowymi ustawieniami albumów Google, nie wiem jak wstawić miniaturkę albumu, tak jak to robiłam poprzednio. Jeśli jakaś mądra głowa informatyczna wie, to proszę o podpowiedź :)