obraz

obraz

piątek, 18 kwietnia 2014

Good morning Vietnam!

Ach co to była za wycieczka! Tak długo wyczekiwana. Oczywiście przygotowałam się do niej odpowiednio wcześnie. W Wietnamie wylądowaliśmy w południe. Przeprawa przez lotnisko i dojazd do hotelu jak zwykle trochę zajęły. Miałam do dyspozycji popołudnie. Za namową koleżanek i kolegów z lotu, nie zabrałam ze sobą żadnej torebki, bo ponoć często wyrywają lub po prostu podcinają pasek. Upchałam więc pieniądze do kieszeni, założyłam aparat na szyję i podczas kiedy reszta załogi już smacznie spała albo układała się na stołach do masażu, ja ruszyłam w miasto. 

Pierwszym punktem był Ben Thanh Market. Podobno jest tam wszystko i tanio. Ja poszłam jednak bardziej z ciekawości samego miejsca, niż na zakupy. Całość znajduje się pod zadaszeniem. I bardzo dobrze, bo jak dotarłam na miejsce, to się rozpadało. Jak tylko weszłam do środka, to myślałam, że obrócę się na pięcie i wyjdę. Zapach, który mnie uderzył, był mieszanką wszystkiego, co możliwe: owoców, przypraw, ryb, mięsa, kawy, herbaty, zup, smażonych potraw i różnych azjatyckich dziwactw, których nie umiem nawet określić. Ale nie po to przyjechałam, żeby dać się odstraszyć zwykłemu smrodowi. Wytrzymałam więc kilka minut, aż nos się przyzwyczaił. Jedzenia nie miałam zamiaru tu kupować, bo nie wiadomo, jak mój żołądek na to by zareagował. Ale na świeżo mieloną kawę orzechową się skusiłam. Widziałam nawet kawę "eXpresso" na wystawie. Teraz już wiem skąd ci wszyscy ludzie biorą tę nazwę. Nie raz na pokładzie, kiedy ktoś prosi o podwójne eXpresso, ma się ochotę powiedzieć "Expresso niestety nie mamy, ale zamiast tego mogę podać espresso". Ale to już by było niegrzeczne. Stewardessie 5-gwiazdkowych linii wypada tylko się uśmiechnąć i odpowiedzieć "Już podaję". Nie mnie uczyć poprawności językowej.


Kawa eXpresso







Skusiłam się na zakup małego plecaka, takiego żeby mi się zmieścił aparat fotograficzny, mapa i butelka wody. Od razu poczułam się bardziej turystycznie. Ruszyłam dalej zgodnie z moim planem. Przy wyjściu z targu, chyba na oczyszczenie dróg oddechowych, stało stoisko z kwiatami. Coś naprawdę przepięknie kolorowego. 


Po drodze dało się zauważyć to, o czym wiele ludzi wspominało w internecie. W Ho Chi Minh i okolicy mieszka obecnie około 9 mln osób. Zarejestrowanych jest 340 000 samochodów i.. 3,5 mnl motocykli! Dlatego kiedy droga ma dwa pasy ruchu w jedną stronę, jeden z nich jest dla samochodów, a na drugim tworzy się kilka linii motorów i skuterów. A właściwie to nie linii, bo one wcale nie jadą równo w rządku. Przypomina to bardziej maraton biegnących sportowców, rozproszonych na całej szerokości drogi. No i jak tu przejść przez ulicę, kiedy świateł nie ma?Pewnie gdybym nie czytała wcześniej o tym w  internecie, to stałabym na poboczu, jak taka sierotka Marysia, czekając aż ktoś uprzejmie zwolni. Ale że byłam przygotowana, to małymi kroczkami weszłam na jezdnię (oczywiście na pasach, ale to chyba tam dużej różnicy nie robiło) i pozwoliłam, żeby motory mnie wymijały to z jednej, to z drugiej strony. Wszystko poszło całkiem zwinnie. Nie mogłam tylko się nadziwić, ile oni potrafią na te motory/skutery upchać. Widziałam nawet parę z dwoma sporymi psami. A o dzieciach bez kasków, wciśniętych pomiędzy rodziców nawet nie wspomnę. Dotarłam do katedry Notre Dame, wzniesionej przez kolonistów francuskich pomiędzy 1863 a 1880 rokiem. Wszystkie materiały do wybudowania katedry zostały wtedy sprowadzone z Francji. Przed budynkiem znajduje się posąg Matki Boskiej. Podobno w 2005 roku uroniła ona kilka prawdziwych łez. Nie zostało to nigdy potwierdzone, ale wtedy wystarczyło, żeby zrobiła się z tego sensacja, przez którą cały ruch dookoła katedry został zatrzymany. Środka nie udało się zwiedzić, bo po godz. 16:00 zamykali bramy, ale za to rozrywki dostarczyła mi grupa azjatyckich turystów, zgromadzonych dookoła.











Tuż obok katedry znajduje się zabytkowy budynek poczty. Nie dosyć, że budynek historyczny, z ogromnym wizerunkiem dawnego prezydenta Demokratycznej Republiki Wietnamu Ho Chi Minha (od którego swoją drogą wzięto nową nazwę dla miasta, które kiedyś zwało się Sajgonem), to poczta znajdująca się w środku jest cały czas czynna. Poszły więc pocztówki do rodziny. Wiem, że to jedna z czynności, które zanikają w dobie technologii. Ale są jeszcze takie "staroświeckie" osoby jak ja, które czasem wysyłają coś więcej niż maile. I tak jak moja lodówka jest usiana magnesami, tak lodówka mojej mamy ginie gdzieś pod pocztówkami. 




Po wizycie na poczcie wróciłam do hotelu. Następnego dnia odbyliśmy krótki lot do Phnom Penh w Kambodży, gdzie wymieniliśmy tylko pasażerów i wróciliśmy do Wietnamu. Lot z Wietnamu do Kambodży trwa zaledwie pół godziny, ale całość od wyjścia z hotelu do powrotu zajęła nam kilka godzin i to w środku dnia. Dlatego na zwiedzanie już czasu nie było. Poza tym chciałam wcześniej położyć się spać, bo rano szykowała się wczesna pobudka. Pobudka przed wyprawą nad rzekę Mekong, na którą długo czekałam.

Tuż po 6 rano podjechał po nas bus, który o dziwo miał dostęp do internetu. Z czymś takim spotkałam się jak dotąd tylko w Polskim Busie (o masz, reklama poszła). Razem ze mną jechały koleżanki z Serbii i Hiszpanii oraz wietnamska pani przewodnik. Musieliśmy najpierw dojechać do miejscowości My Tho nad deltą Mekongu. Tam zrobiliśmy mały przystanek, po czym wsiedliśmy do łodzi, która miała nas zabrać na pobliską wysepkę. Rzeka Mekong to najdłuższa rzeka na Półwyspie Indochińskim. Przepływa przez Chiny, Laos, Kambodżę i Wietnam. Jej brudny, brązowy kolor sprawia, że w ogóle nie widać co jest pod powierzchnią. Za to na powierzchni co kawałek można było zauważyć przepływające gałęzie i liście. Myślałam, że pochodzą z jakichś ściętych drzew, ale przewodniczka powiedziała, że to po prostu roślinność, która rośnie na wodzie. Czasami puszcza nawet kwiaty.










Widok nabrzeża był dokładnie taki, jak sobie wyobrażałam. Liche, drewniane chaty wśród bujnej zieloności, łodzie i rybacy zarzucający sieci. Podczas gdy koleżanki robiły sobie słynne "selfie", albo po prostu zdjęcia z rąsi, jak kto woli, łódź dobiła do brzegu. Tam mieliśmy przejść przez małą wioskę lokalną, która żyje dla i dzięki obecności turystów. Już na dzień dobry zaproponowali bliskie spotkanie z wężem. Miałam już okazję trzymać węża w Perth, ale tamten był zdecydowanie mniejszy, chudszy, no i pracownik parku trzymał mu głowę z dala ode mnie. Tym razem całego gada powiesili mi na szyi. Ja poszłam na pierwszy ogień, bo co prawda każda chciała mieć zdjęcie z wężem na szyi, ale jakoś żadna nie chciała być pierwsza. Wąż dopiero co obudzony, postanowił zobaczyć co to się wyrabia. Kiedy już był przewieszony na moich ramionach, podniósł łeb i zaczął zbliżać się do mojej twarzy, wystawiając swój język z rozdwojoną końcówką. Zbliżył się na tyle blisko, że poczułam muśnięcie języka na swoim policzku. Nie wiem czy prawdziwe, czy spowodowane moją wyobraźnią. Odchyliłam głowę delikatnie w lewo, nie robiąc żadnych gwałtownych ruchów, a wąż zwiesił łeb na dół i już do końca był grzeczny. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie, żeby zobaczyć, że co prawda się uśmiecham, ale w oczach mam przerażenie, bo wąż akurat zbliża się w moją stronę. Gdyby wcześniej mi nie powiedzieli, że nie jest jadowity, to na pewno nie byłabym taka spokojna. Po wężowej atrakcji dostałyśmy mały poczęstunek. Suszone przekąski z banana, kokosa i imbiru. Do tego herbata miodowa, bardzo słodka. Oczywiście każdą z tych rzeczy można było kupić i zabrać ze sobą. Kawałek dalej czekały na nas świeże owoce i zielona herbata. Do spróbowania był ananas, mango, melon, pitaja (dragon fruit) i jeszcze jeden owoc, którego nazwy nie zapamiętałam, a widziałam go po raz pierwszy. Wszystko to przy dźwiękach lokalnej muzyki i śpiewu, który w moich uszach nie brzmiał jak śpiew ani trochę. Ale nie będę krytykować wietnamskiej kultury. Po prostu nie wpadła mi w ucho i już.









Suszone banany, kokosy i imbir.




Następnie udałyśmy się nad brzeg, żeby wsiąść do małej, podłużnej łodzi, w której to miałyśmy przepłynąć kawałek wąską odnogą Mekongu. Jedna Wietnamka wiosłowała na przedzie, druga na tyle łodzi. Dostałyśmy okrągłe, spiczaste kapelusze i ruszyłyśmy do przodu. Poinstruowano nas też, żeby nie wystawiać rąk poza łódź. Pierwsza myśl, która przyszła nam do głowy - krokodyle? Ale tych ponoć już dawno tu nie ma. Zostały wyłapane przed laty. Stanowiły wtedy dobre źródło pożywienia dla mieszkańców. Bo przecież ile można przeżyć na samych kokosach? Na początku nasza łódź poobijała się trochę o inne przycumowane łodzie, minęliśmy też kilku Wietnamczyków bez turystów. Podróż była malownicza. Zakończyła się kiedy dobiliśmy do większej łodzi, która nas tu przywiozła. W drodze na kolejną wyspę każda z nas dostała po świeżym kokosie. Nasz motorniczy okazał się również barmanem serwującym drinki (bezalkoholowe). Zwinnie wyciął otwór w każdym kokocie, wrzucił słomkę i gotowe. Brakowało tylko palemki.


















Następnym przystankiem była kokosowa wyspa. Tak sobie ją sama nazwałam, bo znajdowała się tu mała fabryka cukierków kokosowych. Fabryka to za dużo powiedziane. Wszystko pod jednym, słomianym dachem, kilka urządzeń mechanicznych: do robienia wiórek kokosowych, do mieszania kokosowego mleka, piece do podgrzewania kokosowej masy. Kiedy już z tej masy uformuje i powycina się prostokąty (coś na kształt naszych Irysów), a te zastygną, wtedy Wietnamki biorą sprawy w swoje ręce. Dosłownie. Zawijają cukierki w papierki (nie, nie sreberka), a robią to tak szybko, że musiałam nagrać filmik, żeby się z Wami podzielić. Ze skorup kokosowych tworzą talerze, miski, łyżki, pudełka, czajniki, kubki, a nawet torebki. Nic się nie zmarnuje. Wszystko to można było kupić, a oprócz tego jeszcze inne, ciekawe rzeczy. Moją uwagę przyciągnęły butelki z wężami i skorpionami zatopionymi w płynie. Okazało się, że to snake wine (wino z węża), tutejszy alkohol. Ale sądząc po zawartości alkoholu (40%), ja bym winem tego nie nazwała. A już na pewno bym nie spróbowała. Nie tylko dlatego, że lot powrotny był za mniej niż 12 godzin.
















Nasza wycieczka przewidywała jeszcze kilka atrakcji. Jedną z nich miała być przejażdżka powozem konnym. W miejscu gdzie owe karoce się znajdowały, konie czekały na poboczu skubiąc trawę, a woźnicy odpoczywali na nisko zawieszonych hamakach. Oczywiście i my musiałyśmy je wypróbować. Kiedy moja serbska i hiszpańska koleżanka postanowiła zrobić zdjęcie z jednym z lokalnych mieszkańców, ten wydawał się być tak szczęśliwy, że nie obeszło się bez zdjęcia. Wszyscy koledzy mu wiwatowali i głośno się śmiali. Nasza przewodniczka też się śmiała, ale z jakichś powodów nie przetłumaczyła nam tego, co mówili. Przejechaliśmy pomiędzy lokalnymi domkami, minęliśmy nawet szkołę podstawową, skąd radosne okrzyki dzieci można było usłyszeć na długo przed pojawieniem się budynku.

Widok na prawo...

... i na lewo.







Dojechałyśmy do ostatniego celu podróży - restauracji położonej w ogrodach. Lunch wliczony był w koszt wycieczki, więc nie miałyśmy żadnych opcji z menu do wyboru. Wszystko było jedną wielką niespodzianką. Przyniesiono nam smażoną rybę, która była zaprezentowana w bardzo ciekawy sposób - na stojaku :) Ryba ta złowiona została w Mekongu. Tak, wiem, nie za czysta ta rzeka, ale w końcu my też w Wigilię zajadamy się karpiem, który przecież żywi się mułem. Razem z jedzeniem przyszła pani, która nam całe jedzenie przyrządzała. Wyskubała trochę mięsa z ryby i ułożyła je na wcześniej zmoczonym papierze ryżowym, wyłożony zielonymi liśćmi, dodała trochę makaronu ryżowego i wszystko zwinęła zręcznie w rulon. Były i krewetki, i kurczak, i ryż z warzywami. Najbardziej jednak z tego wszystkiego smakowała mi zupa i arbuz na deser. Tuż obok naszego stolika było małe bajoro, w którym chłodził się bawół. Zanurzony prawie cały wyglądał bardziej jak hipopotam, wystawiając nad wodę jedynie oczy i nozdrza. Jednak kiedy tylko się wynurzył i ukazał swoje pokaźne rogi, nie było wątpliwości.












Wróciłyśmy spacerkiem na naszą łódź, która zabrała nas do portu w My Tho, a tam już czekał na nas bus. Całą powrotną drogę przespałyśmy. Moją wycieczkę do Wietnamu zdecydowanie uważam za jedną z lepszych. Szkoda tylko, że jak zawsze ograniczał mnie czas, bo do zobaczenia i przeżycia jest tam o wiele, wiele więcej.








I tradycyjnie na koniec zapraszam do albumu, w którym znajdują się wszystkie zdjęcia z mojego pobytu w Wietnamie:

Ho Chi Minh, Wietnam 14-16.04.2014