obraz

obraz

piątek, 12 grudnia 2014

"Krew zalała lądy i zabarwiła morze"

Moją pierwszą w życiu wycieczkę do Londynu odbyłam w wieku 15 lat. Obskoczyliśmy wtedy wszystkie turystyczne punkty miasta, ze zwiedzania których niewiele pamiętam, bo gdzie 15-latka będzie się skupiać na tym, co mówią przewodnicy. Ale w mojej głowie wyrył się zapis, że zwiedzanie Londynu mam zaliczone. Tym bardziej, że po raz drugi zawitałam tam w wieku dwudziestu-kilku lat. Wtedy to zaczynał się bum, kiedy Polacy masowo przenosili się do Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu pracy. A ja tymczasem czysto turystycznie, w co nie mógł uwierzyć taksówkarz podwożący mnie do hotelu. Dopytywał się, czy będę pracować na recepcji, czy w kuchni.

Za każdym razem kiedy odwiedzałam Londyn dzięki mojej obecnej pracy, skupiałam się a to na zakupach spożywczych w polskich sklepach albo na spotkaniu z moim drogim, wieloletnim przyjacielem Sebastianem. Kiedy jednak podczas ostatniego miesiąca moje wizyty w tym mieście zwiększyły częstotliwość (a zawdzięczam to mojemu koledze, A380), pomyślałam, że w zasadzie warto by się wybrać ponownie w miejsca, które są wizytówką Londynu. 

Jan Christian Smuts
Winston Churchill










Lot nasz ląduje na Heathrow popołudniu. A że hotel mamy tuż przy lotnisku, dojazd do miasta zajmuje około godzinę. Dlatego za każdym razem jak docierałam do miasta, zapadał już zmrok. Szybko więc zrobiłam rundkę wokół Big Bena, a później nie pozostawało nic innego, jak wyjąć statyw i pobawić się trochę aparatem. Fotografowanie mostu Tower Bridge zajęło mi półtorej godziny, ale w końcu udało mi się złapać to, co chciałam. Mniej szczęścia miałam z Big Benem nocą. Akurat wtedy towarzyszyła mi Ukrainka z naszej załogi, która bardzo mnie pospieszała. Zaproponowałam, żeby sama wróciła do hotelu, a ja na spokojnie sobie sfotografuję to, co chcę. Niestety Lidia stwierdziła, że pogubi się w londyńskiej sieci metra, więc była zależna ode mnie. Nie do końca zadowolona, zwinęłam sprzęt i poprowadziłam biedne dziewczę do hotelu. Muszę też wspomnieć, że ów wyjazd przypłaciłam zdrowiem. Pomimo ciepłego ubioru, złapało mnie jakieś choróbsko i tak już się kuruję czwarty dzień z rzędu nie wychodząc z łóżka. 





Jednak chciałam Wam napisać o pewnym miejscu, które przyciągnęło mnie, jako pierwsze. Twierdza Tower of London i pomnik upamiętniający brytyjskich żołnierzy poległych podczas I Wojny Światowej. Nie jest to jednak zwykły pomnik, o jakim na pewno teraz myślicie. To projekt artystyczny autorstwa Paula Cumminsa. Od sierpnia wokół londyńskiej twierdzy kilkuset wolontariuszy ustawiało ceramiczne czerwone maki. Swój wkład mieli nawet książę William i jego żona Kate, którzy też "zasadzili" po ceramicznym kwiatku. 


Maki kwitną jako chwast na nieurodzajnych polach, kiedyś obficie rosły w rowach i kraterach na polach bitewnych. Dziś są symbolem wszystkich żołnierzy Wielkiej Brytanii, poległych we wszystkich konfliktach, w których Zjednoczone Królestwo brało udział, a także weteranów wojennych. Dlatego wokół Tower of London w ciągu trzech miesięcy posadzono 888,246 maków, dokładnie tyle, ilu żołnierzy zginęło podczas I WŚ. Ostatni kwiat posadzono 11 listopada, w dzień upamiętniający zawieszenie broni kończące wojnę (11 listopada 1918r.). Całość sprawia wrażenie rozlewającego się morza krwi, tworzącego rozległy, czerwony dywan. "Krew zalała lądy i zabarwiła morze" to tytuł całego przedsięwzięcia.







Zdążyłam w ostatnim momencie, bo w połowie listopada wystawa miała zostać rozebrana. Ceramiczne maki można było kupić na pamiątkę za £25 za sztukę. W ciągu jednego tygodnia sprzedano ich 200 tys., dochód przeznaczając na organizacje charytatywne, wspierające kombatantów i żołnierzy brytyjskich sił zbrojnych. Popularność wystawy przerosła oczekiwania nawet samych pomysłodawców. Tower of London otoczoną morzem czerwieni odwiedziło ponad 4 mln. osób. Na początku listopada władze apelowały do obywateli, by już nie przychodzili pod twierdzę, bo tłum jest zbyt duży, a metro nie daje rady. Ale nikogo to nie zniechęciło. Współautor projektu, Tom Piper, wyjaśniał: "To nie jest instalacja na temat wojny, to nie jest ilustracja przemocy i barbarzyństwa. Tu chodzi o stratę i pamięć, o danie każdemu człowiekowi wyjątkowego sposobu, by odnieść się do historii swej rodziny i uświadomić sobie koszt ludzkiego życia."



Londyn, UK, Jesień 2014

piątek, 28 listopada 2014

A380 - mój nowy kolega

Czekałam długo na ten lot. A ile się musiałam bronić przed negatywnymi opiniami innych, to sobie nie wyobrażacie. Airbus A380 jest dla nas nowy, jest wg mnie najpiękniej i najstaranniej wykończonym samolotem w naszej flocie. Od strony pasażerów wszystko wygląda ładnie i pięknie, zwłaszcza pierwsza i biznesowa klasa. Ale od strony załogi jest parę mankamentów, na które wszyscy narzekali, zanim nawet moja noga stanęła we wnętrzu tego kolosa.

To nie nasz, to taki uniwersalny, niepomalowany ;)

Ja wiem, że narzekanie leży w ludzkiej naturze. Ja sama sobie czasem pomarudzę. Ale kiedy owe marudzenie rozsiewa negatywną atmosferę jeszcze zanim się zacznie pracę, ja się wycofuję. Bo w jakimś środowisku byśmy nie pracowali, to od nas samych zależy atmosfera, w jakiej będzie się przebywać. Nieraz podczas lotu wolałam znaleźć sobie inne zajęcie, niż dołączenie do plotkujących koleżanek, narzekających a to na grafik, a to na zasady panujące w firmie, czy Katarze, a to że za dużo pasażerów i za dużo pracy, albo że za mało pasażerów i nie ma co robić podczas lotu. A potem pada pytanie, dlaczego się nie integruję z załogą. No cóż, ja chcę utrzymać swoją szklankę do połowy pełną. A jeśli ktoś woli się całymi dniami martwić, że druga połowa jest pusta, to proszę bardzo, wolny wybór.

Ale wróćmy do A380. Każda linia lotnicza zamawiająca samolot u producenta, indywidualnie ustala sobie konfigurację, wykończenia i wszystkie wyróżniające szczegóły. Nasz kolos ma miejsce dla 517 osób: 8 miejsc w pierwszej klasie, 48 w biznesowej oraz 461 w klasie ekonomicznej. Wnętrza są oświetlone ciepłymi barwami. Jeśli ktoś ma ochotę poczytać więcej, polecam recenzję jednego z pasażerów, znajdującą się pod tym linkiem. Tekst po angielsku, ale jest i sporo zdjęć. Sama starałam się zrobić ukradkiem kilka zdjęć, ale nie było to proste, bo nie wypada, żeby stewardessa biegała po pokładzie z aparatem, albo tym bardziej z telefonem komórkowym i pstrykała zdjęcia. Dlatego układ poszczególnych kabin pokażę Wam na zdjęciach z serwisu flightglobal.com. 

Pierwsza klasa - zdjęcie ze strony flightglobal.com

Przestronna łazienka w pierwszej klasie

Łazienka w pierwszej klasie

Świeże storczyki - element wystroju łazienki

Podczas mojego pierwszego lotu zostałam przydzielona do galley - "kuchni" w pierwszej klasie. Idealnie, żeby pozytywnie zacząć znajomość z moim nowym kolegą A380. 8 pasażerów, pora śniadaniowa, ale dla niektórych za wczesna na jedzenie. Z wielkim uśmiechem na ustach witam pasażerów i informuję, że wybrali świetny dzień na podróż, bo to pierwszy komercyjny lot akurat tego Airbusa (drugiego czterosilnikowca w naszej flocie), bo dostarczono go zaledwie dwa dni wcześniej. Wszystko nowiuśkie, nowiusieńkie. Pamiętam, jak podczas szkolenia do klasy biznesowej instruktor zachęcał do postawienia sobie takiego celu: niech jeden pasażer po każdym locie wyjdzie z samolotu ze słowem "wow" na ustach. Nie wszyscy, bo wszystkich się nie da zadowolić. Każdy ma swoje problemy, z którymi się boryka i czasami nie ważne jak byśmy się nie starali, to pasażer jest nieugięty. Jedna osoba z każdego lotu. Dziś samą informacją, że samolot jest nówka sztuka udało mi się wywołać efekt "wow" u czterech osób. Połowa pierwszej klasy! Zaliczone na cały przyszły tydzień. 

Żyrandole na pokładzie pierwszej klasy oraz Premium Lounge

Obsługując pierwszą klasę lot przebiegł mi całkiem przyjemnie. Za to z powrotem spodziewałam się pracy na wyższych obrotach. I nie myliłam się. Praca w klasie biznes w A380 jest zdecydowanie bardziej wyczerpująca. 48 pasażerów na 6 członków załogi. Dwie osoby w galley, cztery w kabinie, po dwie na każdą stronę. Wypada po 12 osób na głowę (co wcale nie jest takie tragiczne, bo to samo mamy w Boeingu 777 - dwie dziewczyny mają po 12 osób, dwie pozostałe po 9). Lot oczywiście pełny, dzięki popularności 380 i promocji, jaką linia lotnicza odpalała ostatnio kilkukrotnie: "Dwa miejsca w cenie jednego". I wszystko byłoby ok, gdyby nie dystans, jaki trzeba pokonać w trakcie lotu. I nie mówię tu wcale o kilometrach, które pokonuje samolot, ale o kilometrach zrobionych przez nas, stewardessy. Spróbuję wyjaśnić w czym rzecz. Klasa biznesowa - 48 miejsc, 12 rzędów po 4 siedzenia w każdym. Dwie dziewczyny pracują po lewej stronie, dwie po prawej. Jedna więc będzie obsługiwała rzędy 10-16, a druga 17-22 (nie wiem, czy zauważyliście, ale w samolotach nigdy nie ma rzędu nr 13). Ta obsługująca ostatnie sześć rzędów musi się więc nachodzić. Powiecie, a co to takiego, przejść sześć rzędów, wielka mi rzecz! Problem polega na tym, że podczas serwisu w biznes klasie z każdą rzeczą idziemy osobno. Nie ma wózka z tackami, tak jak w klasie ekonomicznej. I tak jak już nakryjemy stół pasażera, to trzeba: 
  1. zanieść przystawkę, 
  2. sprzątnąć talerz po zjedzonej przystawce, 
  3. zanieść danie główne, 
  4. uzupełnić wodę,
  5. ewentualnie zmienić wino, bo przecież do jagnięciny pije się coś innego niż do wędzonego łososia,
  6. sprzątnąć danie główne, 
  7. sprzątnąć ze stołu to, co zbędne, przed podaniem deseru (chleb, masło, pieprz, sól, itp),
  8. zanieść deser z kawą/herbatą,
  9. sprzątnąć deser,
  10. zanieść gorący ręcznik (z zapachową wodą różaną) do wytarcia rąk, czy buzi,
  11. zanieść czekoladkę Godiva,
  12. sprzątnąć cokolwiek co zostało na stole.

To jest minimum przy każdej osobie. A zdarza się, że ktoś chce spróbować dwie przystawki, bo ma akurat ochotę na łososia i zupę. A po posiłku, zanim poprosi o coś słodkiego, chce uraczyć podniebienie wyborem serów, popijając lampką Porto z 1974 roku. Wtedy z tych 12 wyjść do pasażera robi się 16, 18, 20. I to tylko podczas jednego posiłku, a gdzie tu pozostałe kilka godzin lotu. Dlatego jeśli za każdym z tych wyjść trzeba najpierw przejść połowę kabiny, żeby dotrzeć do swoich pasażerów, to nic dziwnego, że następnego dnia nogi bolą, jak po przebytym maratonie. 

Tak jak jednak wspominałam, to nie ja jestem od narzekania. Przynajmniej kondycja mi się od chodzenia poprawi. A dobrą stroną należenia do grupy pracowników A380 jest to, że jak na razie mamy około 500 osób przeszkolonych na ten rodzaj samolotu. Oczywiście w miarę dostarczania nowych maszyn, tych osób też będzie przybywać, ale jak na razie na każdym locie można spotkać kogoś znajomego z załogi. 

Biznes klasa - zdjęcie ze strony flightglobal.com

Wejście na górny pokład

Za klasą biznesową znajduje się przestronne pomieszczenie, Premium Lounge, dla pasażerów z pierwszej i biznes klasy. Któż by nie chciał spędzić części lotu w przyjemniej, lekko klubowej atmosferze, siedząc na skórzanej sofie, gawędząc ze znajomym i popijając ulubiony trunek. Do wyboru mamy sporą gamę alkoholów, napojów bezalkoholowych oraz różnych do tego przekąsek. Ale nie o reklamę mi tu chodzi. Do tego miejsca jest przypisana jedna osoba z załogi, która spędza tam cały lot. W razie potrzeby zawsze ktoś może tę osobę zastąpić. To otwiera pole do popisu dla osób narzekających: 6 godzin stania, drinki trzeba robić, ludzi sporo, bla, bla, bla... Ja to widzę inaczej: swoje miejsce pracy, nikt mi się nie wtrąca, nie trzeba tyle biegać po pokładzie, a szykowanie drinków, czy malowanie kwiatków na kawach late, to ciekawe zajęcie :) 

Premium Lounge - pusty przed lotem


Premium Lounge podczas lotu - zdjęcie ze strony businesstraveller.com

Podsumowując, ja i Airbus A380 polubiliśmy się. I pomimo tego, że loty są dość męczące, a grafik składa się s samych prawie Londynów, idę na kolejne loty jak zawsze z uśmiechem.





środa, 12 listopada 2014

Prywatne podwórko

Wiem, że wszędzie robi się już coraz zimniej. Deszczowo, wietrznie i z temperaturą poniżej 10 stopni. Nawet w Katarze daje się odczuć nadchodzącą zimę, ale tutaj efekt jest zupełnie odwrotny. Temperatura spada w końcu poniżej 30 stopni i w ciągu dnia można przyjemnie spędzić czas na zewnątrz, bez dotychczasowej duchoty. Ale dzisiaj chcę wspomnieć końcówkę lata w Nowym Jorku.

Central Park, Serce i płuca Manhattanu. Od dawna był na mojej liście, czekałam tylko na dobrą pogodę. Ta oaza zieleni w centrum miasta zajmuje aż 3,41km2 powierzchni. To jak warszawskie Łazienki razy 4,5. W zeszłym roku udało mi się zrobić zdjęcie Manhattanu z góry, podczas kołowania nad miastem. Aura co prawda była zimowa, ale widać wyraźnie, jak wśród budynków wyróżnia się ogromny prostokąt. To właśnie Central Park. Przeważnie oglądamy obrazy, kiedy to środek puszczy zostaje całkowicie wycięty i wykarczowany, a w miejscu drzew rosną coraz to nowsze bloki. Tym razem widok jest inny. Zupełnie jakby w środku miejskiej dżungli wycięto kilka wieżowców i drapaczy chmur, a w ich miejsce zasadzono drzewa. 


Mogłoby się wydawać, że tak ogromny park, to idealne otoczenie dla tych spod ciemnej gwiazdy: rabusiów, gwałcicieli, morderców. Jednak władze Nowego Jorku poradziły sobie z tym świetnie, zamykając park w godzinach 01:00 - 06:00. Całość Central Parku to wydzielony rejon policji z własną komendą. I chyba skuteczną, bo na przykład w 2012 roku doszło tu do jednego gwałtu, 74 kradzieży i ani jednego morderstwa. To chyba dobry wynik, jak na część miasta Nowy Jork.

Ależ zaczęłam negatywnie. Spróbuję jeszcze raz.

Central Park jest domem dla ponad 25 tysięcy drzew, Zielono, zielono i jeszcze raz zielono. Trudno sobie wyobrazić, że kiedyś całą tą powierzchnię zajmowały podmokłe tereny bagienne. Spędziłam pół dnia na spacerowaniu, siedzeniu na trawie i nie robieniu niczego, poza zdjęciami. Można powiedzieć, że ten park to takie prywatne podwórko nowojorczyków. Mieszkańcy spacerują tutaj z psami, biegają przed i po pracy, matki spacerują z wózkami i przyprowadzają starsze pociechy na liczne place zabaw. Rowerzyści, wrotkarze, deskorolkowcy, bryczki, wszystkiego tu pełno. Do tego wszystko bardzo dobrze zorganizowane. Nie wszędzie można wjechać na rowerze, czy deskorolce. Nie na każdy trawnik można wyprowadzić psa. A niektóre trasy biegowe mają wyznaczony nawet kierunek biegania.





Jak to na park przystało, sporo tu artystów i ludzi rozrywki, którzy w przeróżne sposoby zbierają pieniądze. Malarze, karykaturzyści, muzycy, śpiewacy, był nawet człowiek opowiadający dowcipy za 1$. Gwarantował przy tym, że dowcip usłyszysz po raz pierwszy i na pewno się zaśmiejesz. Jeśli nie - zwrot pieniędzy. Grupa młodych, ciemnoskórych nastolatków przyciągała tłumy swoim akrobatycznym pokazem, a także hasłami typu: "Cieszcie się razem z nami, że wybraliśmy taki sposób zarabiania gotówki. Moglibyśmy być teraz w waszych domach. A dlaczego? Bo was tam nie ma!". Wszystko z dużą ilością śmiechu i dystansu do siebie oraz stereotypów o czarnoskórych nastolatkach.







Dobrych kilka minut zajęło mi wpatrywanie się w mieniące się kolory ogromnych baniek mydlanych, zanim się ocknęłam i złapałam za aparat. Okazuje się, że nie tylko dzieci się za nimi uganiają. Dorośli również robili zabawne miny, próbując dmuchnięciem przestawić trasę lotu takiej bańki.









Spacerowałam po parku bez konkretnego celu, tak najbardziej lubię. Ale jedno miejsce celowo chciałam odszukać. Strawberry Fields - Pola Truskawkowe. Tę część otwarto w 2010 roku, w części Central Parku przed domem Johna Lennona, założyciela grupy The Beatles. Lennon został zastrzelony przed swoim domem przez psychopatę. Dziś setki, tysiące fanów zbierają się na Polach Truskawkowych, a zwłaszcza w ich centralnym punkcie, gdzie znajduje się kamienna mozaika ze słowem "Imagine". Fani odwiedzają to miejsce nie tylko w rocznicę urodzin, czy śmierci muzyka. Codziennie przychodzą tu tłumy, zostawiają kwiaty i w zadumie słuchają utworów Lennona, granych przez okolicznych grajków. Zrobienie zdjęcia samej mozaiki graniczyło z cudem. Jedna osoba po drugiej wchodziły na środek, żeby zrobić sobie zdjęcie na pamiątkowym miejscu.








Dalszy spacer to wycieczka wzdłuż jeziora, po którym wynajęte łódki układały się w przeuroczy obrazek. Gdyby któraś z koleżanek zdecydowała się wybrać ze mną, to może i byśmy się na jedną skusiły. Ale samej nie da się jednocześnie wiosłować, podziwiać widoków i robić zdjęć. Doszłam do Zamku Belwederskiego, który udekorowany jest dumnie trzepoczącą na wietrze flagą USA. W zamku ma swoją siedzibę Towarzystwo Przyrodnicze, które organizuje wystawy i imprezy dla dzieci. Jest to również znakomity punkt widokowy na Wielką Łąkę (Great Lawn) z wyrastającymi wieżowcami w tle. Swoją drogą, to ta właśnie Łąka była swego czasu miejscem, gdzie Papież Jan Paweł II odprawiał mszę podczas wizyty w Nowym Jorku. Coś jak nasze krakowskie Błonia?









Zamek Belwederski



Wielka Łąka (Great Lawn)





Szukając w internecie ciekawostek o Central Parku, natknęłam się na ciekawe zestawienie liczb, którym chcę się z Wami podzielić

  • 1 cm - długość gatunku stonogi o nazwie Nannarrup hoffmani, która żyje wyłącznie w Central Parku
  • 2 - liczba lodowisk na terenie Central Parku
  • 4 km - tyle mierzy dłuższy bok parku
  • 10 km - tyle mierzy najdłuższa trasa biegowa wokół Central Parku
  • 29 - liczba pomników na terenie Central Parku
  • 36 - tyle mostów znajduje się na terenie Central Parku
  • 240 - liczba filmów fabularnych, do których sceny kręcono w Central Parku (któż nie pamięta filmu "Kevin sam w Nowym Jorku")
  • 341 ha - powierzchnia Central Parku
  • 800 m - tyle mierzy krótszy bok Central Parku
  • 1600 - tyle osób wysiedlono z terenów, na których w połowie XIX wieku miano zbudować Central Park
  • 1945 - w tym roku w Central Parku odsłonięto pomnik króla Władysława Jagiełły
  • 2000 USD - taką nagrodę w roku 1857 otrzymali w zamian za projekt o nazwie "Greensward Plan" projektanci Central Parku
  • 32 000 - tyle godzin w ciągu roku wypracowują wolontariusze działający na rzecz Central Parku
  • 20 000 - tylu robotników pracowało przy budowie Central Parku
  • 26 000 - tyle drzew rośnie na terenie Central Parku
  • 10 milionów - tyle wagonów ziemi przywieziono do Central Parku w czasie jego budowy
  • 528,783,522,000  USD (528 miliardów, 783 miliony, 522 tysiące dolarów) - rynkowa wartość gruntu, na którym znajduje się Central Park





Pomnik Romea i Julii


Schodziłam ponad pół dnia, bo na tyle tylko pozwalał mi czas. Zobaczyłam może 1/4 parku. Jak dobrze, że takie miejsca nie uciekają. A nawet kolejne pory roku mogą ukazać inne, piękne odsłony Central Parku. Mam więc zajęcie na co najmniej kilka kolejnych wizyt w Nowym Jorku.


Central Park, Nowy Jork, USA 6-7.10.2014