obraz

obraz

środa, 15 lipca 2015

Historie z pokładu

Za oknem 40 stopni, a ja siedzę w łóżku przykryta kołdrą i kocem. No tak już ze mną jest, że łapie mnie przeziębienie w środku lata, do tego zawsze wtedy, kiedy mam kilka dni wolnych. 

Nie opowiadam zazwyczaj tego, co się na pokładzie dzieje, ale jako, że ostatnio zwiedzania u mnie mniej, to postanowiłam Wam o kilku napisać.

#1 Prawie 18
Podczas jednego z lotów z Londynu do Doha zostałam przydzielona do naszego podniebnego barku, jako Lounge Manager. Barmanka, czy Lounge Manager, zwał jak zwał, ale ja tę pozycję bardzo lubię. Mam swoje własne stanowisko pracy, do którego nikt mi się nie wtrąca. Reszta załogi ma swoje obowiązki, więc przychodzą dopiero wtedy, kiedy mają chwilę wolną i chcą mnie zastąpić, żebym i ja mogła odpocząć. Ewentualnie kiedy chcą podebrać jakieś smakołyki dla siebie, czy pasażerów. Podczas lotu z Londynu do Doha przyszedł do baru pewien młodzieniec. Wyglądał na mniej niż 20 lat. Chwilę po nim przyszła jedna z moich koleżanek, dyskretnie dając znać, że ten próbował zamówić u niej drinka, ale po sprawdzeniu paszportu okazało się, że ma 17 lat, więc drinka nie dostał. Taką mamy procedurę, że w razie wątpliwości co do wieku możemy, a nawet musimy sprawdzić paszport. Chłopak zaczepiał później inne stewardessy, w nadziei, że któraś z nich o wiek nie spyta i przyniesie mu drinka. Ale my takie informacje między sobą szybko rozprzestrzeniamy, więc każdy jest przygotowany.

Koleżanka wróciła do swoich obowiązków, a chłopak, czego mogłam się spodziewać, poprosił o piwo. Oczywiście odmówiłam, na co ten zaczął próbować na różne sposoby. Najpierw tłumaczył, że zostało mu już kilka miesięcy do pełnoletności, więc (wg niego) to już prawie, jakby miał 18 lat. Później zaczął ze mną rozmawiać, jak ze swoją koleżanką, opowiadając o imprezach w Londynie i jak to on się nie upił i czego to śmiesznego nie robił po pijaku. W końcu się przyznał, że jest już po paru drinkach, o które na lotnisku w Londynie nie było trudno. To wyjaśniło, czemu był taki wesoły od samego początku. A na koniec, kiedy myślał, że ma mnie po swojej stronie, powiedział półgłosem, że mogę mu dolać whisky do coli, nikt nie będzie o tym wiedział. Po czym zaczął łapać za butelki szampana, które w wiaderkach z lodem są w zasięgu ręki, udając, że czyta etykiety i zapytał, czy czasem nie muszę iść do innej części samolotu czegoś sprawdzić albo na przykład skorzystać z łazienki. No tego już za wiele. Uśmiech mi zniknął z twarzy, przysunęłam się do baru i z poważnym wyrazem twarzy powiedziałam: "Posłuchaj, Nie jestem twoją koleżanką i na pewno nie będę ci wlewać alkoholu pod ladą. I to nie dlatego, że ktoś inny mógłby się dowiedzieć, ale dlatego, że JA będę o tym wiedzieć. Nie interesuje mnie, że nieodpowiedzialni ludzie na lotnisku zaserwowali ci alkohol, to ich sprawa. Na naszym pokładzie jeszcze przez kolejne kilka miesięcy na pewno alkoholu nie dostaniesz".Za mocno? Może i tak. Ale grunt, że podziałało. Chłopak zabrał swoją colę i wrócił na miejsce i do końca lotu oglądał film. 



#2 Granica moralności
Kolejny lot z Londynu do Kataru. Tym razem pracowałam w pierwszej klasie, gdzie mamy miejsce dla ośmiu pasażerów, ale zapełnione były tylko dwa miejsca - jedno przy oknie i jedno na środku, w tym samym rzędzie. Małżeństwo w wieku 50+, narodowości nie będę podawać, bo nie chcę, żebyście osądzali na tej podstawie. 

W pierwszej klasie staramy się jak najlepiej, żeby pasażerowie poczuli się wyjątkowo. Sprawdzamy co jakiś czas, czy wszystko u nich w porządku tak, żeby spełniać ich potrzeby, zanim zdążą o to sami poprosić. Tak też było i tym razem. Pani małżonka była mało wymagająca, zjadła lekki posiłek i poszła spać. A szanowny małżonek oglądał sobie film, popijając herbatkę. Po jakimś czasie poprosił, żeby przygotować mu posłanie na miejscu, na którym siedzi (mamy wygodny materac, poduchy i koc, więc siedzenie zamienia się w pełnej okazałości łóżko), a posiłek zje na siedzeniu przy oknie w następnym rzędzie. Nie ma problemu, reszta kabiny pusta, więc czemu miałybyśmy się nie zgodzić. Pan się przesiadł na fotel za plecami małżonki i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienił się nie do poznania. Za każdym razem, kiedy podawałam mu coś na stół, wpatrywał się we mnie z zamglonymi oczami. Co chwilę pytał o to samo, np: "Jeszcze raz powiedz, skąd jesteś? - Z Polski - Z Polski.... piękna..... piękna....". Po posiłku czekałam aż przesiądzie się na siedzenie obok małżonki i skończy z tą całą szopką, ale tez zdecydował, że zostanie w drugim rzędzie i obejrzy sobie kolejny film. I nagle jakaś chwilowa amnezja go dopadła, bo zapomniał, jak się obsługuje pilota. Wołał mnie co chwilę, a to żeby pomóc mu film znaleźć, a to żeby pogłośnić, czy przyciemnić światełko. I za każdym razem, kiedy mu coś tłumaczyłam, patrzył się na mnie, nie, przepraszam, gapił się na mnie niesmacznie. W pewnym momencie poprosiłam moją przełożoną, żeby ona odpowiedziała na jego kolejne wezwania. Jak widać, dla niektórych granica moralności kończy się w jednym rzędzie za małżonką. 

#3 Zapomniany pakunek
Historia ta nie przydarzyła się mnie osobiście, ale jednej z moich koleżanek. Różne już rzeczy na pokładzie się widziało i o różnych słyszało, dlatego jestem w stanie uwierzyć w wielkie roztargnienie pasażerów. Po jednym z krótkich lotów między krajami Zatoki Perskiej, pasażerowie jak zawsze wysiedli, zabierając swoje torby i walizki, a załoga przystąpiła do przeszukiwania samolotu. Najczęściej na siedzeniach znajdujemy książki, okulary, szale, apaszki, a w schowkach nad głową torby z zakupami ze strefy bezcłowej. Jedna z dziewczyn przeszukiwała więc swoją strefę samolotu, jak zawsze, rutynowa dla nas czynność. Zerknęła do kolejnego ze schowków nad głową i stanęła w osłupieniu. W białym kocyku spało sobie niemowlę... Słyszałam już, że ktoś kiedyś dziecka zapomniał, ale co ono robiło w schowku nad głową?? Dziewczyna przecierając oczy zadawała sobie pytanie, czy widzi to, co widzi, kiedy to wbiegł roztrzęsiony ojciec, trzymając się za głowę i krzycząc "Baby! Baby! Baby!" Okazało się, że tatuś podróżował z siedmiorgiem (!!!) dzieci. Po wylądowaniu, chcąc zabrać torby ze schowka, położył tam na chwilę niemowlę, żeby zwolnić ręce, wziął torby, zgarnął resztę dzieci i udał się do wyjścia. Na szczęście tuż po wejściu do terminalu zorientował się, że liczba dzieci się nie zgadza i biegiem zawrócił. Mam tylko nadzieję, że w międzyczasie reszta dzieci mu się nie rozproszyła po lotnisku. 
A niektórym ludziom się wydaje, że podróżowanie z jednym dzieckiem jest uciążliwe.

#4 Grunt to przygotowanie
Bariera językowa wcale nie musi być przeszkodą w podróżowaniu. Na pokład jednego z lotów przez Atlantyk weszła kiedyś stara kobiecinka z Indii, z tekturową tabliczką na lince przewieszonej przez szyje, która mówiła "Nie mówię po angielsku. Proszę o danie wegetariańskie i sok jabłkowy". Było to urocze, ale niepotrzebne. Loty do stanów zawsze w 80% wypełnione są pasażerami narodowości indyjskiej (za to z paszportami z wszystkich innych krajów, tylko nie z Indii), więc zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże przetłumaczyć.



czwartek, 2 lipca 2015

Jak to się można zaplątać

W gazetach i telewizji trąbią o problemie Grecji. Kraj prawie bankrutuje, banki pozamykane, a każdy mieszkaniec może wypłacić z bankomatu dziennie 60 euro. Pieniędzy na koncie może być więcej, ale i tak nie da rady ich pobrać. Podobna sytuacja spotkała mnie ostatnio, kiedy udałam się do Nowego Jorku.

Długo się naprosiłam o lot do NYC. Próbowałam aż kilka miesięcy. Mój grafik jest zawsze pełen lotów 39/40 i 3/4, co oznacza Paryż i Londyn. Dlatego lot do Stanów miał być miłą odmianą. Poza tym w czerwcu pogoda powinna być już całkiem przyjemna. Od razu pojawił się pomysł, żeby wjechać taras obserwacyjny na nowej wieży One World Trade Center. Budynek został oddany do użytku już jakiś czas temu, ale dopiero niedawno udostępniono taras na setnym piętrze dla turystów. Oprócz tego miałam "misję", żeby znaleźć pewną książkę dla brata. Jak o tym usłyszała moja niespełna pięcioletnia bratanica, też poprosiła o książkę z USA, do tego o Nowym Jorku. Oczywiście dumna ciocia wzięła sobie prośbę do serca, więc stało się to moim priorytetem wyjazdu.

Lot był męczący, ale w inny sposób, niż to bywało kiedyś. Po ośmiu miesiącach pracy w Airbuse A380, żaden inny lot pod kątem pracy nie jest mi straszny. Nawet przy pełnym obłożeniu w Boeingu będzie łatwiej niż w moim kolosie. Dla porównania w Boeingu mamy 2 kuchnie, 8 osób z załogi na 42 pasażerów. W Airbuse jest 1 kuchnia, 6 osób z załogi, a pasażerów 48. Oczywiście mowa o biznes klasie. Uwierzcie mi, robi to wielką różnicę. Dlatego teraz męczył tylko kilkunastogodzinny czas lotu. Ale za to z pokoju hotelowego widziałam w oddali wysokie wieżowce Manhattanu, zapraszające mnie do siebie. Nad całym Nowym Jorkiem wisiały ciężkie chmury, ale i tak miałam nadzieję, że prognozy pogody zapowiadające deszcz się mylą. 



Niestety, rano już nie mogłam dostrzec wieżowców ze swojego pokoju. Zachmurzenie było na tyle gęste, że nie dało się nic wypatrzyć. Do tego nieustający deszcz tylko zmieniał swą intensywność. Tyle z mojego czerwcowego spacerowania po Nowym Jorku. Buty miałam niestety takie, że momentalnie by przemokły. Mogłam sobie równie dobrze wyjść na boso. Ale chwileczkę, przecież poza zwiedzaniem miałam jeszcze książkową misję do spełnienia. Deszcz, nie deszcz, brata i bratanicy nie mogę zawieźć. 

Żeby dostać się z naszego hotelu do miasta, trzeba przejechać przez dzielnice Queens i Brooklyn, więc co najmniej dwa środki transportu są wymagane. Prawie na każdej stacji metra można za bilet zapłacić kartą, ale w autobusie już trzeba gotówką, do tego odliczoną. Słowem, żeby się ruszyć z hotelu trzeba mieć dolary w kieszeni i to rozmienione na drobne.

Katarski bank, w którym mam konto, w celu ochrony konsumentów i ich pieniędzy, wprowadził blokadę kart płatniczych na niektóre kraje. Wśród nich znajdują się też Stany Zjednoczone. Karta płatnicza nie będzie działać w tym kraju ani w bankomatach, ani przy płatnościach bezgotówkowych, o ile nie zadzwoni się wcześniej do banku i nie odblokuje tej funkcji na kilka dni. Ja, kursująca ostatnio między Londynem i Paryżem, zapomniałam tego zrobić. Przypomniało mi się już na miejscu, ale myślałam, że nie będzie to stanowiło problemu. Na sytuacje awaryjne z moją katarską kartą, mam zawsze w zanadrzu kartę do polskiego konta, z którą nigdy nie ma problemów. 

Po śniadaniu zjechałam więc ze swojego szóstego piętra do holu, gotowa do wyjścia. Plan dnia bardzo prosty, wycieczka do księgarni i z powrotem. Podchodzę do bankomatu, sprawdzam na wszelki wypadek kartę katarską, ale ta zgodnie z oczekiwaniami nie działa. Wyciągam więc pewnie kartę polską i ku mojemu zaskoczeniu również dostaję odmowę. Dzień wcześniej płaciłam nią w sklepie, więc spodziewałam się, że i w bankomacie zadziała. Niestety, tu zaczęły się schody. Trzeba się skontaktować z bankiem w Doha. Połączenie z katarskiej komórki ze Stanów kosztuje 17QR/min. Telefon miałam na tyle doładowany, że starczyłoby mi tylko na jedną minutę rozmowy, a wiadomo, jak się z bankiem rozmawia: przez pierwszą minutę słucha się reklamy i automatu, później przez kolejną odpowiada się na pytania, żeby potwierdzić, że jest się właścicielem konta. Poprosiłam więc swojego partnera w Doha, żeby zadzwonił do banku z prośbą o skontaktowanie się ze mną. Za rozmowę przychodzącą płaci się 2,5QR/min, więc z tym już sobie poradzę. Poza tym kiedyś już robiliśmy taką akcję, chyba nawet też z hotelu w Nowym Jorku, więc powinno pójść sprawnie. Wróciłam do swojego pokoju po moje katarskie ID, którego numer trzeba podać przy identyfikacji. W końcu zadzwonił do mnie niezadowolony pan z banku, który odblokował kartę, a na koniec rozmowy rzucił gburowato, żeby nikt inny więcej nie dzwonił do banku w moim imieniu. 

Schodzę na dół, czekam wskazane 10 minut, próbuję z bankomatem - odmowa. Ok, może muszę poczekać dłużej. 20 min... 30 min... odmowa. 45 min... 60 min... odmowa. Podchodzę do recepcji z prośbą o połączenie z bankiem w Katarze. Ale pani odsyła mnie do pokoju, ponieważ rozmowa musi być doliczona do mojego rachunku. No dobrze, wracam więc do pokoju i dzwonię. "PLEASE HANG UP" ("proszę odłożyć słuchawkę") pojawia się na wyświetlaczu telefonu, kiedy wybieram numer. W takim razie dzwonię na recepcję, żeby zapytać co jest grane, ale nikt nie odbiera.

Poirytowana, schodzę na dół po raz kolejny. podchodzę do tej samej babki przy recepcji i mówię, w czym problem. Ona wybiera numer do banku ze swojego telefonu, po czym odkłada słuchawkę i mówi, że wyśle kogoś do mojego pokoju, żeby sprawdzić telefon. No to pytam, czy problem jest z samym aparatem telefonicznym, czy z połączeniem z Katarem, ale słyszę po raz kolejny "zaraz wyślę kogoś do pani pokoju". Zaciskam zęby, bo nie lubię być zbywana w ten sposób. Upewniam się, że na recepcję dzwoni się z pokoju wciskając "0" na telefonie, zaznaczam, że zeszłam, bo nikt nie odbierał, na co dostałam tylko grymaśny uśmiech w odpowiedzi. Wracam więc na górę i czekam na specjalistę od telefonu. Ten przychodzi po 10 minutach, grzebie coś przy aparacie, po czym stwierdza, że nie działa. Próbuje coś majstrować, aż w końcu dzwoni na recepcję, żeby sprawdzić, czy nie ma jakiejś blokady. Okazuje się, że jest, bo pokoje mamy rezerwowane przez firmę, a nie osobę fizyczną, przez co nie ma do rezerwacji dopisanego numeru karty kredytowej, jako zabezpieczenie. Blokada na moją prośbę zostaje zdjęta. Dziwię się tylko, dlaczego nie powiedziano mi tego od razu na recepcji, kiedy opisałam swój problem z rozmową wychodzącą, ale w odpowiedzi znów dostaję grymaśny, przepraszający uśmiech od pana montera. Może to taki ich znak firmowy w tym hotelu. Wybieram numer, po drugiej stronie automat: "Numer przez ciebie wybrany nie został rozpoznany". Monter tylko wzruszył ramionami, powiedział, że muszę dalej próbować, bo chyba mam zły numer i poszedł. Próbowałam jeszcze kilka razy, ale bez skutku. No to dzwonię z komórki, może zdążę w minutę. Ale zdążyłam tylko wybrać język angielski, wcisnąć "0", żeby połączyć się z konsultantem i zostałam rozłączona. W banku chyba jednak odnotowano próbę kontaktu, bo oddzwonili do mnie po chwili. Szybko wytłumaczyłam, w czym problem. Że miało działać po 10 minutach, a tu godzina minęła i nic. Zaznaczyłam też, że jestem już w Stanach, więc nie mogę dzwonić do nich co 5 minut. Zdziwiony operator zapytał w jakim jestem mieście, odpowiadam więc, że w Nowym Jorku i tuuuut.... tuuuut.... tuuuut... Skończyły mi się kredyty na komórce. O losie złośliwy!

Schodzę na dół, bo w sumie zdążyłam powiedzieć o co chodzi, więc może sami z siebie problem naprawią. Ale gdzie tam. Pół godziny i dalej nic. Wracam na górę i próbuję po raz kolejny dzwonić ze stacjonarnego telefonu w pokoju, ale "numer przez ciebie wybrany nie został rozpoznany". Trudno. Już miałam się poddać, już zaczęłam szukać książki online. Po Nowym Jorku miałam zamiar lecieć do Polski na krótkie dwa dni. Ale o ile brat zrozumie, dlaczego książki nie przywiozłam i poczeka do następnego razu, o tyle bratanica może być zawiedziona. A kilkuletniemu dziecku nie będę przecież opowiadać o swoich przejściach z kartą do bankomatu. Poprosiłam więc partnera o jeszcze jedną przysługę. Kupił w Doha doładowanie karty za 100QR, przesłał mi numer, żebym spokojnie mogła się z bankiem rozmówić. Okazało się, że za pierwszym razem kartę odblokowano mi tylko na płatności bezgotówkowe, a nie na wyciąganie gotówki z bankomatu. Pan zapewnił, że tym razem na pewno będzie działać.

Schodzę po raz kolejny. Mój dzisiejszy dystans pokonany windą w górę i w dół chyba już równa się temu tarasowi obserwacyjnemu na setnym piętrze One World Trade Center. Biorę głęboki oddech przed bankomatem, wciskam co trzeba i czekam z zapartym tchem, aż w końcu słyszę charakterystyczne "trrrrrrrrrrr", kiedy to maszyna segreguje pieniądze. Uff... udało się... Z gotówką w ręku i trzygodzinnym opóźnieniem ruszam do miasta. 

Czasu już było niewiele, udałam się więc prosto do księgarni. Znalazłam to, czego szukałam, więc zadowolona mogłam wrócić do hotelu. Po drodze postanowiłam chociaż z zewnątrz zerknąć na wieżowiec, o którym wcześniej myślałam. Ten od połowy był ukryty w chmurach, co też było niesamowitym, widokiem. A skoro już byłam tak blisko, postanowiłam podejść też do zbiegu dwóch ulic, Wall Street i Broadway. Dwie typowo nowojorskie tabliczki w jednym miejscu.

Księgarnia Bookstore


One World Trade Center


Giełda Papierów Wartościowych w Nowym Jorku - Wall Street

Ten pobyt w Nowym Jorku był jednocześnie krótki i intensywny. Chyba będę musiała się postarać o kolejny. Plotki chodzą, że w sierpniu przenosimy się do innego hotelu, bliżej centrum, więc może w końcu wizyta w mieście nie będzie wielką wyprawą. 


środa, 10 czerwca 2015

Ciężar miłości

Czego się nie robi dla/z miłości. Kiedy wszystko dookoła wydaje się być różowe, inne sprawy przestają być takie ważne, a zamiast stąpać twardo po ziemi, unosimy się lekko ponad nią, zapominając o całym bożym świecie. Albo już później, kiedy zaczynamy myśleć trochę bardziej racjonalnie, planujemy przyszłość ze swoim wybrankiem/wybranką i nie wyobrażamy sobie, żeby tej osoby mogło przy nas nie być. Robimy wszystko, żeby już zawsze było tak, jak jest teraz. Jesteśmy nawet w stanie uwierzyć, że zapięcie kłódki z naszymi imionami i wyrzucenie kluczyka nam w tym pomoże.

Nie wiem, gdzie narodził się ten zwyczaj, znalazłam różne wersje. Jedną z nich są starożytne Chiny. Dziś w każdym większym mieście można znaleźć miejsce, do którego ciągną zakochani, żeby zapieczętować swój związek. Brookliński Most w Nowym Jorku, Bell Tower w Perth w Australii, Kładka Bernatka w Krakowie, ale gdzież lepiej zostawić dowód swojej miłości, jak nie w mieście zakochanych - Paryżu.





Przewodniki turystyczne albo też wyszukiwarki internetowe odsyłają w pierwszej kolejności do mostu Pont des Arts, łączącego Luwr z Instytutem Francuskim, ale ja spacerując przy katedrze Notre Dame, wzdłuż Ile de la Cite - wysepki znajdującej się na Sekwanie - dotarłam do mostu Pont de l'Archeveche. A tam barierki mostu obsypane kłódkami. Jedna zawieszona niemalże na drugiej. Małe, duże, o różnych kształtach, z wygrawerowanymi imionami lub zwyczajnie pomazane markerem. Znalazłam nawet blokady do rowerów zapięte na moście (im większy zamek, tym większa miłość?). Nie widać żadnego prześwitu, ani milimetra wolnej przestrzeni pomiędzy nimi. Ciekawe jak wygląda dno rzeki w tym miejscu - całe usiane kluczykami. Jak to się stało, że drugi most został cały "oblepiony" symbolami niezerwanej miłości? Wyczytałam, że w 2010 roku władze Paryża usunęły kłódki z Pont des Arts po tym, jak dwie części balustrady nie wytrzymały ciężaru kłódek (albo wyznań miłości w nich zawartych) i runęły znienacka do wody. Dla bezpieczeństwa usunięto więc wszystko. Wtedy to turyści i mieszkańcy Paryża zaczęli przychodzić na inny, wspomniany już przeze mnie most Pont de l'Archeveche. Ale długo nie trzeba było czekać, żeby oryginalne miejsce kłódek znów się zapełniło. W końcu balustrady obu mostów pokryły się złoto-miedzianymi ciężarkami. Władze miasta ponownie zaczęły walkę. Najpierw grzecznie, poprzez promowanie innych czynności. Zamiast wieszania kłódek, proponowali zakochanym zrobienie selfie na moście. W pewnym sensie się to udało, bo ludzie najpierw wieszali kłódki, a potem robili sobie z nimi zdjęcie. Ale władzom chyba nie o to chodziło. Podjęto więc inne działania. Rozstawiono znaki w kształcie serca i naklejki na chodnikach, które przyjaźnie informowały turystów, że mosty nie są w stanie wytrzymać więcej gestów miłości. Zakryto balustrady planszami, na których wymalowano graffiti. Ale i to nie powstrzymało zakochanych. Kiedy zabrakło miejsca, kłódki wieszano na innych kłódkach, zawsze w jakiś sposób odnajdując dostęp. Rok temu po raz kolejny ponad 2m balustrady zawaliły się, przytłoczone ciężarem. Na szczęście nie wpadły do wody, tylko do wewnątrz. Codziennie po Sekwanie przepływa wiele statków i stateczków z setkami turystów na pokładzie. Gdyby taka balustrada spadła im na głowy, to dopiero odczuliby ciężar czyjejś miłości. Ostatecznie, podczas jednej z moich ostatnich wizyt w Paryżu na początku czerwca, lokalne stacje i gazety trąbiły o tym, że właśnie zaczęto wielkie oczyszczanie mostu Pont des Arts. (zdjęcia z oczyszczania mostu - ze strony theguardian.com).  





Ponad milion kłódek ważących 45 ton usunięto z mostu razem z barierkami. Mieszkańcy proponują, żeby je przetopić na jakiś pomnik zakochanych, ale ostateczna decyzja jeszcze nie została podjęta. Znalazł się też jeden człowiek, Phileas Fiquemon, który próbował niektóre kłódki "ocalić". Zbierał stare klucze i za ich pomocą próbował otworzyć jak najwięcej zamków. Zebrał w ten sposób kilkaset kłódek, a teraz szuka ich właścicieli przez internet. Nie do końca jestem przekonana co do trafności jego decyzji. Jeśli już para uwierzyła, że zamknięcie kłódki i pozbycie się klucza zapieczętuje ich miłość, to co się na myśl nasuwa, jeśli jakiś obcy facet tą kłódkę otworzył? No właśnie.. Brawo, panie Phileas...

A Pont de l'Archeveche dalej stoi sobie obsypany...
















niedziela, 31 maja 2015

Fremantle

Piękny, wczesnojesienny dzień w Australii. Zmęczona ciągłymi pobytami w hotelach, oddalonych od miasta po kilkadziesiąt kilometrów, postanowiłam spędzić ten dzień na zewnątrz. Kilka osób wybierało się do pobliskiego parku zoologicznego na spotkanie z kangurami. Ale mi tym razem chodziło o coś zupełnie innego. Zwykły spacer po Perth, gdzie człowiek czuje się wyluzowany i zrelaksowany. Nawet ludzie pędzący do pracy, czy na spotkania, nie wyglądają w ogóle zestresowani. Ogólnie panuje tu pozytywna atmosfera, tak przynajmniej ja to odbieram.

O Fremantle wiedziałam niewiele poza tym, że jest miastem portowym, również dla Perth, oddalonego o kilkanaście kilometrów od Oceanu Indyjskiego oraz, że znajduje się tam stare, nieczynne już więzienie. Turyści kuszeni są rejsami z Perth do Fremantle. Półtoragodzinne rejsy rzeką Swan na pewno są ciekawym przeżyciem, ale ja tym razem wybrałam prostszy i szybszy środek transportu. Metro łączy oba miasta, do tego stacja znajdowała się blisko hotelu, w którym się zatrzymaliśmy. Niespełna pół godziny i byłam na miejscu. Spragniona świeżego powierza ruszyłam przed siebie, podążając za grupką ludzi, która też wysiadła z pociągu. Po chwili grupka rozproszyła się w różne strony, wyciągnęłam więc mapę. Kierunek - port.




Od zawsze mnie zachwycała flora Australii, a konkretnie ta zieloność, którą widać w miastach. Niby zagospodarowana miejska zieleń, a mimo wszystko egzotyczna. Będąc w środku miasta można cały czas czuć się jak na wakacjach. To bardzo cenne chwile, zwłaszcza dla osoby, która poprzedniego dnia była zamknięta w latającej metalowej puszce przez 12 godzin. Dotarłam do jakiegoś okrąglaka, który z zewnątrz wydawał się całkiem ciekawy, więc weszłam do środka. Okazało się, że to budynek z 1830 roku, gdzie przetrzymywano więźniów kolonialnych i lokalnych. Później służył jako areszt policyjny, aż w końcu w 1900 roku przeznaczono go na mieszkanie dla komisarza, jego żony i dziesiątki dzieci. Hmm, no nie wiem, czy dobrze się mieszkało w takim miejscu, ale darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda, więc pewnie i komisarz nie miał nic przeciwko. Dziś w środku znajdują się sucha studnia, stary dzwon i dyby, przy których widnieje ciekawy opis sposobów, na jakie ich używano. Przede wszystkim dyby miały służyć upokorzeniu osoby w nie zakutej, dlatego zawsze stały w publicznym miejscu. Niektóre miały ławeczkę, na której siadał taki delikwent, a jego ręce i nogi były ściskane i unieruchamiane przez niewielkie otwory w deskach. W takiej pozycji skazany mógł siedzieć tygodniami. Inny rodzaj dyb miał otwory na głowę i ręce. Ten był mniej wygodny, bo trzeba było stać, do tego w pozycji pochylonej. Czasami jako dodatkową karę przybijano uszy gwoździami do deski, żeby skazany nie ruszał głową, kiedy w niego czymś rzucano. Dyby widoczne na zdjęciu to połączenie wersji pierwszej i drugiej. Ciekawe były też przewinienia, za które trafiało się do aresztu w okrąglaku:
- bunt,
- nieposłuszeństwo,
- obraza sądu,
- nieprzestrzeganie godziny policyjnej,
- drobne przestępstwa i wykroczenia,
- kradzież, 
- przestępcy chorzy psychicznie,
- podpalenie,
- zabójstwo, morderstwo,
- zabicie świni,
- zaatakowanie bydła włócznią.
No te dwa ostatnie rzeczywiście zasługiwały na zamknięcie...

Round House - Okrąglak


Dyby




Tuż nad okrąglakiem wzniesiony był maszt, na który wciągana była Kula Czasu (ang. Time Ball). Brzmi ciekawie, prawda? Natomiast już poza murami ustawiona była armata, opisana jako Broń Czasu (ang. Time Gun). Nazwę zawdzięczają swojej funkcji. Od 1900 roku (czyli od kiedy w okrąglaku zamieszkał komisarz), codziennie o godzinie 12:57 wciągano kulę na maszt, a punktualnie o 13:00 opadała ona w dół, po otrzymaniu z Obserwatorium Astronomicznego w Perth elektrycznego sygnału poprzez łączący te dwa miejsca kabel. Ten sam sygnał uruchamiał armatę, z której wystrzeliwana była salwa. Wszystko po to, by marynarze znajdujący się na morzu mogli sprawdzić i nastawić swoje chronometry, używane do nawigacji. Dopiero w 1937 roku procedura ta została zastąpiona przez sygnały radiowe.

Maszt z zawieszoną Kulą Czasu


Stąd dotarłam na niewielką plażę, po której spacerowała tylko jedna para z psem. No tak, w końcu jesień, to się na plaży nie siedzi. Ale za to już kawałek dalej, przy samym porcie, powoli zbierało się więcej osób. Pora była wczesna, jak na lunch, ale jako że wyszłam bez śniadania, dla mnie był to czas idealny, żeby coś przekąsić. W porcie Fremantle znajduje się sporo knajpek i restauracji oferujących świeże ryby i owoce morza. Można się tu zrelaksować wpatrując się w wodę i krążące nad nią mewy, a także przycumowane statki rybackie.












Od 1919 roku ten port był typowym portem rybackim. Cały ten interes rozwinął się dzięki włoskim imigrantom z Capo d-Orlando na Sycylii, miejscowości Molfetta w regionie Apulia oraz z Wysp Liparyjskich. Początkowo na połów wypływały małe łódki rybackie. To co udało się złowić, wrzucane było do kosza i sprzedawane na targu. Dziś ten przemysł jest warty wiele milionów dolarów, z połowem raków i homarów na czele. W 2005 roku w samym sercu portu został odsłonięty pomnik upamiętniający pierwszych rybaków: dwie postacie z brązu oraz dwanaście słupów zawierających 608 nazwisk, które odnaleziono w zapisach z 1947 roku.





Po zjedzeniu grillowanej rybki ruszyłam na spacer, by poznać dalszą część Fremantle. Oczywiście chciałam też dotrzeć do więzienia, jedynego mi znanego wcześniej punktu w tym mieście. Po drodze minęłam Fremantle Market - taki rynek pod zadaszeniem. Sporo było tam ludzi, więc nie koniecznie chciałam wchodzić do środka. W końcu moim dzisiejszym celem było korzystanie z uroków słońca i świeżego powietrza. Ale jako że jestem córką muzyka, dźwięki pianina wciągnęły mnie do środka, niczym magnes. Pomiędzy stoiskami stało sobie fikuśnie pomalowane pianino, a dźwięki wychodzące spod palców grającego mężczyzny przykuły mnie do podłogi lepiej, niż gwoździe. Zaczęłam nagrywać filmik z myślą o Was. Zwykle im krótszy, tym lepiej, bo szybciej mi się załaduje na YouTube. Ale tym razem ta pozytywna muzyka tak mnie zahipnotyzowała, że nie mogłam przestać słuchać i nagrywać. Oto rezultat, przydługi, 6-minutowy filmik (który ładował się na YouTube trzy godziny).










W końcu dotarłam do wspomnianego wcześniej więzienia. W latach 1851-1859 zbudowali je sami skazańcy, którzy dopełnili tu resztę swojej kary. Aż dziwne, że nie wbudowali sobie jakichś kilofów, czy łopat w ścianach, bo to pierwsze, co mi przyszło do głowy, gdyby ktoś mi kazał swoją własną celę budować. Więzienie było czynne do 1991 roku. Dziś jest atrakcją turystyczną oferującą różne sposoby zwiedzania. Można zwiedzić wszystkie miejsca, które były częścią codziennego życia skazanych, można pójść śladami wielkich ucieczek, albo przejść labiryntem podziemnych tuneli. Wszystkie wycieczki rozpoczynają się o określonym z góry czasie i trwają ponad godzinę. A ja, jak już wspominałam, tego dnia chciałam czerpać energię ze słońca i powietrza, więc bieganie po murach, albo tym bardziej tunelach zostawiam na kolejny raz.

Główna brama wjazdowa do więzienia




W drodze powrotnej zauważyłam przed jednym ze sklepów nietypową wystawę książek, zatytułowaną "Randka w ciemno z książką". Każda z nich owinięta była w papier do pakowania paczek, na którym napisane było kilka słów o samej książce, na przykład: "klasyk, hiszpańska wojna domowa" albo "fikcja, sprzedawanie autografów, sława, niespełnione słowa" czy "dobra literacka strawa, niekonwencjonalna rodzina, sekrety, władza i zmiany". Na podstawie tych krótkich opisów wybierało się książkę. Bardzo oryginalny i ciekawy sposób na zainteresowanie powieścią.









Po powrocie do Perth zrobiłam sobie krótki spacer przez miasto, wiedząc, że na pewno mnie pozytywnie zaskoczy. I oto na jednym z ruchliwych placów spotkałam... lamy i alpaki. Z kolei w innym zakątku - znakomite graffiti na ścianach. To miasto nigdy nie przestaje zachwycać. Wizytę w Perth polecam każdemu, ale nie zapomnijcie o Fremantle, które jest bardzo urokliwym miejscem i w zupełności spełniło moje oczekiwania.










Fremantle, Australia 01.05.2015