obraz

obraz

środa, 12 listopada 2014

Prywatne podwórko

Wiem, że wszędzie robi się już coraz zimniej. Deszczowo, wietrznie i z temperaturą poniżej 10 stopni. Nawet w Katarze daje się odczuć nadchodzącą zimę, ale tutaj efekt jest zupełnie odwrotny. Temperatura spada w końcu poniżej 30 stopni i w ciągu dnia można przyjemnie spędzić czas na zewnątrz, bez dotychczasowej duchoty. Ale dzisiaj chcę wspomnieć końcówkę lata w Nowym Jorku.

Central Park, Serce i płuca Manhattanu. Od dawna był na mojej liście, czekałam tylko na dobrą pogodę. Ta oaza zieleni w centrum miasta zajmuje aż 3,41km2 powierzchni. To jak warszawskie Łazienki razy 4,5. W zeszłym roku udało mi się zrobić zdjęcie Manhattanu z góry, podczas kołowania nad miastem. Aura co prawda była zimowa, ale widać wyraźnie, jak wśród budynków wyróżnia się ogromny prostokąt. To właśnie Central Park. Przeważnie oglądamy obrazy, kiedy to środek puszczy zostaje całkowicie wycięty i wykarczowany, a w miejscu drzew rosną coraz to nowsze bloki. Tym razem widok jest inny. Zupełnie jakby w środku miejskiej dżungli wycięto kilka wieżowców i drapaczy chmur, a w ich miejsce zasadzono drzewa. 


Mogłoby się wydawać, że tak ogromny park, to idealne otoczenie dla tych spod ciemnej gwiazdy: rabusiów, gwałcicieli, morderców. Jednak władze Nowego Jorku poradziły sobie z tym świetnie, zamykając park w godzinach 01:00 - 06:00. Całość Central Parku to wydzielony rejon policji z własną komendą. I chyba skuteczną, bo na przykład w 2012 roku doszło tu do jednego gwałtu, 74 kradzieży i ani jednego morderstwa. To chyba dobry wynik, jak na część miasta Nowy Jork.

Ależ zaczęłam negatywnie. Spróbuję jeszcze raz.

Central Park jest domem dla ponad 25 tysięcy drzew, Zielono, zielono i jeszcze raz zielono. Trudno sobie wyobrazić, że kiedyś całą tą powierzchnię zajmowały podmokłe tereny bagienne. Spędziłam pół dnia na spacerowaniu, siedzeniu na trawie i nie robieniu niczego, poza zdjęciami. Można powiedzieć, że ten park to takie prywatne podwórko nowojorczyków. Mieszkańcy spacerują tutaj z psami, biegają przed i po pracy, matki spacerują z wózkami i przyprowadzają starsze pociechy na liczne place zabaw. Rowerzyści, wrotkarze, deskorolkowcy, bryczki, wszystkiego tu pełno. Do tego wszystko bardzo dobrze zorganizowane. Nie wszędzie można wjechać na rowerze, czy deskorolce. Nie na każdy trawnik można wyprowadzić psa. A niektóre trasy biegowe mają wyznaczony nawet kierunek biegania.





Jak to na park przystało, sporo tu artystów i ludzi rozrywki, którzy w przeróżne sposoby zbierają pieniądze. Malarze, karykaturzyści, muzycy, śpiewacy, był nawet człowiek opowiadający dowcipy za 1$. Gwarantował przy tym, że dowcip usłyszysz po raz pierwszy i na pewno się zaśmiejesz. Jeśli nie - zwrot pieniędzy. Grupa młodych, ciemnoskórych nastolatków przyciągała tłumy swoim akrobatycznym pokazem, a także hasłami typu: "Cieszcie się razem z nami, że wybraliśmy taki sposób zarabiania gotówki. Moglibyśmy być teraz w waszych domach. A dlaczego? Bo was tam nie ma!". Wszystko z dużą ilością śmiechu i dystansu do siebie oraz stereotypów o czarnoskórych nastolatkach.







Dobrych kilka minut zajęło mi wpatrywanie się w mieniące się kolory ogromnych baniek mydlanych, zanim się ocknęłam i złapałam za aparat. Okazuje się, że nie tylko dzieci się za nimi uganiają. Dorośli również robili zabawne miny, próbując dmuchnięciem przestawić trasę lotu takiej bańki.









Spacerowałam po parku bez konkretnego celu, tak najbardziej lubię. Ale jedno miejsce celowo chciałam odszukać. Strawberry Fields - Pola Truskawkowe. Tę część otwarto w 2010 roku, w części Central Parku przed domem Johna Lennona, założyciela grupy The Beatles. Lennon został zastrzelony przed swoim domem przez psychopatę. Dziś setki, tysiące fanów zbierają się na Polach Truskawkowych, a zwłaszcza w ich centralnym punkcie, gdzie znajduje się kamienna mozaika ze słowem "Imagine". Fani odwiedzają to miejsce nie tylko w rocznicę urodzin, czy śmierci muzyka. Codziennie przychodzą tu tłumy, zostawiają kwiaty i w zadumie słuchają utworów Lennona, granych przez okolicznych grajków. Zrobienie zdjęcia samej mozaiki graniczyło z cudem. Jedna osoba po drugiej wchodziły na środek, żeby zrobić sobie zdjęcie na pamiątkowym miejscu.








Dalszy spacer to wycieczka wzdłuż jeziora, po którym wynajęte łódki układały się w przeuroczy obrazek. Gdyby któraś z koleżanek zdecydowała się wybrać ze mną, to może i byśmy się na jedną skusiły. Ale samej nie da się jednocześnie wiosłować, podziwiać widoków i robić zdjęć. Doszłam do Zamku Belwederskiego, który udekorowany jest dumnie trzepoczącą na wietrze flagą USA. W zamku ma swoją siedzibę Towarzystwo Przyrodnicze, które organizuje wystawy i imprezy dla dzieci. Jest to również znakomity punkt widokowy na Wielką Łąkę (Great Lawn) z wyrastającymi wieżowcami w tle. Swoją drogą, to ta właśnie Łąka była swego czasu miejscem, gdzie Papież Jan Paweł II odprawiał mszę podczas wizyty w Nowym Jorku. Coś jak nasze krakowskie Błonia?









Zamek Belwederski



Wielka Łąka (Great Lawn)





Szukając w internecie ciekawostek o Central Parku, natknęłam się na ciekawe zestawienie liczb, którym chcę się z Wami podzielić

  • 1 cm - długość gatunku stonogi o nazwie Nannarrup hoffmani, która żyje wyłącznie w Central Parku
  • 2 - liczba lodowisk na terenie Central Parku
  • 4 km - tyle mierzy dłuższy bok parku
  • 10 km - tyle mierzy najdłuższa trasa biegowa wokół Central Parku
  • 29 - liczba pomników na terenie Central Parku
  • 36 - tyle mostów znajduje się na terenie Central Parku
  • 240 - liczba filmów fabularnych, do których sceny kręcono w Central Parku (któż nie pamięta filmu "Kevin sam w Nowym Jorku")
  • 341 ha - powierzchnia Central Parku
  • 800 m - tyle mierzy krótszy bok Central Parku
  • 1600 - tyle osób wysiedlono z terenów, na których w połowie XIX wieku miano zbudować Central Park
  • 1945 - w tym roku w Central Parku odsłonięto pomnik króla Władysława Jagiełły
  • 2000 USD - taką nagrodę w roku 1857 otrzymali w zamian za projekt o nazwie "Greensward Plan" projektanci Central Parku
  • 32 000 - tyle godzin w ciągu roku wypracowują wolontariusze działający na rzecz Central Parku
  • 20 000 - tylu robotników pracowało przy budowie Central Parku
  • 26 000 - tyle drzew rośnie na terenie Central Parku
  • 10 milionów - tyle wagonów ziemi przywieziono do Central Parku w czasie jego budowy
  • 528,783,522,000  USD (528 miliardów, 783 miliony, 522 tysiące dolarów) - rynkowa wartość gruntu, na którym znajduje się Central Park





Pomnik Romea i Julii


Schodziłam ponad pół dnia, bo na tyle tylko pozwalał mi czas. Zobaczyłam może 1/4 parku. Jak dobrze, że takie miejsca nie uciekają. A nawet kolejne pory roku mogą ukazać inne, piękne odsłony Central Parku. Mam więc zajęcie na co najmniej kilka kolejnych wizyt w Nowym Jorku.


Central Park, Nowy Jork, USA 6-7.10.2014

czwartek, 30 października 2014

Godzina na lotnisku

10:15 Lądujemy. Kiedy tylko koła dotkną ziemi, słychać dźwięk odpinanych pasów. Wystarczy jeden śmiałek, a za nim idzie cała reszta. Klik.... klik..... klik klik klik klik klik! Przecież samolot wylądował, nikt już nie myśli o tym, że w każdej chwili na pasie startowym może wyskoczyć jakaś nagła sytuacja, kiedy pilot będzie musiał ostrzej zahamować. A wtedy wszyscy ci bez zapiętych pasów w najlepszej sytuacji przytulą się do siedzenia przed sobą.

10:16 Zjeżdżamy z pasa startowego, samolot jedzie coraz wolniej w kierunku terminala. Powtarza się sytuacja z pasami bezpieczeństwa. Jednak teraz pierwszy śmiałek wstaje, otwiera schowek bagażowy nad głową i sięga po swoją walizkę. Za nim cała reszta pasażerów robi to samo. "No bo skoro jedna osoba wstała, to znaczy, że już można". A symbol "zapiąć pasy" świeci się tak tylko dla ozdoby. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że jak samolot się zatrzyma, to i tak będzie trzeba kilka minut poczekać z tymi bagażami, aż my dostaniemy zgodę na otworzenie drzwi. Te kilka minut nikogo nie zbawią.

10:19 Zatrzymujemy się. Odbezpieczamy drzwi, czekamy, aż "rękaw" z lotniska (albo schody prowadzące na płytę) zostanie podłączony. Pasażerowie prawie siedzą nam na plecach, tak im się spieszy. Otwieramy drzwi.

10:22 "Thank you! Bbye! Have a nice day! Thank you! Bbye! Thank you! Have a nice day! Thnak you! Bbye! See you again! Thank you! Bbye! Bbye!" I tak do stu trzydziestu osób. A przecież mamy i samoloty, gdzie wchodzi ponad 200 czy 300 osób. W tym samym czasie słyszymy otwierane drzwi cargo. Zaczyna się wyładowywanie bagaży.

10:28 Wszyscy wysiedli, zaczynamy przeszukiwanie samolotu. Sprawdzamy, czy nie pozostawiono czegoś w kabinie. Zdziwilibyście się, o jakich rzeczach ludzie zapominają. Paszporty, tablety, okulary, czasami całe reklamówki z zakupami z bezcłowego. Zbieramy również słuchawki i koce z każdego siedzenia. Po skończonej pracy dajemy znak grupie sprzątającej, która wchodzi na pokład.

10:33 Zaczyna się sprzątanie. Ekipa sprzątająca ma dokładnie rozplanowane zadania. Kilka osób zbiera śmieci do plastikowych worków, przy czym każda zaczyna w innym rzędzie, żeby sobie nie przeszkadzali. Siedzenia, podłoga, kieszenie w siedzeniu, sprzątają wszystkie śmieci, które da się zebrać ręką. Oczywiście wszyscy wyposażeni w rękawiczki. Inna osoba rozkłada każdy stolik z osobna, spryskuje płynem i przeciera szmatką. Jeszcze inna wymienia nakrycia zagłówków na świeże, nieużywane. Jedna osoba ściąga poszewki od poduszek i pakuje je do plastikowego wora, a druga idzie za nią i zakłada świeże poszewki. W nagłych wypadkach ktoś zajmuje się usuwaniem większych plam, powstałych podczas lotu: napoje, jedzenie, efekty choroby lokomocyjnej. W ekstremalnych przypadkach, na przykład małe dziecko ze słabym pęcherzem, wymienia się całą dolną część siedzenia. Następnie wchodzi osoba z odkurzaczem i czyści cały samolot. Ktoś inny sprząta łazienkę, ktoś inny myję podłogę w galley. W tym samym czasie na dolnym pokładzie ładowane jest już cargo na lot powrotny. Kapitan ubiera żółtą kamizelkę odblaskową i wychodzi z samolotu na obchód. Musi sprawdzić maszynę również z zewnątrz. W środku praca wre, stewardessy mają chwilę na odetchnięcie. Nie wszystkie. Szefowa pokładu załatwia papierkową robotę, a stewardessa z biznes klasy podaje przekąski i kawę dla pilota i pierwszego oficera. W tym samym czasie po drugiej stronie samolotu otwierane są drzwi. Wchodzi ekipa z cateringu. Zabierają wózki i pojemniki z zawartością zużytą i ładują wózki z posiłkami na lot powrotny. Do tego wymiana napojów i wózków z talerzami, szklankami i kieliszkami na użytek pierwszej klasy. To samo dzieje się z tyłu samolotu, gdzie wymienia się wózki z pożywieniem dla klasy ekonomicznej.

10:48 Ekipa sprzątająca wychodzi. Catering ciągle się ładuje. Pracownik lotniska ponagla szefową "Musimy zacząć boarding! Odlot za pół godziny!" Przeszukujemy samolot tym razem w poszukiwaniu czegokolwiek, co tam być nie powinno. Nigdy nie wiadomo, kiedy jakiś terrorysta się dopisze do grupy sprzątającej i zostawi nam jakąś wybuchową niespodziankę pod siedzeniem albo w toalecie.

10:49 Szefowa pod naciskiem pracownika z lotniska nas pospiesza "Pasażerowie czekają!"

10:50 Sprawdzanie skończone, dajemy sygnał szefowej, a ta pracownikowi lotniska. Stewardessy odpowiedzialne za galley sprawdzają z pracownikiem z cateringu, czy załadowano odpowiednie ilości. Następnie ostatnie spojrzenie w lusterko, poprawa fryzury i szminki.

10:52 Wchodzą pierwsi pasażerowie. Przejście szybko się blokuje, bo pasażer z dziesiątego rzędu nie spieszy się ze wsadzeniem walizki do schowka, zostawiając ją na środku. Stewardessy ingerują i jednocześnie pomagają układać bagaż. Nie każdemu przychodzi do głowy, że dwie walizki ułożone w poprzek zajmują miejsce trzech. Nie raz już miałam sytuacje, kiedy trzeba było bagaż z kabiny przeładowywać do cargo, bo walizka była zbyt duża (co teoretycznie pracownicy lotniska powinni wychwycić wcześniej. Nie na darmo określone są maksymalne wymiary bagażu podręcznego). W pierwszej klasie każdy dostaje indywidualnie drinka powitalnego (świeżo wyciskany sok pomarańczowy, mięta z limonką, szampan, co tylko dusza zapragnie), gorący ręczniczek do odświeżenia rąk, czy twarzy oraz gazetę. Następnie serwowana jest kawa po arabsku i daktyle.

11:04 Na pokładzie już są prawie wszyscy. Brakuje dwóch pasażerów. Przeszli przez check-in, ale nie dotarli jeszcze do samolotu. Na pewno są gdzieś na lotnisku.

11:05 Nadal ich nie ma. Na lotnisku próbują ich wywołać przez głośniki. Może jak usłyszą swoje nazwisko, to się pospieszą. Jeśli się nie znajdą, trzeba będzie w cargo odszukać ich bagaż i wyładować, a to już wiąże się z opóźnieniem lotu.

11:07 Wchodzi ostatnia para, obładowana zakupami z bezcłowego i jak gdyby nigdy nic udają się na swoje miejsce.

11:09 Wszystko załatwione, papiery podpisane, zamykamy drzwi. W klasie ekonomicznej zaczynamy poczęstunek powitalny (cukierki i chusteczki odświeżające), jednocześnie szykując kabinę do odlotu. "Proszę zapiąć pasy, siedzenie wyprostowane, stolik zamknięty, proszę wyłączyć telefon", itd. Na monitorach wyświetlane jest wideo z zasadami bezpieczeństwa. Samolot kołuje na pas startowy.

11:14 Dostajemy sygnał od kapitana, że za chwilę ruszamy. Szefowa daje znak, wszystkie stewardessy siadają.

11:16 Samolot na pasie startowym przyspiesza... 5 sekund... 10... 20... 30... wzbijamy się w powietrze...



środa, 29 października 2014

Byle do grudnia..

Ostatnio moje grafiki robią się coraz mniej zróżnicowane. I tak jak październik był miesiącem lotów do Stanów, tak listopad to Wielka Brytania. Wynika to z ostatnio przebytego szkolenia na naszego kolosa A380. Na razie ta maszyna jest przypisana tylko do lotów do Londynu i Paryża, stąd sporo ich w grafikach przeszkolonej załogi. A że A380 cieszy się dużym zainteresowaniem wśród pasażerów pierwszej i biznes klasy, dlatego te dwie kabiny prawie zawsze są wypełnione po brzegi. 8 osób w klasie pierwszej i 48 w biznesowej, to już sporo gości do obsłużenia. Nie ma co narzekać, klasa ekonomiczna mieści 461 osób. Nic dziwnego, ja sama mając do wyboru 6 lotów z Londynu dziennie, wybrałabym ten najnowszym i najbardziej luksusowym samolotem. 

Oprócz Wielkiej Brytanii mam jeszcze jedną wycieczkę do Malezji. Na pewno zaplanuję sobie coś ciekawego. Reszta miesiąca zleci na obsługiwaniu lotów turnaround, czyli tych, z godzinnym postojem na lotnisku i powrotem do Kataru tego samego dnia. 

Właściwie to można już zacząć myśleć o świątecznych zakupach. W końcu po Wszystkich Świętych witryny sklepowe wypełniają się choinkami i Mikołajami. A w grudniu czeka mnie dłuuuugi urlop i Święta w domu. I z tą myślą bez problemu przetrwam wszystkie listopadowe loty.

01-02 - Nowy Jork, USA
03-04 - wolne
05 - Sharjah, ZEA (lot 1036/1037)
06-08 - SBY
09 - Bejrut, Liban (lot 420/421)
10-12 - wolne
13 - Bahrain (lot 1102/1103)
14-15 - Londyn, UK (lot 3/4)
16-18 - Kuala Lumpur, Malezja (lot 844/845)
19-20 - wolne
21-22 - Londyn, UK (lot 3/4)
23 - Abu Dhabi, ZEA (lot 1050/1051)
24-26 - wolne
27 - Kathmandu, Nepal (lot 650/651)
28 - wolne
29-30 - Londyn, UK (lot 3/4)




sobota, 25 października 2014

Ciemno wszędzie

Dlaczego ostatnio pisanie mi coś wolniej idzie? Ano dlatego, że mniej latam. Wydawałoby się, że powinno być odwrotnie: mniej latania, więcej czasu na pisanie. Ale w ciągu trzech lat pracy w przestworzach moje życie codziennie organizuje się od lotu do lotu. Zapomnij o poniedziałku, wtorku, czy środzie. Nie ma znaczenia, jaki jest dzień tygodnia. Ważne jest tylko za ile dni mam następny lot. Wtedy wiadomo, że czasu jest tyle, a tyle i zdąży się zrobić rzecz jedną, drugą i trzecią. Aż tu nagle przychodzi taki miesiąc, że grafik wypełniony jest szkoleniami, a do kolejnego lotu jest ponad tydzień. Wtedy mam wrażenie, że mam tyyyyyle wolnego czasu i wszystko mogę zrobić jutro. A jeśli nie jutro, to co najmniej później. W rezultacie przez te wszystkie dni nie zrobię nic z zaplanowanych rzeczy, a notatkę o podróży z końca sierpnia piszę w końcówce października. Zdecydowanie lepiej pracuje się z bardziej napiętym grafikiem. 

Przyszedł czas mojej kolejnej wizyty w Malezji - kraju, który niestety kojarzy mi się z nieszczęsnymi liniami Malaysia Airlines. Ale nie o tych tragediach chcę pisać. Tym razem nie wybrałam się do centrum Kuala Lumpur, ale skupiłam się na obrzeżach miasta. Razem z dwójką znajomych pojechaliśmy do miejscowości Putrajaya - miasta nazwanego na cześć pierwszego Premiera Malezji. Nazwa ta również oznacza putra - "książe", jaya - "doskonałość, sukces. Ciekawe, czy ktoś w taki ładny sposób rozwinie na przykład nazwę Działdowo Leśne. 

Ulice nie były nawet zatłoczone, chociaż następnego dnia obchodzono Dzień Niepodległości. Budynki i drogi przyozdobione były malajskimi flagami, a następnego dnia na ulice miały wyjść tłumy ludzi. Na szczęście nam udało się zobaczyć to, co było w planie bez większych przeszkód. Na pierwszy ogień poszedł meczet Putra. Ogromny budynek z pięknymi witrażami, zwieńczony różową, szpiczastą kopułą. Może pomieścić 15000 wiernych na raz. Żeby wejść do środka, oczywiście tylko do wydzielonej ograniczonej strefy dla turystów, trzeba było dostosować się do ichniejszych zasad. Ja co prawda nogi i ramiona miałam zakryte, ale dla muzułmanów równie wzbudzające pożądanie, co odsłonięty kawałek skóry, są też włosy. Dlatego przy wejściu dostawało się bordowe narzuty (co by pasowały kolorem do meczetu), ściągało się obuwie i można było wchodzić do środka. Można, o ile się jest muzułmaninem. Koleżanka z Malezji nikomu niczego udowadniać nie musiała, ale mnie strażnik zatrzymał i zapytał, czy jestem muzułmanką. Chciałam odpowiedzieć, że tak, w końcu to tylko dla zrobienia kilku zdjęć. Już otworzyłam usta, nabrałam powietrza... i się zacięłam. Wystarczyło co prawda powiedzieć krótkie "I am" ("Jestem"), ale za Chiny nie chciało mi to przez gardło przejść. Uratowała mnie koleżanka: "Oczywiście, że jest!" ale strażnik spojrzał na mnie i rzucił "As-salam alaikum", co po arabsku oznacza "Pokój niech będzie z Wami", na co śpiewnie mu odpowiedziałam "Alaikum salam", czyli "I z Wami pokój". Po zaliczeniu tego krótkiego testu, strażnik, udając, że nam wierzy, machnął ręką wskazując na wejście. Mogłyśmy podziwiać ogrom meczetu od środka. Jeśli przypatrzycie się jednemu ze zdjęć, zauważycie człowieka siedzącego na dywanie, pogrążonego w modlitwie







Dookoła meczetu czyściutko. Pewnie dlatego, że wszyscy, z turystami włącznie, bez butów chodzą. Dopiero po oddaleniu się od wejścia głównego można było oddać pelerynkę i założyć buty. Z jednej strony grupka dzieci trenujących taekwondo, z drugiej pojedyncze spacerujące osoby. Obeszliśmy całość dookoła, podziwiając z daleka posiadłość i biuro Premiera.














Biuro Premiera Malezji


Omijając zatłoczone centrum Kuala Lumpur, udaliśmy się do Jaskiń Batu. Byłam co prawda tam poprzednim razem, ale tym razem w planie była wycieczka do głębi jaskini. Trzeba było się też przywitać z wszędobylskimi małpami, które chętnie wyrywały przekąski turystom. Zasada ciągle ta sama: im głośniej szeleszcząca torebka, tym ciekawsza zawartość. Już od wejścia głównego do jaskini porozstawiane są ołtarzyki hinduskie, a dookoła pełno turystów z Indii. Z jednej strony ludzie cicho medytujący nad kadzidłami, z drugiej głośni kapłani. Jeden z nich nawet mnie wołał do siebie i palcem umaczanym w czerwonej mazi chciał zrobić hinduską kropkę na czole, ale podarowałam sobie tę "przyjemność". 












Schodząc ze schodów głównych lekko na bok, znajduje się niepozorne wejście do Dark Cave. To tu właśnie prowadzone są wycieczki z latarkami i  kaskami na głowach w głąb jaskini. Oczywiście stanęliśmy w kolejce do 45 minutowej wyprawy. Ale oprowadzanie turystów, to nie jedyna rzecz, która się tu odbywa. Badania i obserwacje ekosystemu, który radzi sobie świetnie bez nawet jednego docierającego tu promienia słońca. Jaskinia ta jest domem między innymi dla najrzadszego na świecie gatunku pająka trapdoor spider (Liphistius batuensis), taki mały brzydal z wielkim odwłokiem i włochatymi nogami, który ponoć występuje tylko i wyłącznie w tych jaskiniach. Na szczęście nie miałam okazji go osobiście zobaczyć. I bardzo dobrze, bo znając moje umiłowanie do tych właśnie stworzeń, musieliby mnie z jaskini na noszach wynosić. 

Sama wycieczka jednak nie zrobiła na mnie spodziewanego wrażenia. Szliśmy małą grupą, oczywiście z przewodniczką, która co kawałek się zatrzymywała i opowiadała o jaskini, a raczej o robalach, jakie tam żyją. Myślę, że nie trudno się domyślić, że nie pałam miłością do wszelkiego pełzającego albo szybko-zasuwającego-po-ścianach cudactwa. Dlatego nawet piękne stalagmity, stalaktyty, zasłony jaskiniowe i inne ciekawe formacje, przestały mnie interesować. Ciekawym doświadczeniem było, kiedy przewodniczka zrobiła tzw. próbę światła. Kazała wyłączyć nam wszystkie latarki, wyłączyła nawet swoją, która poza tą jedyną chwilą, była włączona przez cały czas. Efekt, którego doświadczyliśmy był podobny do tego, kiedy w bardzo słoneczny dzień, po długim czasie spędzonym na słońcu, wejdziemy szybko do ciemnej piwnicy. Przed oczami nie widać nic. Dosłownie nic. Żadnych cieni, konturów, nawet ręki wyciągniętej przed siebie. I tak jak w ciemnej piwnicy po jakimś czasie wzrok się przyzwyczaja i zaczyna dostrzegać szczegóły, tak tutaj to nie miało miejsca. Dziwne, a jednocześnie lekko przerażające uczucie.







Wąż ukryty między skałami


Po powrocie do hotelu wytrzepałam wszystkie ciuchy dokładnie, a kąpiel trwała dwa razy dłużej. Tak tylko na wszelki wypadek. Nie chciałabym zabrać jakiegoś Liphistiusa batuensisa na gapę do Kataru.


A oto album ze zdjęciami z Malezji:
Malezja 29-20.08.2014