obraz

obraz

sobota, 23 stycznia 2016

Trwaj chwilo, jesteś piękna...

Czy to tak zwane Prawo Murphyego sprawiło, że przeziębienie przypałętało się do mnie tuż przed lotem na Phuket? A może to ta szczepionka na żółtą febrę teraz daje o sobie znać? W końcu jak pielęgniarka wymieniała wszystkie jej efekty uboczne, to prawie uciekłam z gabinetu. Na szczęście na koniec wspomniała, że najprawdopodobniej dopadną nas tylko objawy grypowe. No i właśnie mnie dopadły. Dwa dni przed lotem długo wyczekiwanym. Bo w końcu coś nowego, w końcu miejsce, w którym jeszcze nie byłam.

Początek roku zaczął się pracowicie. Tuż po powrocie z Polski  miałam trzy loty pod rząd, a między nimi ledwie 12 godzin, żeby się w Doha wyspać i przygotować na kolejny. Więc jak mnie jednego dnia dopadł atak kichania, to myślałam, że winny jest kurz, który się w pokoju nazbierał. Mieszkając w mieście otoczonym przez piaszczystą pustynię, nie trudno i kurz i pył w mieszkaniu. Wysprzątałam więc wszystko, wyprałam pościel i koc i trochę mi ulżyło. Ale szybko okazało się, że to nie alergiczne kichanie. No to niech już będzie, że to ta szczepionka. Na coś trzeba zrzucić.

Na czas lotu udało mi się jakoś nos zatamować. Na pokładzie panował nastrój wakacyjny, bo któż wybiera się na Phuket służbowo. Nawet 2,5-letnia Hania podróżująca z rodzicami radośnie oznajmiała, że jedzie na wakacje "płiwać", po czym odśpiewała piosenkę o przedszkolaku, nie zważając na pozostałych, śpiących już pasażerów. Wśród załogi pięć Koreanek, cztery Tajki, dwie Rumunki, dwie Kenijki, Polska, Litwa, Filipiny i Jordania. Taki przekrój. Koreanki wybrały się na masaż, Tajki na lokalne zakupy, bo w końcu są u siebie. Reszta zamierzała rozłożyć się na plaży i korzystać ze słońca. I ja miałam taki zamiar, chociaż wiem, że dookoła jest tyle cudownych miejsc do zobaczenia. Ale nocny lot w połączeniu z przeziębieniem sprawiły, że opcja minimum snu i maksimum aktywnego zwiedzania tym razem nie przeszły.

Dotarliśmy do naszego resortu tuż po wschodzie słońca. Pierwsze wrażenie - recepcja jest na zewnątrz! Tutejszy klimat sprawia, że nie trzeba obwarowywać się ścianami ze wszystkich stron. Wystarczy na przykład tylko z dwóch. Żadnych drzwi obrotowych. Ba! W ogóle żadnych drzwi! Wrażenie, że jest się pod gołym niebem. Mundurek poszedł do szafy, a krótkie spodenki i klapki na nogi. Przeszłam się do bankomatu, żeby sprawdzić, czy mi polska karta zadziała, bo katarskiej sobie nie odblokowałam. Zadziałała. Można wydawać. Ale najpierw sen. Jednak w drodze do pokoju postanowiłam zajrzeć, jak wygląda basen i plaża. Dochodziła 7 rano. Przy basenie kręciło się kilku pracowników sprzątających teren, zanim dzień rozpocznie się na dobre. Pogoda była idealna, poranne 24 stopnie, bez upału i duchoty. I ten uśmiech rysujący się na twarzy w miarę zbliżania się do morza (Andamańskiego, gdyby ktoś się zastanawiał). Dzięki wschodzącemu za moimi plecami słońcu, woda miała różne odcienie. Ciemno-granatowy gdzieś tam daleko, daleko i srebrzysty bliżej brzegu. Dookoła panował niesamowity spokój i cisza. Do tego słodki zapach tutejszych kwiatów i poranne śpiewy ptaków - po prostu idealny, urlopowy poranek. Wróciłam do pokoju po aparat fotograficzny, ale jak tylko zobaczyłam w lustrze swoje odbicie, stało się oczywistym, że potrzebuję odpoczynku i kolejnej dawki aspiryny.







Po odpoczynku przyszedł czas na plażowanie. Ale tym razem wytrzymałam na słońcu tylko godzinę, co w moim przypadku jest dziwne, bo zazwyczaj mogę plackiem przeleżeć cały dzień. Cały resort był pełen turystów z Rosji, tudzież innych krajów rosyjskojęzycznych. Mało tego, wszelkiego rodzaju znaki, instrukcje, nawet bilbordy były w języku tajskim, angielskim i właśnie rosyjskim. Od godziny 15 upał zaczął łagodnieć i coraz więcej ludzi pojawiało się na plaży. Ja w tym czasie przeniosłam się do cienia, gdzie spokojnie mogłam nacieszyć się lekkim obiadem i nie do końca fortunnie wybranym drinkiem z palemką (jednak połączenie rumu, ananasów i bananów do najlepszych nie należy). Po obiedzie cóż lepszego, jak nie spacer. A spacer brzegiem plaży to już w ogóle. Butelka wody w rękę, w drugą aparat i ruszam. Stopy zapadały się w ciepłym piasku z każdym krokiem. Woda od czasu do czasu łaskotała po nogach, dając przyjemne ochłodzenie. Lotnisko musiało być niedaleko, bo od czasu do czasu widać było startujące i podchodzące do lądowania samoloty. Do tego na bardzo niskiej wysokości, więc pas startowy musiał kończyć się niedaleko od plaży. To brzmi jak dobry cel podróży. Dochodziła godzina 16:30, a około 17:30 miała lądować kolejna maszyna z Kataru. Plan więc był taki, żeby dotrzeć na miejsce na czas, zrobić ciekawe zdjęcie lądującego Katarczyka i wrócić do resortu przed zachodem słońca.







Szłam plażą powoli, nigdzie mi się nie spieszyło. Cel był w zasięgu wzroku i wydawał się tak blisko. Obserwowałam śmigające bokiem małe kraby, które zawsze skutecznie uciekały sprzed obiektywu aparatu, zanim ten zdążył dobrze złapać ostrość. Szłam, szłam i szłam, a lotnisko nie zdawało się przybliżać ani trochę. Chyba to jednak będzie dłuższy spacer, niż przypuszczałam. Kiedy nadeszła pora lądowania samolotu z Kataru, ja cały czas szłam, teraz już szybszym krokiem i z przygotowanym aparatem. Niestety, lądowanie musiało być od strony lądu, a nie wody, więc nie byłam w stanie go zobaczyć. Kiedy w końcu udało mi się dojść na miejsce, widziałam już tylko ogon zaparkowanego samolotu z charakterystycznym wymalowanym Oryxem (to ta koza w naszym logo).


Cóż, plan się nie powiódł, należało więc go szybko zmodyfikować. Mało tego, spacer zajął mi tyle, że słońce zaczęło się coraz bardziej zniżać. Usiadłam więc sobie na piasku i czekałam, aż pomarańczowo-czerwony kolor zabarwi resztę oceanu. Warto było czekać. Im niżej słońce schodziło, tym piękniejszy pejzaż malował się przed oczami. To niesamowite, jak takie chwile potrafią człowieka wyciszyć i jednocześnie pozytywnie naładować. I co dziwne, nie skłoniło mnie to wcale do jakichś rozmyślań nad życiem. Wszystkie myśli wyłączyły się całkowicie, pozostało tylko podziwianie tego, co widzę. To był jeden z tych momentów, kiedy chce się powiedzieć "Trwaj chwilo, jesteś piękna..."












Po całkowitym zanurzeniu się słońca za horyzontem szybko zrobiło się ciemno. I żeby nie wiem jak nocny powrót plażą do hotelu wydawał się kuszący, zdecydowałam się podejść do najbliższego resortu i stamtąd wrócić do siebie taksówką. Czasami trzeba iść za głosem rozsądku i wybrać to, co bezpieczniejsze. Wróciłam do hotelu z małym odciskiem na palcu od mojego plażowego spaceru i z żalem, że nie mam jeszcze jednego dnia do spędzenia w tym pięknym miejscu..


Phuket, Tajlandia 08-09.01.2016

niedziela, 10 stycznia 2016

Uprzedzenia

Nowy Rok, nowa ja, nowe wyzwania? Czy raczej bez zmian, poza datą w kalendarzu? Jakkolwiek by nie było, życzę Wam, żeby wszystkie plany i założenia się spełniły, a postanowienia noworoczne wytrwały dłużej, niż jeden tydzień.

Uprzedzenia - każdy z nas je ma, mniejsze, czy większe. I jeśli ktoś mi powie, że nie, to przykro mi bardzo, ale nie uwierzę. Z góry zakładamy, że czegoś/kogoś nie lubimy, nie mając tak naprawdę konkretnego do tego powodu. Często jesteśmy w tym kierowani na przykład przez opinię publiczną. Sami nie znamy tematu, więc wierzymy w to, co inni mówią. Bo skoro kilka osób powtarza to samo, to musi to być prawda. Albo jakieś wydarzenie z przeszłości - nieprzyjemny zapach z dzieciństwa, ot taki gotujący się kalafior - i do końca życia twierdzimy, że nie lubimy kalafiora, nawet go nie próbując.

Ale o co właściwie mi chodzi?
Zadowolona wybrałam się pod koniec grudnia do Polski. Cztery dni wolne pozwolą mi na dwudniowy, poświąteczny pobyt w domu. Szybka przebieżka przez lotnisko, bo jak leci się do domu, to chce się być na pokładzie jak najszybciej. Do samolotu podwoził nas autobus. Chociaż dystans do pokonania był niewielki, pojazd zatrzymał się w połowie drogi, ustępując dwóm samolotom kierującym się na pas startowy. Postój trwał prawie 10 minut, bo wypchnięcie dwóch maszyn trochę trwało. Byłam za to świadkiem takiej sytuacji: małżeństwo w wieku 50+, a właściwie to już bliżej 60, najwyraźniej wracali z wakacji. Mąż oswajał się z myślą, że już wracają, ale z zadowoleniem cieszył się z ostatnich chwil poza domem, słusznie zauważając, że "słoneczko miło grzeje, nawet przez szybę autobusu". Żona natomiast niespokojnie rozglądała się po lotnisku. Mąż zajął się rozpoznawaniem samolotów innych linii lotniczych, zaparkowanych dookoła.
"A-ir Arabia. To pewnie z Arabii Saudyjskiej" - czytał nazwy zupełnie spolszczone przez siebie. - "A ten jaki śmieszny..." - wskazał na Gulf Air, którego samoloty przód mają pomalowany na ciemno-złoty kolor, a reszta jest biała - "... do połowy brązowy, jakby go ktoś przeciął". Żona spuściła głowę i cicho, łamiącym się głosem powiedziała coś do męża. Ten czule ją objął, pogładził dłonią po szyi i zapewnił "Nie martw się. Nic nam nie grozi". To chyba jednak małżonki nie uspokoiło, bo cały czas coś szeptała, pociągając nosem. W pewnym momencie małżonek nie wytrzymał i zmienił się w ułamku sekundy. Przestał obejmować żonę, przykleił się z powrotem do szyby i powiedział "No teraz to już przesadziłaś! Sama siebie nakręcasz!". Tylko się mogłam domyślać o co chodziło, ale kolejne zdanie potwierdziło moje przypuszczenia. "No przecież sami sobie bomby nie podłożą!". No tak. Boimy się tego, co nieznane. Nawet pomimo tego, że to "nieznane" może zabrać nas prawie w każde miejsce na ziemi, czasami za bardzo promocyjną cenę, bo przecież konkuruje z innym "nieznanym", walcząc cenami o pasażera. Ale w telewizji mówią, że wszystko co z "nieznanym" i wokół "nieznanego" to złe i niebezpieczne, więc telewizji trzeba słuchać.

Mam nadzieję, że wszyscy wyłapią mój sarkazm..

A tam w górze przecież tak pięknie...


poniedziałek, 7 grudnia 2015

Kawa z mlekiem i błękit

Kiedy ponad półtora roku temu, podczas pobytu w Wietnamie, udało mi się wybrać z jeszcze dwiema innymi dziewczynami na wycieczkę nad Mekong, byłam zachwycona tym, jak rzeki o kolorze kawy z mlekiem, znakomicie wpisywały się w tamten krajobraz. Wystarczyło zanurzyć rękę na kilka centymetrów, a już palców nie było widać. I gdy wtedy tak płynęłam łodzią przecinając taką właśnie brązową taflę wody, nie zastanawiałam się w ogóle, w którym miejscu łączy się ona z szerokimi wodami oceanu. Aż do niedawna.

Jeden z moich ostatnich lotów do Bangkoku był dla odmiany na pokładzie Boeinga 777, a nie Airbusa A380, tak jak to zwykle bywa na trasie do Tajlandii. Tym razem na niespełna 30 pasażerów w biznes klasie przypadało siedem dziewcząt, które też na co dzień uwijają się w A380, gdzie zazwyczaj jest nas sześć, a pasażerów czterdziestu ośmiu. Dlatego chyba łatwo się domyśleć, że serwis przebiegł nam szybko i sprawnie i miałyśmy trochę czasu dla siebie. Już prawie zapomniałam, jak to jest, kiedy godziny na pokładzie się dłużą i tylko odlicza się czas do lądowania. Siedząc spokojnie z gorącą herbatą Earl Grey w papierowym kubku, uchyliłam zasłonę na mini okienku w drzwiach. Akurat lecieliśmy na Myanmarem (dawną Birmą), krajem sąsiadującym z Tajlandią. Najbardziej wysunięta na południe część tego kraju wygląda, jak kartka papieru, którą wsadziło się do niszczarki, ale w połowie drogi postanowiło się ją wyjąć i teraz końcówka jest zupełnie poszatkowana (może i to zbyt biurowe skojarzenie, ale inne jakie mi przyszło do głowy, to sucha pięta z popękaną skórą, bleh). Teraz miałam okazję tę kartkę (piętę) zobaczyć z góry. I widok był naprawdę ciekawy. Ani trochę obleśny, tak jak moje skojarzenia.

Ląd poprzecinany w wielu miejscach złocistymi rzekami, od których co kawałek odbijała kolejna odnoga. Od niej kolejna i jeszcze jedna. Całość tworzyła błyszczącą w słońcu siatkę, brązowo-złotą pajęczynę. Zachwycałam się przez chwilę widokami, po czym zostałam zawołana przez koleżanki do czegoś zupełnie przyziemnego, już nie pamiętam nawet czego. Zrobiłam szybko co swoje i wróciłam do okienka, żeby obserwować z góry porozrywany ląd. Nawet wychwyciłam jedno miasteczko, które później udało mi się zidentyfikować na mapach Google, porównując teren i rzeki dookoła. Jeden z zakrętów rzecznych pod kątem 90 stopni bardzo mi w tym pomógł. To miasteczko Bogale nad rzeką o tej samej nazwie. Chwilę potem zaczęliśmy zbliżać się do wschodniego wybrzeża. I tu niesamowity widok, gdzie jedna z tych rzek wpada do Morza Andamańskiego, a właściwie do Zatoki Martaban (trochę geografii, a co). Błotniste, brązowe wody mieszają się z błękitem. Zupełnie jakby ktoś próbował oczyścić pędzel z brązowej farby. Taki sam widok można zobaczyć na mapach Google po dokładnym zbliżeniu, ale kto by tam śledził w internecie wybrzeże Birmy.







Miasteczko Bogale



poniedziałek, 30 listopada 2015

Co w tym Londynie

Dni mijają jak szalone. Wolne kończy się bardzo szybko, żyje się od lotu do lotu. Trochę zaczyna męczyć taki tryb życia. Ale szybko sobie przypominam wszystkie pozytywne aspekty, które się z tym trybem życia wiążą. A wszystko ma swoją cenę, "coś za coś", jak to mówią. W takich chwilach najlepiej pomaga wieczorny relaks, na przykład w jednej z kawiarni w katarskiej Perle.



Tak marudzę i narzekam, że tyle do tego Londynu latam, a nic właściwie o tym nie piszę. Ostatni konkretny wpis z tego miasta jest z grudnia zeszłego roku, kiedy to odwiedziłam Tower of London udekorowaną setkami tysięcy ceramicznych maków. Nie znaczy to, że od tamtego czasu nie wybrałam się w ogóle do miasta i tylko skupiam się na polskich spożywczakach w Hounslow. To też, oczywiście, ale nie tylko. Zróbmy więc małe zestawienie niektórych lotów do Londynu z zeszłego roku. 

Grudzień 2014

W Londynie mieszka mój dobry przyjaciel Sebastian, z którym bardzo chętnie się spotykam, jeśli tylko terminy nam się zgrają. Udało się to między innymi w grudniu zeszłego roku, kiedy postanowiliśmy wybrać się do Hyde Parku, gdzie rozstawione było wesołe miasteczko - Winter Wonderland. Nie ma to jak przez jeden wieczór odjąć sobie kilkanaście lat i beztrosko między karuzelami i salonami krzywych luster. Atmosfera już świąteczna, rozstawione kramy z ozdobami choinkowymi, upominkami i wszystkim tym, co ze świętami może się kojarzyć. Na koniec dnia powstał krótki filmik, odzwierciedlający nasze humory i atmosferę wieczoru.









Luty 2015

W lutym postanowiłam wybrać się do muzeum. Oczywiście mogłam zapomnieć o jakimkolwiek towarzystwie z załogi. Samo pytanie "Czy jedziesz ze mną do miasta", kiedy dotarcie do centrum przewiduje jazdę autobusem do lotniska oraz 45-minutową podróż metrem, odstrasza wymęczonych lotem koleżanki i kolegów. A jeśli kogoś to nie odstraszy, to słowo "muzeum" na pewno. Wybrałam się więc sama. Był środek tygodnia, świeże chłodne powietrze było miłą odmianą po katarskim upale. Wysiadłam na stacji South Kensington i od razu spodobała mi się okolica. Ciężko mi to wytłumaczyć, ale to jedno z takich miejsc, przez które miło się przechodzi. A może po prostu miałam dobry nastrój, bo moja strona na Facebooku dopiero co osiągnęła 1000 fanów. W każdym bądź razie, zadowolona podążyłam do Muzeum Historii i Nauki. Nie spodziewałam się tłumów, w końcu był środek tygodnia. Szybko jednak zmieniłam zdanie widząc wijącą się kolejkę przed wejściem i pracowników Muzeum przekierowujących ludzi do odpowiednich kolejek. Wstęp jest bezpłatny, ale żeby aż takie tłumy to przyciągało? Kolejki były długie, ale ruszały się w dość szybkim tempie. A Muzeum mieści się w ogromnym budynku, więc na pewno w środku nie będzie tego aż tak widać. Nic bardziej mylnego. Tłum, jaki ukazał się moim oczom tuż po wejściu, tylko mnie przeraził i skłonił do przemyślenia decyzji o wejściu do środka. Ale skoro już tam byłam, to nie mogłam się poddać od razu na wejściu. Jak się później okazało, ścisk ludzi w głównej hali, to była poskręcana kolejka do sali z dinozaurami. Czas oczekiwania to półtorej godziny stania w kolejce. Odpuściłam sobie więc tę wystawę i obeszłam pozostałe. Nic dziwnego, że takie tu tłumy. Wystawy mogą zaciekawić i młodszych i starszych, a sam budynek sprawia wrażenie jednej ze szkół Harrego Pottera (chociaż przyznaję się, że książek nie czytałam, filmu nie widziałam).

South Kensington

Muzeum Historii Naturalnej w Londynie





Pień sekwoi o średnicy 6 metrów










Marzec 2015

W marcu wielkiego zwiedzania nie było. Cieszyła mnie rozpoczynająca się wiosna, więc większość zdjęć w moim telefonie z tego czasu, to różowe rozkwitające kwiatuszki. Udało mi się też po raz kolejny spotkać z Sebastianem, który akurat zaczynał swoją przygodę z aparatem fotograficznym Polaroid. Niewielka, czarna skrzyneczka, z której zdjęcie wyjeżdża od razu po pstryknięciu. Co się okazuje, to co pokazują na filmach (zdjęcie od razu po wydrukowaniu ukazuje się w całej swej okrasie) to bujda. Przynajmniej w tym modelu aparatu. Zdjęcie owszem, wysuwa się od razu, ale na ukazanie obrazu trzeba zaczekać około 30 minut. No to czekaliśmy, ale się nie doczekaliśmy. Piękne marcowe słońce okazało się nie do ogarnięcia dla aparatu i fotografia nic nie ukazała. Na szczęście te robione w pomieszczeniu wychodzą rewelacyjnie. Ludzie używają różnych aplikacji z filtrami w telefonach, żeby nadać zdjęciu efekt, jaki tu się ma od razu.




Te nie do końca udane zdjęcia...

... i to, które wyszło całkiem dobrze.


Lato przebiegło głównie pod znakiem innych lotów, a jeśli już zawitałam w Londynie, to nie wypuszczałam się poza Hounslow i wspominane już wcześniej spożywczaki. Za to na jesień zaplanowałam kolejną wycieczkę dla mojej uwielbiającej podróże Mamy. Udało mi się zgarnąć lot z pobytem 48-godzinnym, co przy standardzie 24 godzin jest naprawdę dużym osiągnięciem.

Wrzesień 2015

Mama nigdy wcześniej w Londynie nie była, więc zadanie nie było trudne. Na liście znalazły się miejsca, bez zobaczenia których z Londynu się nie wyjeżdża. Zaczęłyśmy od Big Bena. Lubię ten moment, kiedy wychodzi się ze stacji metra Westminster, a wieża wyrasta tuż przed naszym nosem. Od razu też obejrzałyśmy Pałac Westminsterski, gdzie znajduje się Parlament oraz Opactwo Westminsterskie - katedrę anglikańską. Niestety kolejka do zwiedzania wnętrza była dość długa, więc udałyśmy się spacerkiem w kierunku parku St. James. Pogoda spisała się na piątkę z plusem, bo niby końcówka września, a słońce świeciło przez cały dzień. Niestety mądra Martyna zapomniała naładować baterii aparatu fotograficznego, dlatego pozostał jedynie telefon i aparat kompaktowy Mamy. Poszłyśmy do Królowej na herbatkę, ale bramy Pałacu Buckingham były zamknięte, więc zadowoliłyśmy się zielonym Frugo przy pomniku Królowej Wiktorii.







Stąd udałyśmy się w kierunku Trafalgar Square. I kiedy tak sobie szłyśmy chodnikiem, dobiegła do mych uszu bardzo charakterystyczna melodia ścieżki dźwiękowej z filmu Pogromcy Duchów (Ghostbusters). Zdaję sobie sprawę, że jakaś część moich czytelników może nie wiedzieć, o czym mówię, bo film jest z 1984 roku. Ale dla ludzi z mojego i starszego pokolenia, nie sposób przejść obok tego dźwięku obojętnie. Zwłaszcza, kiedy słychać go w środku dnia gdzieś w mieście. Muzyka dochodziła z samochodu, który wyglądał identycznie, jak ten z filmu - Ecto-1, Cadillac z 1959 roku wyposażony w sprzęt do łapania duchów. Pomyślałam, że może to jakaś reklama. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby tuż za nim nie jechał pojazd z Parku Jurajskiego (1993r.). Może to zbieg okoliczności, może ktoś lubi sobie jeździć żółto-zielonym jeepem po mieście. Ale kolejne pojazdy rozwiały wszelkie wątpliwości. Następny jechał DeLorean DMC - wehikuł czasu z Powrotu do przyszłości z 1985 roku, a za nim Batmobile na lawecie. Pewnie te rakiety nie są przystosowane do jazdy po mieście. Wszystko okazało się być reklamą firmy, która wykonuje repliki znanych samochodów.










A my dalej do zwiedzania. Właściwie przyszła pora na obiad, więc udałyśmy się do restauracji Sherlocka Holmesa. Restauracja na piętrze świeciła pustkami, czego nie można było powiedzieć o pubie na parterze. Ale w końcu jesteśmy w Anglii, więc jest to zrozumiałe. Po sytym posiłku kilka miejsc do zobaczenia pod osłoną nocy: Picadilly Circus, Tower of London i most London Bridge. Ale tu już kamera z mojego telefonu wysiada, wystarczy, że zrobi się ciemno. Niemniej jednak ten fantastyczny dzień minął bardzo szybko, rano odstawiłam Mamę na lotnisko, wróciłam do hotelu zaczęłam się szykować na lot powrotny do Doha.


Restauracja Sherlocka Holmesa

Restauracja Sherlocka Holmesa

Restauracja Sherlocka Holmesa



Listopad 2015

Tu dwie różne sesje zdjęciowe. Jedna w drodze na przystanek autobusowy, gdzie razem z innymi dziewczynami z załogi zachwycałyśmy się górą żółto-brązowych liści. Druga sesja z samolotu, kiedy czekając w kolejce do lądowania, robiliśmy kilka okrążeń nad miastem. Jak już mówiłam, mój telefon do nocnych zdjęć nie jest najlepszy, a tylko ten miałam wtedy przy sobie. Ale jak się dobrze przyjrzycie, to i London Bridge albo diabelski młyn London Eye można wyłapać.





Świetliste wesołe miasteczko Winter Wonderland w Hyde Parku



Most London Bridge widoczny tuż nad silnikiem samolotu



Coś jednak dzieje się w tym Londynie. Nie ma na co narzekać, chociaż tęsknię za byciem na trzech różnych kontynentach w tym samym miesiącu. A teraz jeszcze uaktualnię grafik na grudzień i zaczynam się szykować na nocny lot do Bangkoku.