obraz

obraz

poniedziałek, 1 września 2014

Bo we wrześniu wszyscy idą do szkoły

I ja również. We wrześniu bardzo mało mnie będzie w chmurach. Szkolenia, które powtarzamy co roku przypadają mi zawsze na ten właśnie "szkolny" miesiąc. Do tego, jako że minęły mi trzy lata w firmie, czas na powtórzenie szkoleń takich jak to przeciwpożarowe, czy awaryjne lądowanie na wodzie. I te dwa kursy nie będą tylko wykładem, czy typową lekcją w klasie. Na kursie przeciwpożarowym dostanę kombinezon o dwa rozmiary za duży i gaśnicę do ręki, następnie jakiś piekarnik do ugaszenia. Awaryjne wodowanie natomiast odbędzie się w Bahrajnie. Poza tym we wrześniu mam kilka dni urlopu, więc czasu starcza jedynie na cztery loty, z czego jeden to turnaround do Turcji, a trzy pozostałe to wizyta w Anglii (Londyn i Manchester). Zwiedzania zapewne dużo nie będzie, ale nie ma się co martwić. Do opisania mam trzy sierpniowe podróże, więc na pewno będzie co czytać.

Prawie bym zapomniała. Dochodzi mi szkolenie na kolejny rodzaj samolotu - Airbus A380. To dwupoziomowy, szerokokadłubowy, czterosilnikowy samolot pasażerski. Sama nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jak wygląda w rzeczywistości. Oto mały podgląd na pierwszą klasę w A380:


Siedzenia w pierwszej klasie

Wystrój łazienki

Tak oto wygląda wrzesień. Może i nie za bardzo emocjonujący miesiąc, ale potraktuję to jako odpoczynek :)



czwartek, 28 sierpnia 2014

Watykan do powtórki

Sierpień zaczął się bardzo pozytywnie. Nie dosyć, że w tym właśnie miesiącu stukną mi trzy lata w Katarze, to jeszcze mój grafik wyglądał tak, jakby był prezentem z tej właśnie okazji. Z 10 lotów, o które prosiłam, dostałam aż pięć (co przy dotychczasowej średniej dwóch lotów miesięcznie jest świetnym wynikiem). Jednym z nich był Rzym. Byłam już tam co prawda wiele razy, ale jeszcze nigdy nie zawitałam do Watykanu. A teraz pełnia lata, cieplutko i przyjemnie, więc postanowiłam się tam wybrać.

Nie nastawiałam się nawet na wyjście z innymi osobami, bo przeważnie wszyscy biegną do Koloseum, Fontanny di Trevi i Schodów Hiszpańskich. Ale kiedy dziewczyny z Filipin i Rumunii zapytały mnie, czy wybiorę się z nimi do Watykanu, ucieszona się zgodziłam. Jednak kiedy powiedziały, że chcą wyruszyć nie o proponowanej przeze mnie 7 rano, tylko o 9, powinna mi się zapalić czerwona lampka. Nie żebym była zwolenniczką wczesnego wstawania, ale znam zasadę takich turystycznych miejsc: im wcześniej, tym mniej ludzi. Jednak tym razem dałam się zbić z tropu i dla zwiedzania w towarzystwie, a nie w pojedynkę, przesunęłam budzik o dwie godziny później. 




Pogoda była przecudowna. Świeże poranne powietrze i coraz cieplejsze słońce jeszcze bardziej zachęcało do wyjścia. Dojechałyśmy więc do centrum miasta i ruszyłyśmy w kierunku Watykanu. Po drodze zatrzymywałyśmy się to tu, to tam. A że były to i dla mnie nowe miejsca, nie miałam nic przeciwko. Pierwszy przystanek był przy Panteonie. Piękna budowla, nie wiem czemu nie doszłam do niej wcześniej. Wnętrze robi wrażenie, zwłaszcza betonowa kopuła, Grubość jej ścian u podstaw wynosi 6 metrów i maleje wraz z jej wysokością. Światło dzienne wpada przez 9 metrowy otwór zwieńczający kopułę. Co ciekawe, wzniesienie takiej budowli z punktu widzenia architekta, czy inżyniera jest o wiele trudniejsze, niż na przykład piramidy Cheopsa i na pewno wymaga zdecydowanie większej wiedzy. Łatwiej jest wznieść budowle kładąc, jedna po drugiej, coraz mniejsze warstwy kamiennych bloków o masie 2,5 t. Owszem, jest to pracochłonne, ale o wiele bardziej skomplikowane jest przykrycie budynku z wnętrzem o średnicy ponad 43 m i wysokości ponad 21 m jednolitą kopułą o wadze kilku tysięcy ton tak, by wytrzymała stulecia.






Kiedy skończyłyśmy podziwiać Panteon, ruszyłyśmy w dalszą drogę. Oczywiście cały czas w kierunku Watykanu. Zrobiłyśmy mały przystanek na placu Navona, który został wybudowany na ruinach starożytnego stadionu. Sporo kawiarni i ogródków porozstawianych dookoła oraz liczni artyści prezentujący na placu swoje prace, sprawiają, że to miejsce staje się bardzo klimatyczne. Kilka szybkich zdjęci i ruszamy w dalszą drogę. Tu jednak powstał mały konflikt. Koleżanka z Rumunii bardzo się szczyciła swoją znajomością języka włoskiego oraz tym, że kiedyś studiowała we Włoszech. Postanowiła więc zapytać kogoś o wskazówki co do dalszego kierunku naszej trasy. To jest coś, czego ja zazwyczaj nie robię. Przed wyjściem przygotowuję się na tyle, żeby sobie poradzić w każdej sytuacji. Mam i zwykłą, papierową mapę, jak i tą bardziej aktywną w telefonie, która pokazuje nawet kierunek, w którym stoję. Tak wiem, że "koniec języka za przewodnika", ale ja ludzi pytać nie lubię, bo zazwyczaj sami dobrze nie wiedzą, ale z uprzejmości odpowiedzą i wyślą cię w jakimś kierunku. Więc według mnie powinnyśmy iść w stronę przeciwległą do kierunku wskazanego przez zapytanego Włocha. Próbowałam przekonać dziewczyny, ale moje argumenty nie działały: mapa, północ-południe, most jest tu, a my tu - NIE! Bo Włoch powiedział, że trzeba iść TAM! No dobrze. Poszłyśmy więc trasą, która według mnie była okrężną drogą. Ja szłam na końcu, robiąc zdjęcia uroczym włoskim uliczkom. W pewnym momencie zorientowałam się, że nie widzę dziewczyn przed sobą. Fakt, szły trochę szybciej, ale co jakiś czas się oglądały za siebie sprawdzając, czy ciągle tam jestem. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że nie ma ich w zasięgu wzroku. Przyspieszyłam więc kroku, żeby je dogonić, ale bez skutku. Zgubiłam je (albo one mnie). Specjalnie, czy niespecjalnie - nie wnikam. Ale nie powiem, żebym jakoś z tego faktu ubolewała. 







Dotarłam do mostu, który prowadził prosto do Zamku Świętego Anioła. Kiedyś było to mauzoleum cesarza Hadriana, ale w średniowieczu zamieniono zamek w fortecę, która przez lata pozostawała jednym z najpotężniejszych punktów obronnych Rzymu. Kolejka do wejścia była przeogromna i już wtedy zaświeciła mi się czerwona lampka. Bo skoro tutaj jest taka kolejka, to co dopiero w Watykanie, który jest rzut beretem od zamku. Podczas kiedy kręciłam się po moście, szukając dobrego ujęcia, odnalazły się moje drogie koleżanki. Ech... Trudno... Idziemy dalej razem. 









W końcu przebijając się przez tłumy turystów i naganiaczy (naprawdę nie wiem, dlaczego ci zawsze mówią do mnie po rosyjsku), dotarłyśmy do placu św. Piotra. A tam - jeszcze więcej ludzi. Zdecydowana część placu ogrodzona barierkami, a za nimi poustawiane krzesła. Na elektronicznych tablicach wyświetlała się informacja po włosku, którą moja koleżanka - ekspertka od włoskiego - przetłumaczyła, jakoby plac miał być zamknięty o 12:30, a Bazylika pół godziny później. Nie było nawet cienia szansy na dostanie się do środka. Kolejka zaczynała się zapewne u wejścia do Bazyliki, ciągnęła się dookoła całego placu i znikała gdzieś za budynkami. Kto wie, gdzie tak naprawdę był jej koniec. Przez to wszystko odechciało nam się nawet kręcić po samym placu. Zrobiłyśmy kilka zdjęć i uciekając przed upałem, szukałyśmy schronienia w zacienionych uliczkach. Czas też nie był po naszej stronie, bo przez nasze wcześniejsze przystanki zrobiło się już południe, a jeszcze tego samego dnia pod wieczór czekał nas lot powrotny do Kataru.







Ostatnie pół godziny przed odjazdem autobusu do hotelu, spędziłam na Kapitolu, jednym z siedmiu wzgórz, na których zbudowano Rzym. Oprócz innych budynków, znajduje się tu również Kościół Santa Maria in Aracoeli, a dalej gdzieś wśród dachów, ukryła się nawet kawiarnia z niesamowitym widokiem na panoramę Rzymu. Szkoda, że znalazłam ją tak późno. Następnym razem zacznę zwiedzanie od kawy w tym miejscu.














Wizyta w Watykanie wymaga zdecydowanie lepszej organizacji, rozpoczynając od wcześniejszej rezerwacji internetowej biletów, żeby ominąć chociaż część kolejki, do zjawienia się na miejscu wcześnie, wcześnie rano. I może nie koniecznie w samym środku letniego sezonu turystycznego.


Rzym, Włochy 04-05.08.2014

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Warto być wariatem

Kiedy byłam w Rzymie na początku sierpnia i odpoczywałam po nie do końca udanej wycieczce do Watykanu (relacja niedługo), dotarła do mnie wiadomość o sytuacji na lotnisku w Manchesterze. Dla tych, którzy nie śledzą wiadomości lotniczych krótko wyjaśnię: pewien Brytyjczyk z nieznanych jeszcze przyczyn poinformował załogę podczas lotu z Doha do Manchesteru, że na pokładzie znajduje się bomba. Jak poinformował, kogo i kiedy - tego nie wiem. Wiem tyle, co z wiadomości i oficjalnego oświadczenia QA. 

W takich sytuacjach informacje podawane są do publicznej wiadomości stopniowo. Najpierw więc podano, że możliwa bomba oraz że dwa wojskowe myśliwce Eurofighter Typhoon, należące do Królewskich Sił Powietrznych (RAF) Wielkiej Brytanii, eskortowały Airbusa na lotnisko, samolot wylądował i nikomu nic się nie stało. Ale na wszelki wypadek samolot zaparkowano z dala od terminalu pasażerskiego, a lotnisko zamknięto. Kolejną informacją było to, że policja uzbrojona w paralizatory, wyprowadziła z samolotu jakiegoś delikwenta w zielonej koszulce. Samolot przeszukano, bomby nie znaleziono. Zaczęły się też pojawiać zdjęcia robione telefonami przez pasażerów i świadków zdarzenia. 

Zdjęcie eskortowanego samolotu - ze strony The Guardian

Dzień później wiadomo już było, że to 47-letni Brytyjczyk. A teraz mówi się, że może być niepoczytalny. Zabrano go na badania psychiatryczne. Jakże wygodnie. Zróbmy małe podsumowanie:
  • dwa myśliwce eskortujące samolot na lotnisko,
  • akcja na lotnisku, skrupulatne przeszukanie maszyny,
  • zamknięcie lotniska na 25 minut, a to dla lotniska w Manchesterze oznacza wstrzymanie ruchu dla ok. 1270 pasażerów oraz wstrzymanie 10 startów i lądowań (średnie dane wg statystyk Portu Lotniczego Manchester z maja 2014 roku),

Gdyby nasz śmiałek w zielonej koszulce powiedział, że to był tylko głupi żart, to drogo by go ta zabawa kosztowała. Gdyby mieli go obciążyć kosztami, jakie poniosło lotnisko, nie wypłaciłby się do końca życia. Ani on, ani jego dzieci. No więc co? Niepoczytalny. Nie odpowiada za własne czyny, bo nie wie, co robi i co mówi. Zapewne skończy się na jakiejś terapii w psychiatryku. Dlatego mówię Wam, czasami warto być wariatem...


wtorek, 12 sierpnia 2014

Teksańska Składnica Podręczników

Na ten lot czekałam z niecierpliwością. Kolejna szansa na zetknięcie się z odrobiną historii. Dallas i miejscowość położona niedaleko - Fort Worth, chciałam odwiedzić od kiedy tylko zabrałam się za czytanie "Dallas'63" Stephena Kinga. Książka jest co prawda fikcją, ale wystarczyła, żebym wpisała to miasto na liście do odwiedzenia. Serdecznie polecam, nie tylko miłośnikom Kinga. Książka opowiada o tym jak główny bohater cofa się w czasie właśnie do Dallas do pamiętnego roku 1963, kiedy to prezydent USA John Fitzgerald Kennedy został zastrzelony podczas przejazdu przez miasto.

Jednak wizyta w miejscu, gdzie powiewa nutka nie tak odległej historii, zaplanowana była na drugi dzień. Najpierw wybraliśmy się w kilka osób do pobliskiej miejscowości Fort Worth, żeby tam poczuć się jak w Teksasie, znanym nam głównie z telewizji. Fort Worth Stockyards to część miasta przygotowana pod turystów, ale nie tylko. Uliczki zachowane są w stylu "dzikiego zachodu", od czasu do czasu można spotkać kowboja przejeżdżającego na koniu, a dwa razy w ciągu dnia przez miasto przepędzane jest stado bydła. Już na dzień dobry zwabiali nas panowie stojący na poboczu razem z ogromnym bykiem Texas Longhorn (czy może raczej to była krowa, bo byt tak spokojnie by nie stał przez cały dzień). Za jedyne 5 dolarów można usiąść krowie na grzbiecie do zdjęcia, a jak właściciel ma dobry humor, to i kapelusza do zdjęcia użyczy. Ten rodzaj bydła charakteryzuje się bardzo długimi rogami. Jak się okazało, taki symbol można u mieścić nawet na Cadillacu.










Miejsce wydawało się bardzo ciekawe, ale jak dla mnie trochę za ciche, jak na teksańską mieścinę. Może dlatego, że był to środek tygodnia. W weekendy dodatkowo można obejrzeć rodeo, ujeżdżanie byków na ogromnej arenie, która teraz jednak świeciła pustkami. Nie potrzebowaliśmy dużo czasu na przejście główną ulicą od jednego końca do drugiego. Oczywiście po drodze mnóstwo sklepów zachęcało do kupna kapeluszy, skóry, butów i wszystkiego, co może się z Teksasem kojarzyć. Zaskoczeniem były dla mnie lizaki o smaku tequili. I na pewno bym się na niego skusiła (bo lubię i lizaki i tequilę ;) ), gdyby nie to, że w środku był robak. Tak jest. Larwa gąsienicy, która żyje na liściach agawy, z której to robi się ten ścinający z nóg trunek. Następnym razem przywiozę garść tych "słodyczy", będzie to dobre wyzwanie dla co odważniejszych znajomych.









"Worm tequila candy"


Kolejna niespodzianka spotkała mnie w porze lunchu. Oczywiście prawie wszystkie knajpy i restauracje miały w nazwie "steakhouse", no bo jak by inaczej. Weszliśmy do jednej z nich i rozsiedliśmy się wygodnie. Przeglądam menu i widzę: "our famous KAPUSTA soup" (tłum. nasza słynna zupa z KAPUSTY). Ale że jak to? Skąd KAPUSTA w Teksasie. I do tego "nasza słynna"?! Okazuje się, że restauracja została założona w 1927 roku przez parę Polaków. Dziś jest prowadzona przez ich pra-pra-wnuka. I powiem Wam, że kapuśniaczek prawie tak dobry, jak u mojej babci :)






Po napełnieniu żołądków wybraliśmy się na kolejny spacer po uliczkach miasta. Spotkaliśmy kowboja, który trochę nam poopowiadał o swoim dzieciństwie, kiedy to pracował na farmie i przy bydle. Brzmiało to tak, jak scenariusz jakiegoś filmu. Przed powrotem do hotelu chcieliśmy jeszcze zobaczyć przejście stada bydła przez miasto, które było dość głośno rozreklamowane. Spodziewaliśmy się kłębów kurzu i pyłu, wznoszących się spod kopyt pędzącego bydła, a tymczasem wszystkie krowy szły sobie powolutku, wręcz mozolnie, zrelaksowane, łypiąc okiem to na lewo, to na prawo, patrząc na tłumy zgromadzone na poboczu. Pięć minut i koniec atrakcji. Lekko zawiedziona wsiadłam do taksówki, zabierającej nas do hotelu.







Następnego dnia wybrałam się już tylko z dwiema dziewczynami z Filipin. Reszta stwierdziła, że oglądanie muzeum będzie zbyt nudne i wybrała zakupy w pobliskiej galerii. Ja jednak nie mogłam się doczekać. Krótka podróż taksówką i jesteśmy. Niby zwykła ulica, trzy pasy w jednym kierunku. Co chwilę przejeżdża kilka samochodów. Ale w jednym miejscu, na poboczu po obu stronach jezdni stoją małe grupki ludzi, czekające, aż samochody zatrzymają się na czerwonym świetle, zostawiając ulicę zupełnie pustą. Podchodzimy bliżej i oto jest. Biały znak "X" na środku jezdni. Miejsce, w którym znajdował się czarny Lincoln z parą prezydencką w momencie, kiedy padł śmiertelny strzał w listopadzie 1963 roku. Takie miejsca mnie zawsze wyciszają i skłaniają do rozmyśleń. Wyobraźnia działa, więc przed oczami rysują się sceny z tamtego dnia. Dlatego nie do końca mogłam zrozumieć ludzi, którzy stawali dokładnie w miejscu X i uśmiechnięci pozowali do zdjęcia. Ja rozglądałam się dookoła. Składnica Podręczników Szkolnych w Dallas. Piąte piętro. Ostatnie okno po prawej. To stąd padły strzały. Tak, wiem, że są też inne teorie, że nie wszyscy wierzą w winę Lee Harvey Oswalda, ale skoro taka jest oficjalna wersja, to i ja się będę tego trzymać. Trzeba było chwilę postać w kolejce po bilety do "Sixth Floor Museum". Skąd ta rozbieżność? Dlaczego muzeum w nazwie ma "szóste piętro", chociaż strzelano z piątego? Wynika to tylko i wyłącznie z nazewnictwa. U nas kondygnacje zaczynają się od parteru, później jest pierwsze piętro, drugie, itd. W Stanach natomiast parter nosi miano pierwszego piętra. Dlatego to, co według naszych obliczeń jest piątym piętrem, u nich będzie nazywać się szóstym.



Teksańska Składnica Podręczników, z której strzelano (piąte piętro, pierwsze okno po prawej stronie)





Jeżeli kiedykolwiek będziecie mieć okazję być w Dallas, polecam to miejsce. Historia Prezydenta Kennedy'ego, samego zamachu oraz tego, co się działo później jest przedstawiona w bardzo ciekawy sposób. Po salach (gdzie panuje całkowity zakaz fotografowania) porusza się z urządzeniem audio i słuchawkami, które dostajemy razem z biletem. Przy każdej tablicy, przy każdym eksponacie można wysłuchać komentarza. Liczne nagrania audio i video z tamtego roku pozwalają przenieść się w czasie. Pokazane są autentyczne zdjęcia, a nawet same aparaty fotograficzne przypadkowych świadków tamtego zdarzenia. Oczywiście w dobie dzisiejszego internetu, wszystko można znaleźć online, artykuły, filmy na kanale youtube, ale tam na miejscu, w przyciemnionych salach muzeum, całą historię przeżywa się zupełnie inaczej. Okno, z którego miał strzelać Lee Harvey Oswald, jest oddzielone szybą, a kartony poustawiane są w taki sposób, jak były tamtego feralnego dnia (ja dostosowałam się do zakazu fotografowania, więc zdjęcie zapożyczam z artykułu "Beyond the Bubble" Meghan Sikkel). Piętro wyżej była ogromna pusta sala, wypełniona kilkoma plakatami i obrazami pary prezydenckiej. Stąd można było zobaczyć, jaki widok na całą sytuację miał zamachowiec. 







To prawda, że podróże kształcą. Staram się zawsze korzystać z możliwości poznania kawałka historii innej części świata, zwłaszcza, kiedy jest przedstawiona w naprawdę ciekawy sposób.


Dallas, Fort Worth, USA 27-30.07.2014