obraz

obraz

sobota, 25 października 2014

Ciemno wszędzie

Dlaczego ostatnio pisanie mi coś wolniej idzie? Ano dlatego, że mniej latam. Wydawałoby się, że powinno być odwrotnie: mniej latania, więcej czasu na pisanie. Ale w ciągu trzech lat pracy w przestworzach moje życie codziennie organizuje się od lotu do lotu. Zapomnij o poniedziałku, wtorku, czy środzie. Nie ma znaczenia, jaki jest dzień tygodnia. Ważne jest tylko za ile dni mam następny lot. Wtedy wiadomo, że czasu jest tyle, a tyle i zdąży się zrobić rzecz jedną, drugą i trzecią. Aż tu nagle przychodzi taki miesiąc, że grafik wypełniony jest szkoleniami, a do kolejnego lotu jest ponad tydzień. Wtedy mam wrażenie, że mam tyyyyyle wolnego czasu i wszystko mogę zrobić jutro. A jeśli nie jutro, to co najmniej później. W rezultacie przez te wszystkie dni nie zrobię nic z zaplanowanych rzeczy, a notatkę o podróży z końca sierpnia piszę w końcówce października. Zdecydowanie lepiej pracuje się z bardziej napiętym grafikiem. 

Przyszedł czas mojej kolejnej wizyty w Malezji - kraju, który niestety kojarzy mi się z nieszczęsnymi liniami Malaysia Airlines. Ale nie o tych tragediach chcę pisać. Tym razem nie wybrałam się do centrum Kuala Lumpur, ale skupiłam się na obrzeżach miasta. Razem z dwójką znajomych pojechaliśmy do miejscowości Putrajaya - miasta nazwanego na cześć pierwszego Premiera Malezji. Nazwa ta również oznacza putra - "książe", jaya - "doskonałość, sukces. Ciekawe, czy ktoś w taki ładny sposób rozwinie na przykład nazwę Działdowo Leśne. 

Ulice nie były nawet zatłoczone, chociaż następnego dnia obchodzono Dzień Niepodległości. Budynki i drogi przyozdobione były malajskimi flagami, a następnego dnia na ulice miały wyjść tłumy ludzi. Na szczęście nam udało się zobaczyć to, co było w planie bez większych przeszkód. Na pierwszy ogień poszedł meczet Putra. Ogromny budynek z pięknymi witrażami, zwieńczony różową, szpiczastą kopułą. Może pomieścić 15000 wiernych na raz. Żeby wejść do środka, oczywiście tylko do wydzielonej ograniczonej strefy dla turystów, trzeba było dostosować się do ichniejszych zasad. Ja co prawda nogi i ramiona miałam zakryte, ale dla muzułmanów równie wzbudzające pożądanie, co odsłonięty kawałek skóry, są też włosy. Dlatego przy wejściu dostawało się bordowe narzuty (co by pasowały kolorem do meczetu), ściągało się obuwie i można było wchodzić do środka. Można, o ile się jest muzułmaninem. Koleżanka z Malezji nikomu niczego udowadniać nie musiała, ale mnie strażnik zatrzymał i zapytał, czy jestem muzułmanką. Chciałam odpowiedzieć, że tak, w końcu to tylko dla zrobienia kilku zdjęć. Już otworzyłam usta, nabrałam powietrza... i się zacięłam. Wystarczyło co prawda powiedzieć krótkie "I am" ("Jestem"), ale za Chiny nie chciało mi to przez gardło przejść. Uratowała mnie koleżanka: "Oczywiście, że jest!" ale strażnik spojrzał na mnie i rzucił "As-salam alaikum", co po arabsku oznacza "Pokój niech będzie z Wami", na co śpiewnie mu odpowiedziałam "Alaikum salam", czyli "I z Wami pokój". Po zaliczeniu tego krótkiego testu, strażnik, udając, że nam wierzy, machnął ręką wskazując na wejście. Mogłyśmy podziwiać ogrom meczetu od środka. Jeśli przypatrzycie się jednemu ze zdjęć, zauważycie człowieka siedzącego na dywanie, pogrążonego w modlitwie







Dookoła meczetu czyściutko. Pewnie dlatego, że wszyscy, z turystami włącznie, bez butów chodzą. Dopiero po oddaleniu się od wejścia głównego można było oddać pelerynkę i założyć buty. Z jednej strony grupka dzieci trenujących taekwondo, z drugiej pojedyncze spacerujące osoby. Obeszliśmy całość dookoła, podziwiając z daleka posiadłość i biuro Premiera.














Biuro Premiera Malezji


Omijając zatłoczone centrum Kuala Lumpur, udaliśmy się do Jaskiń Batu. Byłam co prawda tam poprzednim razem, ale tym razem w planie była wycieczka do głębi jaskini. Trzeba było się też przywitać z wszędobylskimi małpami, które chętnie wyrywały przekąski turystom. Zasada ciągle ta sama: im głośniej szeleszcząca torebka, tym ciekawsza zawartość. Już od wejścia głównego do jaskini porozstawiane są ołtarzyki hinduskie, a dookoła pełno turystów z Indii. Z jednej strony ludzie cicho medytujący nad kadzidłami, z drugiej głośni kapłani. Jeden z nich nawet mnie wołał do siebie i palcem umaczanym w czerwonej mazi chciał zrobić hinduską kropkę na czole, ale podarowałam sobie tę "przyjemność". 












Schodząc ze schodów głównych lekko na bok, znajduje się niepozorne wejście do Dark Cave. To tu właśnie prowadzone są wycieczki z latarkami i  kaskami na głowach w głąb jaskini. Oczywiście stanęliśmy w kolejce do 45 minutowej wyprawy. Ale oprowadzanie turystów, to nie jedyna rzecz, która się tu odbywa. Badania i obserwacje ekosystemu, który radzi sobie świetnie bez nawet jednego docierającego tu promienia słońca. Jaskinia ta jest domem między innymi dla najrzadszego na świecie gatunku pająka trapdoor spider (Liphistius batuensis), taki mały brzydal z wielkim odwłokiem i włochatymi nogami, który ponoć występuje tylko i wyłącznie w tych jaskiniach. Na szczęście nie miałam okazji go osobiście zobaczyć. I bardzo dobrze, bo znając moje umiłowanie do tych właśnie stworzeń, musieliby mnie z jaskini na noszach wynosić. 

Sama wycieczka jednak nie zrobiła na mnie spodziewanego wrażenia. Szliśmy małą grupą, oczywiście z przewodniczką, która co kawałek się zatrzymywała i opowiadała o jaskini, a raczej o robalach, jakie tam żyją. Myślę, że nie trudno się domyślić, że nie pałam miłością do wszelkiego pełzającego albo szybko-zasuwającego-po-ścianach cudactwa. Dlatego nawet piękne stalagmity, stalaktyty, zasłony jaskiniowe i inne ciekawe formacje, przestały mnie interesować. Ciekawym doświadczeniem było, kiedy przewodniczka zrobiła tzw. próbę światła. Kazała wyłączyć nam wszystkie latarki, wyłączyła nawet swoją, która poza tą jedyną chwilą, była włączona przez cały czas. Efekt, którego doświadczyliśmy był podobny do tego, kiedy w bardzo słoneczny dzień, po długim czasie spędzonym na słońcu, wejdziemy szybko do ciemnej piwnicy. Przed oczami nie widać nic. Dosłownie nic. Żadnych cieni, konturów, nawet ręki wyciągniętej przed siebie. I tak jak w ciemnej piwnicy po jakimś czasie wzrok się przyzwyczaja i zaczyna dostrzegać szczegóły, tak tutaj to nie miało miejsca. Dziwne, a jednocześnie lekko przerażające uczucie.







Wąż ukryty między skałami


Po powrocie do hotelu wytrzepałam wszystkie ciuchy dokładnie, a kąpiel trwała dwa razy dłużej. Tak tylko na wszelki wypadek. Nie chciałabym zabrać jakiegoś Liphistiusa batuensisa na gapę do Kataru.


A oto album ze zdjęciami z Malezji:
Malezja 29-20.08.2014

wtorek, 7 października 2014

"Before I die....."

Gruzja latem, to kolejne wymarzona wakacje. Jednak po pierwsze, moich podróży nie można nazwać wakacjami, bo są za krótkie. A po drugie, ten pobyt w Tbilisi to już w ogóle na godziny można było liczyć. Do tego lot niezbyt przyjemny, bo jeżeli na dwie osoby pracujące w klasie biznesowej praca rozkłada się w proporcjach 9-1, to już nie jest ciekawie. Na ogól staram się nie generalizować, ale tym razem za dużo już się nazbierało przypadków potwierdzających regułę, że Marokanki są strasznie leniwe. W dodatku z zachowaniem proporcji - im dłużej w firmie, tym mniej pracują. Dlatego wymęczona dotarłam wieczorem do hotelu. 

Następnego dnia zbiórka była już przed południem. I nie mówię wcale o zbiórce na zwiedzanie, ale na powrót do Kataru. Dlatego wyjście zaplanowałam sobie na wcześnie rano. O szóstej byłam na nogach, a godzinę później już spacerowałam po mieście. Celem było wzgórze, na którym stoi Matka Gruzji - Kartlis Deda. Ale że kolejka linowa zaczyna kursować dopiero o 11:00, trzeba było znaleźć inną drogę. Jak tylko wyszłam z hotelu, od razu stwierdziłam, że warto było wstać tak wcześnie rano. Świeże powietrze, wstające słońce, prawie puste ulice. Do tego zraszacze wodne porozstawiane tu i tam i nieliczni przechodnie, omijający mgiełkę wodną, w którą ja oczywiście weszłam celowo. Ot takie dodatkowe orzeźwienie. 







Dotarłam główną ulicą do Pacu Wolności, a stamtąd już mniejszymi, krętymi uliczkami do wzgórza. Po drodze natknęłam się na wielką tablicę z napisem "Before I die..." (tłum. "Zanim umrę"), na której białą kredą ludzie wypisywali rzeczy, które chcą zrobić przed śmiercią. Napisów było sporo, nie wszystkie udało się odczytać, ale wyłapałam takie jak: odwiedzić Londyn, być osobą, która inspiruje ludzi, powodować uśmiech na twarzach, zakochać się, odbyć podróż dookoła świata, zobaczyć amazońską dżunglę, pomóc ocalić świat, mieć kucyka. 

Oto jak rożne rzeczy maja inny priorytet dla ludzi. Niektórzy myślą o tym, żeby zmieniać świat. Inni stwierdzają, ze i tak z tym nic nie zrobią, wiec postanawiają zamiast tego zrobić coś dla siebie. A gdyby taką tablicę umieścić w Polsce, ciekawa jestem odpowiedzi.


Kawałek za tablicą zaczęło się podejście w gorę. Tym razem nie tak męczące, jak to na Murze Chińskim. Chociaż schodów było sporo, powietrze zdecydowanie przyjemniejsze, rześkie o poranku, do tego robiłam przystanki kiedy mi się podobało, bez stresu, że ktoś musi na mnie czekać. Schody prowadziły najpierw gdzieś między świątyniami, które niestety ze względu na wczesną porę były zamknięte. Gdzie nie gdzie widać było krzątających się ludzi, dużo częściej ospałe koty, wygrzewające się w porannym słońcu. Im wyżej, tym widok stawał się bardziej interesujący. Kartlis Deda - posąg matki broniącej Gruzji przed nieprzyjacielem, a jednocześnie witającej gości winem, widziałam już z daleka. Szlak doprowadził mnie prosto do jej stóp. Nawet na szczycie było cicho i spokojnie. Trudno było uwierzyć, że za kilka godzin miejsce to będzie przypominało typowe, turystyczne, gwarne miejsce. Może nie tak zaludnione, jak na przykład zakopiańskie Krupówki w sezonie letnim, ale trochę osób na pewno się tu przewinie. Ale póki co, tylko jeden pan zamiatający ulice, drugi leniwie rozstawiający kramik z pamiątkami, kilku pracowników kolejki linowej i to by było na tyle. Przeszłam kawałek dalej, skąd rozpościerał się widok na twierdze Narikala z IV wieku. Tuz przed twierdzą znalazłam interesujące zejście na drugą stronę wzgórza. Zejście prowadziło do lasu, tak to przynajmniej wyglądało z góry, a w dole słychać było dźwięk płynącego strumyka. Równie dobrze mogła być to jakaś śluza wodna albo coś jeszcze mniej romantycznego, ale mnie to brzmiało na strumyk. Niestety czas nie pozwalał na sprawdzenie. Tak samo jak na zwiedzenie twierdzy, czy znajdujących się nieopodal łaźni termalnych. Ale i tak się cieszyłam, że udało mi się zobaczyć chociaż tyle. Musiałam ruszać w drogę powrotną.

















Tym razem zeszłam inna trasa, bo przyciągnęły mnie widoki wąskich uliczek. Niekiedy tak ciasnych, ze rozpościerając ręce, można było dotknąć ścian po obu stronach. Przechodziłam obok czyichś domów, gdzie winogrona pięły się po ścianach, a ich owoce zaglądały do okien. Chciałam przeprowadzić małą degustację, ale wszystkie owoce w zasięgu ręki zostały już zjedzone, a nie będę się przecież komos na dach wspinać.











Wracając przez miasto do hotelu, czułam się jak w zupełnie innym miejscu, niż dwie godziny temu. Miasto tętniło pełnia życia, na ulicach pełno samochodów, chodniki i przystanki autobusowe pełne ludzi, zatopionych we własnych myślach, tych bardziej przyziemnych i tych odległych. Zupełnie, jak na tej czarnej tablicy...



Tbilisi, Gruzja 25-26.08.2014