obraz

obraz
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polandia!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polandia!. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 października 2016

Powrót do szkoły

Wszystko zaczęło się od czerwcowego spotkania klasowego. Moja dawna klasa z podstawówki się skrzyknęła i zorganizowała spotkanie po latach. Nie była to żadna okrągła rocznica, bo minęło 17 lat od opuszczenia murów naszej szkoły. Ale akurat tak się złożyło, że to w tym roku udało się zorganizować spotkanie. Podczas tego spotkania, moja ówczesna wychowawczyni i nauczycielka języka polskiego, pani Gosia, zaprosiła mnie na lekcję z jej obecną klasą. Bardzo mi to zaimponowało, bo spotkanie miało być z cyklu "Spotkania z ciekawymi ludźmi". Już wtedy było to dla mnie wyróżnieniem. Ja, prosta dziewczyna z małej wsi pod Bydgoszczą ciekawym człowiekiem?Przecież ja nic takiego nie robię, czasami tylko opiszę to, co widzę i tyle. A że czasami uda mi się w życiu podjąć trochę bardziej odważną decyzję - tak jakoś wyszło.

Spotkanie mojej klasy z podstawówki po... 17 latach!

Miałam kilka dni wolnych na początku października, więc wykorzystałam to na wizytę w rodzinnych okolicach w Polsce. I tak oto dotarłam na spotkanie do Szkoły Podstawowej im. Marii Konopnickiej w Nowej Wsi Wielkiej. Wiedziałam tylko tyle, że mam spotkać się z uczniami z klasy szkoły podstawowej i opowiedzieć im o swojej pracy. 


Już po przyjeździe do szkoły zostałam zaskoczona bardzo ciepłym przyjęciem i ugoszczeniem w gabinecie pani Dyrektor. A jeszcze większym zaskoczeniem była klasa, do której weszłam na lekcję - wypełniona po brzegi uczniami! Powstawiane dodatkowe ławeczki i krzesła, żeby mogło pomieścić się jak najwięcej osób. Sporo nauczycieli, kroniki szkolne ze zdjęciami z moich czasów i to ciepłe, grupowe "Dzieeeeń dooooobry!" na początek. A przede mną kilkadziesiąt par wpatrzonych we mnie oczu..

Poopowiadałam trochę o swojej pracy, wyjaśniłam na czym polega bycie stewardessą, jak wygląda praca w samolocie i w ile to ról jednocześnie czasami musimy się wcielić. Cała opowieść podparta była pokazem zdjęć w tle. Zdjęć z samolotu oraz z moich podróży i wypraw. Największą sympatią zostały obdarzone zdjęcia z różnymi zwierzakami: żyrafy, słonie, zebry, tygrysy, to przy tych zdjęciach było najwięcej ochów i achów.

Na końcu przyszedł czas na zadawanie pytań. I tu dzieciaki zaskoczyły mnie swoją wiedzą. Nigdy nie spodziewałabym się usłyszeć od ucznia szkoły podstawowej o dekompresji podczas lotu i zasobie tlenu w samolocie! Ja dowiedziałam się o tym dopiero na szkoleniu przed podjęciem pracy. Było sporo pytań o sytuacje awaryjne, spadochrony, czy kamizelki ratunkowe. Popularnością cieszyła się też zjeżdżalnia, której używa się do szybkiego opuszczenia samolotu podczas ewakuacji. Padły też pytania o rodzaje samolotów, którymi latam. Wymieniłam więc Airbusy i Boeingi, żeby nie komplikować za bardzo. Ale autor pytania od razu sprecyzował, podając konkretne modele: "A 737 pani lata? Albo 747?". To naprawdę imponujące, że osoby w tym wieku mają już takie pojęcie o samolotach. Skoro zainteresowanie pojawia się tak wcześnie, to łatwo może przerodzić się w zamiłowanie i pasję. A wtedy już łatwa droga do podjęcia decyzji o ścieżce kariery. Wiem, że od szkoły podstawowej do podejmowania ważnych, życiowych decyzji jeszcze daleko, ale i tak miło mi się zrobiło, kiedy po pytaniu "Czy ktoś po dzisiejszym spotkaniu chciałby zostać stewardessą/stewardem?" zobaczyłam w górze las rąk..








Na koniec dostałam piękny bukiet kwiatów oraz dziennik z dedykacją, który na pewno szybko zapełni się wpisami z moich podróży. Wskoczyłam też pomiędzy moich słuchaczy do pamiątkowego zdjęcia. A wieczorem dostałam maila od jednej z uczennic, wysłanego przez formularz na blogu, z podziękowaniem za spotkanie oraz informacją, że bardzo ją zachęciłam do zostania stewardessą. I dla takich momentów warto się starać.

niedziela, 25 października 2015

Polskie jadło

Kiedy człowiek się wyprowadza z rodzinnego domu, powiedzmy na studia lub za pracą do innego miasta, zaczyna doceniać domowe przysmaki, które kiedyś nie były niczym niezwykłym. Były częścią dnia, śniadaniem, czy obiadem, podwieczorkiem albo zwykłą przekąską. Nikt nie poświęcał więcej czasu tej myśli, bo przecież to tylko jedzenie. Zawsze będzie wtedy, kiedy ma się na nie ochotę. Daleko od domu, kiedy już nam zbrzydną mrożone pizze z piekarnika, zupki chińskie i gotowe pulpety ze słoika, zaczynamy wgłębiać się w tajniki gotowania, podpierając się przepisami mamy, babci, czy jeszcze innej cioci. Ale kiedy nie mamy dostępu do niektórych składników, wtedy zaczynają się schody.

Nie zrozumcie mnie źle, nie mówię, że w Katarze nie można kupić podstawowych produktów. ale zdarzały się sytuacje, kiedy na przykład zamówiłam rzodkiewkę z supermarketu, a dostałam to:


Nic dziwnego, że po dłuższym czasie spędzonym w Katarze, moje oczy świeciły się na widok jakiegokolwiek polskiego przysmaku. Nawet zwykłe ciastka w opakowaniu polskim, które czasami można znaleźć na półkach tutejszych supermarketów wywoływały entuzjazm i koniecznie musiały być uwiecznione na zdjęciu, z którym później i tak nic nie robiłam.

Każdy przyjazd do domu zaczynał się od pytania Mamy "To co ci ugotować?". Na wyjazdach zaczęłam szukać sklepów z polskim jedzeniem. Najlepszym miejscem do tego było Chicago, ponieważ to tam jest największe skupisko Polaków poza naszym krajem. W każdym supermarkecie można znaleźć polskie produkty, a nawet i polskie restauracje. Do dziś pamiętam pierogową ucztę w Pierogi Heaven.

Chicago, USA
Polskie produkty w supermarkecie w USA

Ale ponieważ teraz co drugi lot w moim grafiku to Londyn, zaczęłam tam robić zakupy. W ciągu czterech lat odbyłam ten lot 36 razy, z czego 27 lotów przez ostatni rok (tak jest, zasługa mojego kumpla A380). Jestem tam na tyle często, że przywożę nie tylko jedzenie w paczkach i słoikach, które ma dłuższą datę przydatności, ale i produkty użycia codziennego, takie jak chleb, czy masło. Fala Polaków zalała Wyspy ponad dziesięć lat temu, o ile dobrze pamiętam. Dlatego do tej pory polska infrastruktura zdążyła się tam bardzo dobrze rozwinąć. W niektórych dzielnicach jest to mniej widoczne, w innych bardziej. W Hounslow, dzielnicy która znajduje się blisko mojego hotelu, spacerując po ulicy mam wrażenie, że połowa tutejszych mieszkańców to Hindusi, a druga połowa to Polacy. Nie dziwi już język polski słyszany na ulicy, polskie ogłoszenia, sklepy, reklamy. I tak obok delikatesów pod polskimi nazwami (Mleczko, Kujawiak, Mieszko, Polonez, Pewex, itp.) znajdziemy też polskie salony fryzjerskie, myjnie samochodowe, doradztwa podatkowe itd., itd. 

Któregoś dnia pomyślałam, że zamiast po raz kolejny robić zakupy, przywozić je do Kataru i gotować, mam ochotę dobrze zjeść na miejscu. A mówiąc "dobrze" mam na myśli "po polsku". Wyszukałam więc w Googlach restauracje polskie w okolicach Londynu. Zgodnie z oczekiwaniami wyników pojawiło się sporo. Ja jednak wybrałam miejsce, które znajdowało się najbliżej mnie - polska restauracja Folvark. Może i będzie to reklama, ale zdecydowanie się to temu miejscu należy. Samo Hounslow jest uroczą okolicą, więc już sam spacer do restauracji nastrajał mnie pozytywnie. Do tego myśl, że zjem sobie "po domowemu"jeszcze bardziej pchała mnie do przodu. Znalazłam w końcu duże, drewniane drzwi. W środku niewielki ruch, ale i godzina mojego obiadu była nietypowa. Jak już kiedyś mówiłam, dla mnie pora obiadu jest wtedy, kiedy mnie o tym poinformuje mój żołądek. 

Całe życie wszyscy powtarzali mi, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Te pierwsze 60 sekund, podczas których ocenimy i osądzimy miejsce/osobę, zostaje nam w głowach na długo i później trzeba się sporo napracować, jeśli się chce tą opinię zmienić. Na szczęście z tego miejsca miałam bardzo pozytywne wrażenie od samego początku. Wnętrze restauracji bardzo ciepłe, kolory i wystrój przyjemne dla oka. A kiedy podano mi menu, spędziłam sporo czasu na jego czytaniu. A raczej oglądaniu. Karta dań jest zrobiona w postaci książki, albumu fotograficznego. Każda strona prezentuje na zdjęciach inne polskie miasto. Kraków, Warszawa, Gdańsk, Zakopane, ale i też Rzeszów, Sopot, Szczecin, Lublin, Zamość i Poznań. A obok każdego z miasta - pyszne polskie dania. Żurek podany w chlebie, karkówka grillowana z oscypkiem, placki ziemniaczane po zbójnicku, różnego rodzaju pierogi, schabowe i wiele, wiele innych. Wiem, że może dla Was to brzmi dziwnie. Jak można zachwycać się schabowym z kapustą? Otóż można. Tym bardziej przy polskim piwku! Dlatego wszystkim, którzy są w okolicy Londynu i mają ochotę na polską kuchnię, szczerze polecam Folvark na Lampton Road w Hounslow! Żadna ze mnie Magda Gessler, żeby profesjonalnie wypowiadać się na temat potraw. Ale wiem jedno, za każdym razem kiedy tam jestem, ja i koleżanki z załogi o różnej narodowości, wychodzimy zadowolone i z pełnymi brzuchami.

Folvark - wnętrze

Folvark - wnętrze

Folvark - wnętrze




Przykładowe danie - karkóweczka z sosem czosnkowym, ziemniaczkami i surówkami

Hounslow

Hounslow

Hounslow


środa, 27 marca 2013

Nie taki Polak straszny

Przyleciałam do Polski, a tu śnieg, biało, mróz, -13 stopni szczypie w policzki, mili ludzie dookoła i tak się poczułam do tego, że muszę trochę wybronić swojego narodu.

Odnośnie ostrzeżenia z Ambasady: owszem, może i zdarzyło się kilka niemiłych incydentów, może i ktoś faktycznie przesadził z alkoholem, może i kogoś ochrona wyprowadziła, a ktoś inny popalał w toalecie. ALE. To wcale nie jest tak, że owe nazwijmy je "wyjątkowe" sytuacje zdarzają się tylko podczas lotów do Warszawy. To na locie do Hajdarabadu pijany pan zasnął i skulał (sturlikał) się napodłogę, blokując przejście innym. To na locie do Bombaju pan kucnął przed drzwiami do toalety, rozłożył chusteczkę i, przepraszam za bezpośredniość, zrobił kupę. Co prawda na locie warszawskim podpita i zbuntowana pani, zniecierpliwiona długą kolejką do toalety w klasie ekonomicznej, nasikała na podłogę w klasie biznesowej. Ale siku to nie kupa ;) To w Singapurze zirytowany pan wziął dwie poduchy pod pachę, otworzył drzwi i wyskoczył na płytę lotniska. Także moi drodzy, wszędzie zdarzają się "wyjątkowe" sytuacje, ale że akurat Ambasada RP na to szybko zareagowała, to się zrobiło głośno.

Kilku pasażerów z mojego przedwczorajszego lotu nawet zapytało, czy rzeczywiście pasażerowie są tak okropni. Tymczasem ten lot był cichutki i spokojniutki. Zeszło nam zdecydowanie więcej herbaty, niż alkoholu. Jeden z dwóch załadowanych barów został nieruszony. Można? Można. Od dziś nie będę generalizować. Nie ma reguły, każdy lot jest inny.

Po wylądowaniu przeszliśmy przez punkt imigracyjny wyjątkowo szybko. Kierowca autobusu hotelowego, który zabiera nas z lotniska, zawsze ten sam pan Zenek, poczęstował nas cukierkami Wedla. Robi to za każdym razem. Za pierwszym razem w grudniu, pomyślałam, że to taki gest przedświąteczny, za drugim razem, że to zbieg okoliczności, ale teraz widzę, że to po prostu polska gościnność! Nie spotkałam się z takim gestem w żadnym innym kraju na świecie, a trochę już ich na swoim koncie mam.

W hotelu nas poinformowano, że niestety nasze pokoje nie są jeszcze gotowe i trzeba poczekać jeszcze pół godziny. Za to zostaliśmy zaproszeni na darmowe śniadanie. Mmm, nie ma to jak polska jajecznica z rana, smażony boczuś i świeże bułeczki.

Po wyszykowaniu się do wyjścia, poszłam złapać tramwaj. Miałam do przejechania dwa przystanki, więc kupiłam bilet jednorazowy za 4,40, a dopiero później się zorientowałam, że 20-minutowy kosztuje złotówkę mniej. Przejechałam jeden przystanek, kiedy do tramwaju zajrzał pan w żarówiasto-pomarańczowej kamizelce i krzyknął "Koniec trasy, proszę wysiadać!". Widziałam co prawda na przystanku zmieniony rozkład na żółtej kartce, ale zmiana obowiązywała tylko we wtorki i piątki (hę?!?), do tego przystanek Dworzec Centralny cały czas był na liście. W kalendarzu sprawdziłam szybko, że jest niedziela, więc mi to nie grało, ale nie będę się przecież kłócić z panem w żarówiasto-pomarańczowej kamizelce. Tramwaj nie jedzie dalej, to nie jedzie. Jedna oburzona pani zapytała o przyczynę, pan odparł, że to przez odbywający się tego dnia maraton. Pani się zdziwiła: -Heeee?? Nic nie wiedziałam! - na to pan odparł -Czeba czytać, psze pani!

Hotel Sobieski na Pacu Zawiszy






Wracam do Kataru, zadowolona z pobytu w Polsce, siadam do komputera, przeglądam niusy, a tu kolejny artykuł "Czy leci z nami flaszka". Ajajaj, no cóż zrobić...


PS. Jeszcze raz bardzo dziękuję mojemu kochanemu bratu - Mądrej Głowie Informatycznej - który naprawił mi mojego niesfornego bloga :)

sobota, 15 grudnia 2012

Druga Moskwa

No i Warszawa zaliczona! Ale od początku.

Do lotu zaczęłam się przygotowywać wcześniej, niż zazwyczaj. Ot tak na wszelki wypadek. Oczywiście mając do wyboru mundurkową spódnicę albo spodnie, wybrałam spódnicę, co by było bardziej reprezentacyjnie. Do bagażu podręcznego poszły zapasowe rajstopy i spodnie (też na wszelki wypadek). Do budynku technicznego jechałam na spokojnie, bez stresu. W końcu to lot jak każdy inny, a tysiąc pięćset różnych VIPów, którzy z nami lecą (wliczając samego szefa naszych linii lotniczych) i tak będzie siedzieć w klasie biznesowej, więc w ekonomicznej nie ma się co stresować. Ale jak tylko weszłam na briefing, zostałam przydzielona do wygłoszenia wszystkich angielskich komunikatów, które standardowo są czytane na każdym locie. To wystarczyło, żeby i u mnie przełącznik "STRES" przeskoczył na pozycję "ON".

Bilbord w Warszawie promujący Qatar Airways

Tymczasem okazało się (jak zawsze w takich sytuacjach), że nie potrzebnie się człowiek przejmował. Lot był bardzo przyjemny, sporo Polaków na pokładzie, więc i atmosfera miła. Szef odwiedził nas na chwilę na tyłach samolotu, a i sam pan Ambasador Polski w Katarze przyszedł się przywitać. Na lotnisku w Warszawie miały nas przywitać saluty wodne, ale niestety pogoda nie pozwoliła. Władze lotniska uznały, że temperatura jest za niska. Nie szkodzi. I tak mnie duma rozpierała, kiedy mówiłam przez interfon "Ladies and Gentlemen, welcome to Poland, Warsaw Frederic Chopin Airport..."


Qatar Airways na lotnisku w Warszawie

Hotel nam wybrali w bardzo dogodnym miejscu, dwa przystanki od centrum. Poza tym jakoś tak milej, kiedy dookoła wszyscy rozmawiają po polsku, a w radiu lecą polskie przeboje. Oczywiście pierwsza oficjalna wizyta w Polsce przebiegła rodzinnie. Pogoda dopisała, utęsknione zimno przyszczypało w policzki. Co ja mówię, nie tylko policzki, ale po dłuższym spacerze przeszyło nawet kości.




Niecodziennie się jest z Mamą w Warszawie, więc wypadałoby trochę miasta zobaczyć. W końcu dawno mnie w stolicy nie było ;) Wybrałyśmy się więc na Starówkę. Miałyśmy tam dotrzeć tramwajem, ale kawałek trasy przeszłyśmy na nogach, bo jakiś pan w białym Seicento postanowił się zakręcić i wjechać sobie na tory tramwajowe, blokując przejazd w obie strony. Chciałyśmy zaszaleć i spróbować jedzenia w restauracji Magdy Gessler. Ale akurat cały lokal był zarezerwowany dla towarzystwa snującego się po całym miejscu w garniturach. No trudno, nie tym razem. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo trafiłyśmy do pierogarni Zapiecek. Kiedy tylko otworzyłam menu, chciałam zamówić wszystko, tak smacznie i domowo wyglądało. Skończyło się na gulaszu z kaszą gryczaną i ogórkiem kiszonym. Pycha! Zdecydowanie polecam każdemu. Po napełnieniu żołądków ruszyłyśmy dalej w miasto. Obowiązkowe były też zakupy, zwłaszcza w Inglocie, który w Doha (tak, mamy Inglota w Katarze) jest kilka razy droższy.








To by było na tyle z tych dobrych wspomnień. Niestety, nie wszystko szło idealnie i pięknie. Nowe połączenie, nowe państwo, do którego wpisały się i nasze linie lotnicze - wiadomo, że i jedna i druga strona musi się tej współpracy nauczyć. Przynajmniej ja tak sobie tłumaczę wszystkie niedociągnięcia. Na lotnisku przejście przez kontrolę paszportową zajęło nam wieki! We trzy Polki załatwiłyśmy sprawę szybko, bo tylko pokazujemy paszport i tyle. Widzą, że swoja, to przepuszczają. Następną w kolejce koleżankę z Egiptu trzymali chyba z 10 minut. "A dlaczego nie masz w paszporcie wizy europejskiej?". Jak Boga kocham, w żadnym europejskim kraju nikt nigdy nie zapytał o to nikogo z załogi spoza kontynentu. Obowiązują nas trochę inne zasady, niż zwykłego pasażera i nie musimy mieć wizy do każdego kraju, który takie dokumenty wystawia. Nie mówię o Stanach, bo te się rządzą swoimi prawami i tą wizę nawet my musimy mieć. Ale w Europie?! Koleżankę Egipcjankę, zaraz za nią dziewczynę z Indonezji przetrzepali z wszystkich możliwych dokumentów, certyfikatów i zaświadczeń, jakie ze sobą nosimy. Obawiałyśmy się, że Pierwszego Oficera to w ogóle nie wpuszczą, bo to Katarczyk, więc na pewno terrorysta. Kiedy kontrola wszystkich już przepuściła, pozostawiając u siebie zdziwiony wyraz twarzy "No jak to, bez wizy?", a u nas niesmak, przyszła pora na bagaże. Zrobiliśmy niezłe kółeczko, zanim znalazł się ktoś, kto wiedział gdzie zestawili nasze walizki. Tyle co do lotniska. W hotelu też im spieszno nie było. Zwykle na recepcji jest lista, obok przygotowane klucze do pokoju. Każdy kolejno podchodzi, podpisuje i zmyka do swojego pokoju na odpoczynek. Tutaj każdego traktowali jak osobnego gościa hotelowego, poświęcając każdemu 5 minut, co przy 9-osobowej załodze swoje dało. Możecie pomyśleć, że przesadzam, że nie wiadomo czego od wszystkich wymagam. Ale po męczącym locie, po długiej przeprawie na lotnisku, czekanie pół godziny na klucz do pokoju może być tą kroplą przepełniającą czarę.

Koniec narzekania.

W dzień wyjazdu sypnęło ostro śniegiem. Lotnisko było białe, a samolot przed startem musiał udać się na odlodzanie (hmm, istnieje takie słówko po polsku?). W każdym razie chodzi o usuwanie lodu ze skrzydeł i innych części samolotu. Sam lot natomiast był o tyle trudniejszy, że z mniejszymi zasobami na pokładzie. Katering katarski zaopatruje samolot na trasę Doha - Warszawa - Doha. Airbus 320 ma kuchnię nie za wielką, a więc i miejsca nie za wiele. Automatycznie więc wszystkiego było mniej: mniej soków, mniej słonych przekąsek i mniej (o zgrozo!) alkoholu. Do tego część zasobów została zużyta na trasie Doha - Warszawa. Zaczynamy więc serwis, wyjeżdżając z barowym wózkiem do kabiny, prezentując wszystkie rodzaje alkoholu jakie mamy. A Polak wiadomo, skoro już zapłacił pieniądze za bilet (nie małe zresztą) i mu się należy, to trzeba wykorzystać. Alkohol lał się strumieniami, wina białe i czerwone skończyły się w oka mgnieniu, butelki wódki zaczęły się opróżniać, poszedł nawet cały Armagnac, który na innych trasach nie jest w ogóle popularny. Ale najszybciej to nam się skończył... sok pomidorowy! Jedynym lotem o porównywalnym spożyciu soku pomidorowego (i alkoholu jednocześnie) jest lot do Moskwy. Oficjalnie więc Warszawa stała się drugą Moskwą.



Pod koniec lotu mieliśmy grupkę pasażerów koczujących na stojąco przy kuchni z drineczkiem w ręku, co by było bliżej, jak ów drink się skończy. Dlatego 30 minut przed lądowaniem, kiedy to zwykle zamykamy bary, powiedziałam do towarzystwa (po polsku, bo inne narodowości grzecznie spały w fotelach) - "Zbieram ostatnie zamówienia, bo zamykamy!" Zadziałało. Przygotowałyśmy zamówione drinki, zamknęłyśmy bar, a raczej puste butelki i puszki piwa, które się uchowały, a pasażerowie podreptali na swoje miejsca. Ogólnie jednak lot przebiegł w bardzo miłej, przyjaznej atmosferze. Niech tylko dopracują sprawę z kateringiem w Warszawie, obsługę na lotnisku i będzie lot ja ta lala!

Żeby to uczcić trzeba będzie się wybrać na wystawną kolację do hotelu Grand Hyatt w Doha, gdzie polski szef kuchni Witold Drobny, "pożyczony" z Polski na kilka dni, będzie serwował polskie smaki :) A jakby kto chciał spróbować smaków arabskich, to śmigać do hotelu Hyatt Regency w Warszawie i pytać o szefa kuchni Wael Aboelela. Macie czas do 19 grudnia, bo potem obaj panowie wracają na swoje miejsca.

Zdjęcia z Warszawy poniżej:
Warszawa 05-07.12.2012

niedziela, 19 sierpnia 2012

Niecny plan urlopowy

Po ostatnim locie z Madrytu miałam tylko kilka godzin na odpoczynek, przepakowanie walizki i powrót na lotnisko. Tym razem w charakterze pasażera.

Jak to? Ano tak to! W grafiku miałam dwa dni wolne, 4 dni SBY i kolejne 2 dni wolnego. Postanowiłam więc spróbować szczęścia i zamienić owe SBY na zaległe dni urlopowe. Razem daje to 8 dni, więc już śmiało można do Polski śmigać. Nie było lekko. Pomimo tego, że przygotowania zaczęły się ponad tydzień wcześniej, przez biurokrację i metodę spychologii, która działa również w biurach katarskich ("Jak to odesłali cię tutaj?! Przecież to się załatwia u nich!"), wszystko rozwiązało się w ostatniej chwili.

O całym planie wyjazdu do Polski wiedziała tylko jedna osoba, która zadbała o to, żeby usnuta przeze mnie intryga brzmiała i wyglądała realistycznie. Wszystko poszło idealnie! Rodzina dowiedziała się o moim przyjeździe widząc mnie na progu swojego domu :) Miny - BEZCENNE :)))

Od razu przepraszam wszystkich znajomych, którym nie dałam znać, że jestem, ale ten urlop był wyjątkowo intensywny i wyłącznie rodzinny. Spędziłam 2 dni w Krakowie, 2 dni w Gdyni i 3 dni w podróży ;) Ale warto było!


Pogoda może nie była taka, jak się spodziewałam, ale z takiego polskiego lata też się można cieszyć ;) Zamoczyłam nogi w Morzu Bałtyckim, które swoim urokiem i dostojnością nastraja znakomicie, zwłaszcza przy wietrznej pogodzie.

Zostawiłam w kraju swojego laptopa, bo karta graficzna postanowiła mi się zbuntować, a jakoś nie ufam katarskim serwisom ;) Przy dobrych wiatrach notebook doleci do mnie we wrześniu, więc do tego czasu mogę mieć utrudnione pisanie postów, czy wrzucanie zdjęć na bloga. Dlatego proszę o wyrozumiałość, jeśli znajdziecie jakieś literówki. W końcu nie tak łatwo mapisać całą notatkę na telefonie, co właśnie robię w tej chwili ;) Postaram się jednak pisać na bieżąco, żeby "dziury" w blogu nie było.

Obecnie jestem już po locie do Bejrutu. Pierwsze loty po urlopie zawsze są miłe. Człowiek wypoczęty i naładowany energią.

Loty do Bejrutu w Libanie nie należą do najtrudniejszych, z tego co słyszałam. Owszem, Libańczycy lubią się napić, ale ponieważ cały czas trwa Ramadan, nie mieliśmy żadnego alkoholu na pokładzie (to się tyczy wszystkich lotów na Bliskim Wschodzie). Załoga - rewelacja! Dziewczyny z Chin i Tajwanu i chłopak z Portugalii. Pracowało się lekko i przyjemnie! Do tego ubaw po pachy w wolnych chwilach. Tak to jest, kiedy się trafia na kogoś z takim samym poczuciem humoru. Jeden z pasażerów z Libanu rozpoznał moje polskie rysy, bo ma żonę Polkę i zachęcał mnie do zarejestrowania się w ambasadzie polskiej w Doha. I chyba w końcu to zrobię. Ponoć Polacy spotykają się na różne święta i okazje w swoim gronie i spędzają razem czas. Już rok siedzę na arabskiej ziemi, więc czas najwyższy powiększyć oficjalne statystyki, które ambasada na prwno prowadzi.

poniedziałek, 26 marca 2012

Z powrotem na ziemię...



... a właściwie w powietrze! Urlop się skończył, tyle się na niego czekało i tak szybko minął! Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili mi swój czas i przepraszam, że nie udało się z wszystkimi odwiedzić. Czasu zawsze jest za mało. I chociaż z jednej strony posiedziało by się jeszcze w Polsce, to z drugiej – przygoda woła! Trochę już mi zaczęło brakować mojej katarskiej codzienności, która przecież jest tak zróżnicowana. Zaczęłam rozróżniać dni tygodnia, nawet wiedziałam, że jest weekend! To już znak, że trzeba wracać do pracy ;) Na „dzień dobry” po urlopie zmienili mi SBY na wypad do Baku w Azerbejdżanie, które od razu skojarzyło mi się z „Przedwiośniem” Żeromskiego (cóż, w końcu jestem córką polonistki) i do Tbilisi w Gruzji, przy czym nocleg mamy właśnie w Gruzji.

Natomiast urlop w Polsce był bardzo udany! Za krótki, ale udany, z rodziną i przyjaciółmi. I po raz pierwszy chyba chodziłam po Krakowie jak turysta, klikając co chwilę zdjęcia. Ale to głównie dlatego, żeby pokazać koleżankom w Doha, jaki piękny jest Kraków. Krakowski magnes już gości na mojej lodówce. Wydałam na niego kupę kasy, ale musiał być idealny. Z kim miałam okazję porozmawiać trochę dłużej, ten dowiedział się trochę więcej o mojej pracy. Chociaż nadal są tacy, który uważają, że moja praca polega na kelnerowaniu w samolocie i tyle. No cóż, nie będę nikogo wyprowadzać z błędu, każdy ma prawo do swojej opinii...







Polska nie przestanie mnie nigdy zadziwiać. Kiedy byłam w Warszawie jeden dzień, już na Dworcu Centralnym przywitał mnie szyld „Dubaj Kebab – dania śródziemnomorskie”. Hmm, po pierwsze, co ma Dubaj do kebaba?! A po drugie, co ma cała reszta do kuchni śródziemnomorskiej! :D Dlatego cieszę się, że mój blog skłania ludzi do zajrzenia w mapę od czasu do czasu. Jak widać, nie jednemu by się to przydało ;)

Przyleciałam do Doha, a tu burza! I to taka z deszczem i piorunami! No tego to jeszcze tutaj nie widziałam. Następnego dnia wszędzie ogromne kałuże, bo nasz piach pustynny nie jest przyzwyczajony do wchłaniania takiej ilości wody. Ba, w ogóle nie jest przyzwyczajony do wchłaniania wody! Cały dzień spędziłam na sprzątaniu mieszkania, bo nazbierała się spora warstwa kurzu (moja współlokatorka też była na urlopie). Wieczorem spotkanie z koleżankami i ostatnie chwile lenistwa. Jutro rano pobudka o 5.00.

Okazuje się, że mojego bloga czyta więcej osób, niż myślałam. Co prawda widzę, ile jest codziennie wejść na stronę, ale podczas pobytu w Polsce dotarło do mnie kilka miłych opinii i informacji kto i jak często czyta. Jeszcze bardziej mnie to podbudowało. Cieszę się, że Wam się podoba, bo przecież dla Was piszę.


Kraków, marzec 2012