obraz

obraz

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Spływ rzeką Zambezi

W Zimbabwe wiele zależy od sezonu. Na przykład wodospad może prezentować się dostojnie i potężnie, z hektolitrami przelewającej się wody na sekundę, albo może spływać cienkimi strużkam w kilku miejscach. Zwierzęta mogą chować się przed słońcem i ludzkim okiem, a mogą wędrować stadami, jeśli przypadnie okres migracyjny. Również i wodne sporty ekstremalne uzależnione są od sezonu, a zwłaszcza rafting - spływ pontonowy. Potężny wodospad oznacza też potężną rzekę.

Kiedy przeglądałam ofertę Shearwaters, grupy organizującej różne aktywności w Zimbabwe, od niechcenia zapytałam"
- Spływów pewnie nie organizujecie, bo to nie sezon?
- Właściwie to zaczęliśmy dwa dni temu, ale robimy tylko połowę trasy. - No i super. Połowa, jak na pierwszy raz, w zupełności mi wystarczy. Doradzono mi, żeby zapisać się w ostatni dzień mojego pobytu. Później okazało się dlaczego.

Dzień był piękny. Wcześnie rano lekkie śniadanie i jedziemy. Pozbieraliśmy ludzi z okolicy, zapakowali nas do samochodów i w drogę. Wygodnie to to nie było. Tył - a właściwie "góra", bo siedzenia były zamontowane na pace pick upa - był już pełny, więc posadzili mnie koło kierowcy. Byłoby ok, gdyby obok nie wpakował się jeszcze jeden przewodnik. Siedziałam w połowie na siedzeniu, a w połowie na skrzyni biegów. Droga najpierw asfaltowa, więc było ok. Poźniej zjechaliśmy w boczną, piaszczystą drogę, to też jeszcze było do przejścia. Ale kiedy po raz kolejny odbiliśmy w bok w jakieś chęchy, to już za przyjemnie nie było, zwłaszcza z tą skrzynią biegów pod nogą. Kapitan Frank, jak się przedstawił, próbował umilić czas rozmową, ale na tym etapie tak trzęsło, że ciężko było nawet rozmawiać. Zatrzymaliśmy się przed bramą, gdzie rozłożone były wiosła, kamizelki ratunkowe, pianki i kaski. Mała prezentacja jak dobrze zacząć kamizelkę, przy której Frank poprosił mnie o pomoc - on mówił a ja prezentowałam jak zapinać. A że humor mi od rana dopisywał, dołożyłam do tego uśmiech numer 5 i w trochę przerysowany sposób zaczęłam prezentować, jak zapina się kamizelkę. Wywołało to uśmiech na twarzach uczestników, więc cel osiągnięty. Dobry humor zaczął udzielać się innym, lody przełamane. Ktoś z tłumu nawet powiedział "Mogłabyś być stewardessą". No i proszę jak trafione. Frank powiedział, żeby każdy zabrał swój rozmiar pianki, kasku i kamizelkę ale przebierać się będziemy na miejscu. Ale ktoś z grupy Czechów nie do końca zrozumiał i dwie osoby zaczęły się ubierać od razu. No a skoro te się przybierają, to reszta też zaczęła. Skądś to znam. Po wylądowaniu, kiedy samolot jeszcze dojeżdża do terminalu, a my wygłaszamy komunikat żeby siedzieć, aż się nie zatrzymamy, wystarczy że jedna osoba wstanie i sięgnie po torbę, to reszta też zaczyna. Na zasadzie "inni wstają, to znaczy że można".


I tak z większością osób popieranych w kamizelki, wcisnęliśmy się do tego samego samochodu, żeby przejechać jeszcze około 10 min. Na miejscu poradzili wyciągnąć wszystko z kieszeni, chyba że ktoś planował zostawić swój telefon, czy klucze na dnie Zambezi. Później streszczono nam zasady bezpieczeństwa i to, jak zachować się w przypadku wywrotki. Bardzo praktyczne informacje, jak się później okazało. Oczywiście trzeba było też podpisać dokument, że jest się świadomym niebezpieczeństwa o że organizator nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne wypadki. Podzieliliśmy się na grupy po 8 osób, bo tyle wchodzi do pontonu. Wiosła w rękę i schodzimy. To chyba była najbardziej męcząca część dnia. 750 m w dół, w piance ogrzewającej, kamizelce, kasku i z wiosłem w ręku, gdzie schodami były skały i konary drzew. Jeden uczestnik nie wytrzymał i pod koniec z trasy schodził, a właściwie zjeżdżał siedząc.

Pierwsze chwile w pontonie i szybki kurs, jak skręcać, kiedy się chować przed falami itp. Miał być też skok do wody, żeby się oswoić z temperaturą, ale że byliśmy jeszcze na płytkiej wodzie, to mieliśmy wskoczyć później. Jakoś tak wyszło, że później nie było już czasu, więc jako jedyna grupa (było pięć pontonów) nie wskoczyliśmy. Trochę mi było szkoda. Oprócz pontonów było z nami kilku ratowników w kajakach, z kamerami na kaskach. Ale od razu mieliśmy powiedziane, że w razie wywrotki, mamy najpierw ratować się sami i próbować dopłynąć do pontonu. Kajaki są tylko do sytuacji ekstremalnych, kiedy ktoś wyląduje nieprzytomny w wodzie. Kiedy się na nich patrzyło, to utrzymanie na rwącej rzece w takim wąskim, jednoosobowym kajaku wydawało się takie proste.

Nie wiedziałam, co mnie czeka. Byłam co prawda kiedyś na spływie, ale kajakowym, na spokojnych polskich wodach, gdzie głównym wysiłkiem było wiosłowanie do przodu. A najbardziej ekstremalną sytuacją był moment, kiedy kajak mojego brata stanął w poprzek wąskiej rzeki, mój zaczął ustawiać się obok niego, więc brat odepchnął się wiosłem od mojego kajaku, ratując siebie i dobytek w łodzi. A ja skąpałam się w wodzie. Tym razem miało być bardziej ekstremalnie. Brytyjski Związek Canoe zakwalifikował spływ rzeką Zambezi do skali trudności 5 w sześciostopniowej skali.



Do przepłynięcia mieliśmy kilka kotłów. To taka moja nazwa robocza. Profesjonalnie to się nazywa próg albo bystrze - miejsce na rzece, gdzie przepływ wody zdecydowanie przyspiesza. Może być to spowodowane zwężeniem koryta rzeki, podwodnymi przeszkodami, zmianą nurtu, itp. To definicja z Wikipedii, a ja od siebie dodam, że czasami falę uderzają w siebie z dwóch przeciwnych kierunków, tworząc istne kotły. Stąd moja nazwa robocza. Prawie każdy kocioł otrzymał nazwę, która wiele o samym miejscu mówi, np. "Pralka", "Podwójne Kłopoty", "Schody do Nieba", czy "Terminator". Zaczęliśmy od "Pralki". Płyniemy, wiosła w rękę. Osoby z przodu pontonu wołają rytmiczne „ho, ho”, żeby nadać tempo. Jako nowicjuszka nie chciałam wypaść kiepsko, więc starałam się wiosłować zgodnie z rymem. Skupiałam się na wiosłowaniu, aż nie zauważyłam, kiedy podpłynęliśmy do pierwszego kotła. I zaczęło bujać. Chociaż bujać, to złe słowo. Jedna fala zaczęła podbijać przód pontonu do góry, a inne uderzały z boku. Ponton obracał się raz w jedną, raz w drugą stronę. A nasz sternik - Kapitan Frank tylko wykrzykiwał komendy, jak wiosłować, a to w prawo, a to w lewo. Tak podobno najlepiej pokonać Pralkę - trzeba żwawo wiosłować. Wszyscy balansowali ciałem, żeby nie wypaść, jednocześnie nie przestając wiosłować. Wystarczyła minuta, żeby orzeźwiająca woda przemoczyła wszystkich do suchej nitki. Strach mieszał się z ekscytacją, produkując wysoki poziom adrenaliny. Serce pompowało krew w takim tempie, że dobrze, że nikt mi wtedy pulsu nie sprawdzał, bo by mnie od razu na pogotowie zabrali. Co chwile musiałam się sprowadzać na ziemię: przecież muszę się skupić, przecież mam tu pracę do wykonania, bo wiosło samo się nie ruszy. Przecież płyniemy!
Chwilę później byliśmy już na spokojnej wodzie. I wiosła do góry i radosne okrzyki na cześć pierwszej pokonanej przeszkody. Chwila na wymianę wrażeń i uśmiechów. Skoro nawet starzy, spływowi wyjadacze byli zadowoleni, to musiało być super. Ja póki co nie miałam porównania, więc mi tak, czy siak pasowało.






Kolejne kotły, "Terminator I i II" nie były tak straszne, jak by się można było tego spodziewać po nazwie. A może po prostu to "Pralka" tak nas wywirowała, że kolejne się wydawały spokojniejsze. Nie znaczy to w cale, że były łatwe do przejścia. Podrzucało nas w górę i w dół. Dziwiło mnie, gdzie podziewa się ta cała woda, która wiadrami wlewa się nam do pontonu, przy uderzeniu każdej fali.
Kocioł "Podwójne Kłopoty" (inna nazwa "Dzień Sądu") był niespodzianką, bo kiedy wydawało się, że najgorsze mamy już za sobą, natrafiliśmy na kolejny uskok i chluśnięcia fal ze wszystkich stron. "Zapomnienie" - kocioł nr 18. Składa się z trzech części i to tu podobno zdarza się najwięcej wywrotek. Pierwsza część poszła jak z płatka. Obróciło nas co prawda o 180 stopni i część pokonaliśmy płynąc tyłem, ale ładnie z tego wybrnęliśmy. Kolejna fala płynęła pod prąd, wbrew prawom fizyki, jak dla mnie. Dużo zależy od tego, jak akurat fala uderzy. Trzy pontony mogą przepłynąć przez jedno miejsce, lekko się przy tym bujając, a czwarty… no właśnie. Widzieliśmy tę falę z daleka. W jednym miejscu co jakiś czas podbijała mocno do góry. Pokonaliśmy najpierw kilka fal, wiosłując zgodnie z komendami sternika. Płyniemy dalej, nagle fala podbija nas z przodu i spod prawej burty w tym samym czasie, podnosząc prawą stronę do góry i przechylając ponton. Lewa strona tak się zanurzyła, że siedziałam po pas w wodzie. Załoga z prawej strony przegrała z siłą grawitacji i poleciała w dół, prosto na nas siedzących po lewej. Jedna osoba zdołała się tylko utrzymać. Ponton opadł z powrotem, wylewając litry nabranej wody - razem z załogą. Zostałam po prostu wymyta. Znalazłam się pod wodą, ale kamizelka szybko wypchnęła mnie na powierzchnię. Kurczowo trzymałam swoje wiosło, bo pamiętałam, jak na początku mówili, żeby go nie zgubić. Załogę porwał nurt, a kolejna fala postawiła nasz ponton dęba. Zaraz po wynurzeniu rozejrzałam się dookoła, żeby sprawdzić, czy to tylko ja wylądowałam za burtą, ale zobaczyłam wokół siebie żółte i niebieskie kaski swojej drużyny. Pierwsza reakcja to był śmiech. Zaliczyliśmy wywrotkę! Będzie co opowiadać! Roześmiani rozglądaliśmy się, gdzie kogo niesie. Ja trzymałam się w miarę blisko dziewczyny o imieniu Sam i chłopaka, którego imienia nie pamiętam, ale który ciągle na pontonie gubił rytm i stukał o moje wiosło, siedząc przede mną. Ten sam zresztą, który trasę w dół kanionu pokonywał na tyłku. Nasz ponton z Kapitanem Frankiem i jedną dziewczyną był dość daleko, na spokojniejszej już wodzie. Nurt nas szybko znosił, a my unosiliśmy się na wodzie, jak takie dryfujące korki. Ha, ha, hi, hi i opowiadanie, jak to się stało, że skończyliśmy w wodzie. Nagle dostrzegłam w oddali inny ponton, przycumowany na boku, a na nim ich sternik opierający się o burtę. Właściwie to wyglądał, jakby miał zaraz wyskoczyć z pontonu. Z daleka było widać jego ciemnoskórą twarz i białe zęby. Wychylał się tyle, ile było to możliwe, ręką wskazywał prawą stronę i z przerażeniem w oczach krzyczał, ile sił: „SWIM! SWIIIIIIIMMMMM!!!!!”. Obejrzałam się za siebie, w kierunku, w którym wskazywał i dopiero zauważyłam, jak szybko zbliżamy się do kolejnego kotła. Z poziomu zanurzenia po szyję w wodzie wyglądało to bardziej przerażająco, niż z pontonu. No to ja zwrot w prawo i płynę do pontonu. Tak mi się przynajmniej wydawało. Ale przy tak mocno wyporowej kamizelce ratunkowej i tak silnym nurcie, wszelkie próby poruszania się do przodu kończyły się co najwyżej na staniu w miejscu. Próbowałam dobrych kilka minut, cały czas trzymając wiosło w ręku. Ale kiedy zdałam sobie sprawę, że nic z tego, momentalnie przypomniałam sobie wszystko, o czym nam mówili przed rozpoczęciem spływu. W takiej sytuacji należało położyć się na plecach, nogami w dół nurtu rzeki, żeby w razie czego odepchnąć się od skał, czy krokodyli (daję słowo, tak nam mówili sternicy). Nie panikować i przeczekać, aż prąd zniesie na spokojniejszą wodę. No to się kładziemy. Ja i obok Sam. Kolega dryfował już gdzieś dalej. Przed nami ogromna, spieniona fala. Zdążyłam nabrać powietrza i buch! Fala nakryła nas od góry, wpychając głęboko pod wodę. Pomyślałam sobie wtedy „O kurde, to już zaczyna robić się poważne”. Ale nie szarpałam się w wodzie, bo wiem, że przez to tylko stracę oddech, a kamizelka i tak mnie wypchnie do góry. Już jestem prawie na powierzchni, już widzę prześwitujący błękit nieba, wynurzam się i łapczywie nabieram powietrza. A tu BUCH! Kolejna fala z góry i znowu pod wodą, tym razem dużo głębiej, bo dostałam kopniaka od Sam w głowę, więc musiałam być ze dwa metry pod wodą. „Ja pierdzielę, zginę tutaj” I nawet zaczęłam się bać. Zaczęłam płynąć ku powierzchni i poczułam, jak Sam mnie próbuje wyciągnąć za kamizelkę, ale tylko mnie to zdezorientowało i napiłam się trochę wody. Wynurzam się na powierzchnie i myślę, że trzeciej fali nie przeżyję. Na szczęście było już po wszystkim. Zaczęła się spokojniejsza woda, więc odkasłałam to, co wypite i kiedy już wyszłam z szoku, zaczęłam płynąć ku pontonowi, który teraz już płynął w naszą stronę. Wciągnęli mnie na ponton. W końcu mogłam rozluźnić dłoń, która przez tę całą dramatyczną sytuację trzymała wiosło…
Jak już zebraliśmy całą załogę (niektórzy zostali zgarnięci przez inne pontony, które były bliżej), zaczęliśmy podekscytowani wymieniać się opowieściami. Momenty grozy już minęły, więc teraz zaczęliśmy się cieszyć, żer to nasz ponton się wywrócił. Będzie co opowiadać! No i z ośmiu straciliśmy tylko jedno wiosło. I to nie moje!














Niedługo później dobiliśmy do brzegu, gdzie trzeba było już wysiadać. Szkoda, bo chętnie bym się dała jeszcze kilku falom ponieść. Na brzegu czekało kilku lokalnych młodzieńców. Frank powiedział, że to oni pomagają wnieść cały sprzęt na górę, mam na myśli pontony i kajaki. Dodał też, że napiwek dzielą równo między wszystkich, więc żeby mieć to na uwadze.
Zaczęła się wspinaczka. Podejście było trudne. Organizm był już zmęczony, do tego poziom adrenaliny też zaczął opadać, a wtedy ciało się relaksuje (przynajmniej moje). Skały i korzenie tworzyły dość strome stopnie, dlatego kolana i uda szybko dostały w kość. Jeden pan (na oko 60+) nie dał rady sam, więc nosze poszły w ruch. Dodatkowy powód, żeby sypnąć napiwek tym chudym, ale wysportowanym młodzieńcom. Dziś rzeczywiście się napracowali. Na górze czekał nas poczęstunek i wspaniałe widoki. Było nawet zimne piwo! W takim miejscu i po takim wysiłku smakowało wyśmienicie. Oczywiście opowieściom o wywrotce nie było końca. Wszyscy byliśmy ciekawi, co złapały kamery kajakarzy. Zapytałam Kapitana Franka o dokładne miejsce naszej wywrotki. Wskazał kocioł nr 19 o nazwie „The Last Straw” (tłum "Kropla przepełniająca czarę") i powiedział: - Na tym się skąpaliście, - po czym wskazał na nr 20 - a ten przepłynęliście wpław…





Film i zdjęcia wyświetlane były wieczorem w kafejce Shearwater Cafe. Ale że był bardzo długi, bo pokazywał wszystkie pięć pontonów po kolei, to skleciłam swój trochę krótszy. Wywrotka została cała udokumentowana, niestety dalsze zmagania w wodzie już nie. Nic nie szkodzi. We wspomnieniach pozostaje wystarczająco dokładny obraz. Następnego dnia już wiedziałam, dlaczego polecano mi zostawić spływ na ostatni dzień pobytu. Każdy jeden mięsień, od stopy aż po uda (a nawet i wyżej) bolał niemiłosiernie. Nie od spływu, ale od zejścia i wejścia na klif. Szkoda mi było wyjeżdżać, bo Zimbabwe ma jeszcze tyle do zaoferowania, ale i tak byłam zadowolona, że udało mi się tyle zorganizować i osiągnąć. I oczywiście zaczęłam szukać, gdzie jeszcze na świecie można brać udział w takich ekstremalnych spływach. I tak oto mam cel następnej, dłuższej podróży. Urlop w styczniu już zaklepany. Nowa Zelandio - nadchodzę!




wtorek, 25 lipca 2017

Zwiastun

Zanim uda mi się ubrać wszystkie moje przeżycia w słowa, zapraszam do obejrzenia zwiastuna zapowiadającego następny wpis:




sobota, 24 czerwca 2017

Mosi oa Tunya

Przed każdym wolnym tęsknota za domem i rodziną się nasila. Dlatego też kiedy w moim grafiku pojawiają się cztery wolne dni pod rząd, od razu sprawdzam loty do Warszawy. Ostatnio rodzinę odwiedziłam pod koniec kwietnia, następny dłuższy urlop w kraju zapowiada się w czerwcu, więc majowe wolne postanowiłam wykorzystać w inny sposób. Niestety "urokiem" mojej pracy jest to, że bardzo ciężko jest dostać ten sam dzień wolny co znajomi. A już o czterech nie wspomnę. Dlatego zapowiadał się samotny wyjazd. Ale co tam, nie pierwszy i nie ostatni. A że już od jakiegoś czasu czułam, że potrzebuję spędzić trochę czasu na łonie natury, najlepiej z jakimś spektakularnym widokiem za plecami, padło na Wodospady Wiktorii w Afryce. Były na mojej liście do zobaczenia od dawna, jako jeden z Siedmiu Cudów Natury (do niedawna, jak się okazało). Wodospady są na granicy dwóch państw, Zimbabwe i Zambii. Poczytałam trochę i znalazłam wiele rekomendacji na korzyść Zimbabwe. Do tego nazwa kraju jakaś taka śpiewniejsza. No to lecimy do Zimbabwe.

Nie takie to hop-siup, jak się okazuje. Do lotniska w miejscowości Victoria Falls najlepiej dotrzeć przez Kenię albo RPA. Czasowo lepiej mi pasowała Południowa Afryka, a i jak się okazało - finansowo też wypadała lepiej. Kenyan Airways wołały parę tysięcy za półtora godzinny lot z Nairobi do Victoria Falls. Mam co prawda zniżki, jako pracownik linii lotniczych, ale te bilety bywają ryzykowne, bo zależą od dostępności miejsc. A kiedy czas jest ograniczony do czterech dni, to jakakolwiek zwłoka jest mi nie na rękę. Ze zniżkowych biletów skorzystałam natomiast na trasie Doha - Johannesburg - Doha. Swoje linie, to i obłożenie mogę dokładnie sprawdzić, więc tu ryzyko jest mniejsze, bo wiem na co się przygotować. Z Johannesburga do Victoria Falls miało mnie zabrać Air Zimbabwe, ale odwołali lot na dwa dni przed moim wolnym, kiedy bilety były już kupione. Na szczęście konsultant z tanie-loty.com.pl (tak, reklama, bo strona warta polecenia) zadzwonił do mnie w porę, łapiąc mnie akurat w Nowym Jorku i znaleźliśmy inne połączenie z British Airways. Niestety, ten lot był wcześniej, więc na przesiadkę miałam tylko półtorej godziny. Czyli 8-godzinna podróż do Johannesburga zapowiadała się w stresie, czy zdążę z przesiadką, czy nie. Postanowiłam nie nadawać bagażu, spakowałam wszystko do plecaka, szampon, żel pod prysznic i pasta do zębów do 100 ml i gotowe.





Po ponad 12-godzinnym locie z Nowego Jorku zabrałam plecak i wyruszyłam na lotnisko. Wchodzę na pokład, z daleka widząc swoje siedzenie. Cztery miejsca w środkowym rzędzie, dwa zajęte, dwa puste. I super, może trochę odeśpię lot z USA. W końcu wypadałoby się przespać po pracy. Podchodzę bliżej i okazuje się, że na siedzeniu obok mnie, które z daleka wydawało się puste, siedzi sobie mała istotka. Na tyle mała, że nie było jej widać z daleka, ale  na tyle duża, żeby zaczepiać wszystkich dookoła i krzyczeć w niebogłosy, kiedy coś nie idzie po jej myśli. Na szczęście dziecku też udzieliło się zmęczenie i większość podróży miałam spokój.

Na lotnisku w Johannesburgu byliśmy na czas, a i z przesiadką poszło gładko. Dobrym pomysłem było spakowanie wszystkiego w bagaż podręczny, to zdecydowanie ułatwiło mi sprawę. Moje pierwsze doświadczenie z British Airways całkiem pozytywne. Jedzenie na pokładzie co prawda takie sobie, ale kto by tam się skupiał na posiłkach, ważne, że obsługa miła. Moja współpasażerka o ciemnej skórze i ustach rozmiaru mojej pięści, zagadała mnie w połowie podróży: skąd jestem, czy na urlop, itp. Nie tak bezinteresownie, jak się okazało. Dostałam adres jej sklepu w mieście. Pamiątki, ciuchy, wszystko, czego turystyczna dusza zapragnie. Oczywiście z obiecaną zniżką.

W Zimbabwe wizę wykupuje się na lotnisku. Płaci się 30 USD, pani w okienku wypisuje wizę i można iść. No właśnie, "WYPISUJE". Każdemu z osobna, imię, nazwisko, kraj pochodzenia, numer paszportu, kiedy wydany, do kiedy ważny, kto wydaje wizę, kiedy, itp. - półtorej godziny czekania w kolejce. Ale za to mam piękną, kolorową wizę wklejoną w paszporcie. Miałam okazję rozejrzeć się dookoła. Trudno było nie zauważyć ogromnego plakatu mówiącego "U nas nie ma komarów!" Sprawdzimy. Na lotnisku czekała na mnie Tendai, dziewczyna, która zbierała gości do tego samego hotelu. "Miss Bla... Bla... Bla...". Oczywiście "sz" i "cz" w nazwisku sprawiało zbyt duży problem. I tak w Zimbabwe zostałam Panią Blabla.


Hotel The Kingdom bardzo mi się podobał. Do najtańszych nie należał, ale ja już jestem w tym wieku, że wolę zapłacić odrobinę więcej za komfort. A może tak mnie moja firma rozpuściła, lokując nas zawsze w dobrych hotelach. W Victoria Falls znalazłam miejsca dla tych, co wolą podróżować taniej, z plecakiem i nie mają nic przeciwko dzieleniu pokoju z innymi obcymi osobami. Później były eleganckie hotele, dwa razy droższe. Nic pomiędzy. Wybrałam więc ten, który mi pasował i był blisko wodospadu. Hotel w afrykańskim stylu. Łóżko z moskitierą, chociaż niby tych komarów ma nie być. Za to powiedziano mi, że kiedy wychodzę z pokoju, mam zamykać balkon, bo pawiany lubią wchodzić i zabierać rzeczy. 









Tej nocy przespałam ponad 12 godzin, ale przynajmniej w końcu nadrobiłam niedobór snu. Następnego dnia po pysznym śniadaniu, zaczęłam z grubej rury - przelot helikopterem nad wodospadem. I znowu przy rezerwacji pojawił się problem z nazwiskiem. „Miss Bla… Bla…” - chyba muszę się przyzwyczaić do bycia Panią Blabla.
Niewątpliwa przyjemność lotu helikopterem jest zawsze dość kosztowna, ale miałam dobre wspomnienia z lotu nad wybrzeżem Australii. Nie zawiodłam się i tym razem. Widok tego pęknięcia w ziemi, do którego wlewają się hektolitry wody, był niesamowity. Już z daleka było widać unoszący się dym. Takie przynajmniej to sprawiało wrażenie. W rzeczywistości to mgła wodna, powstająca ze wzburzonej wody. Nic dziwnego, że wodospad jest tu nazywany „MOSI OA TUNYA” - mgła, która grzmi. Nad mostem łączącym Zimbabwe i Zambię tworzyła się piękna tęcza. A rzeka Zambezi wiła się z lewa na prawo. Pilot robi „ósemkę” nad wodospadem tak, żeby każdy w helikopterze miał szansę na ten sam, piękny widok. Lot trwa zaledwie 12 minut, ale wystarczy, żeby nabrać (po raz kolejny) szacunku do Matki Natury. 









Po locie nadszedł czas na przywitanie się z wodą z bliska. Z hotelu miałam około 10 minut spacerem, a brama była tuż przy wyjściu z mojego pokoju. Właściwie nawet siedząc na balkonie, słyszałam grzmoty wodospadu. Przebiegłam szybko przez bramę, żeby uniknąć spryskiwacza do trawy i od razu usłyszałam za sobą głoś strażnika: 
- Halo! Dzień dobry!  - O masz, myślę sobie, pewnie nie zauważyłam jakiegoś znaku, że przejście wzbronione. 
- Jak się masz? Wakacje udane? - zapytał strażnik z szerokim uśmiechem, świecącym białymi zębami. 
- Bardzo udane, jak dotąd, dziękuję. Czy zrobiłam coś źle? Nie wolno tędy przechodzić? 
- Wolno, wolno. Tylko muszę zapisać twój numer pokoju. 
- To na wypadek, gdybym nie wróciła? - powiedziałam z żartem. 
- Tak - odpowiedział całkiem poważnie - wodospady to idealne miejsce dla samobójców. Zimbabwe to piękny kraj, ale jego ekonomia jest naprawdę do bani. Niektórzy ludzie nie widzą innego rozwiązania, jak tylko ze sobą skończyć. 
- Przykro mi to słyszeć, ale proszę się nie martwić, ja skakać nie zamierzam. Przyjechałam podziwiać piękne widoki. Tędy prosto, tak? 
- Tak, zaprowadzę cię. 
- Nie trzeba, dziękuję. Już dalej trafię. 
- Odprowadzę. Czasami przechodzą tędy słonie i bawoły, więc bywa niebezpiecznie - po czym wskazał na ogromny stos kupy na drodze - To od słonia. Sporo ich było tego ranka. 

Nie trzeba mnie było więcej przekonywać. Stos był taki, że conajmniej dziesięć koni z krakowskiego rynku musiałoby się zebrać, żeby dorównać. Po drodze strażnik pokazał mi jeszcze Lookout Caffe, kawiarnię tuż nad zboczem klifu, z którego rozciągał się widok na most i Zambię po jego drugiej stronie. Zapisałam w głowie, żeby wrócić tu na popołudniową kawę i ruszyłam nad wodospad. Strażnik cały czas na mnie czekał przed kawiarnią, żeby towarzyszyć podczas reszty drogi i odgonić ewentualne niebezpieczeństwa. Przy okazji wypytałam co i jak, więc gdyby ktoś z was napotkał kiedyś słonia albo bawoła na swojej drodze, to trzeba zejść im z drogi, siedzieć cicho i nie przykuwać uwagi. Nie zaczepiać, broń Boże nie dotykać, bo zaatakują. 


Pawiany czyhają z daleka na jakiś otwarty balkon.


Widok z kawiarni Lookout Cafe


Dotarliśmy do bramy parku i tutaj strażnik się pożegnał. Od razu przykleili się do mnie handlarze z lokalnymi wyrobami - od miseczek, figurek, po stare zimbabweńskie banknoty 50.000.000 dolarowe. Przeszłam szybko do kasy biletowej, a tam pani kasjerka: - Dzień dobry! Jak się masz? - Każdy tutaj zaczyna od tego rozmowę. I patrzy na ciebie z szerokim uśmiechem, oczekując szczerej odpowiedzi. Nie jest to suche, angielskie „how do you do”, które idzie w parze z każdym przywitaniem, ale nikogo tak naprawdę nie obchodzi, jak się rzeczywiście czujesz. Tutaj jest inaczej. A przynajmniej takie się odnosi wrażenie. Zapłaciłam 30 dolarów za wejście (gdybym była z Australii, zapłaciłabym połowę, a gdyby z Zimbabwe - 8$), wypożyczyłam płaszcz przeciwdeszczowy i w drogę. Do punktu obserwacyjnego nr 1. Cały czas zastanawiałam się, jakie wodospad zrobi na mnie wrażenie, w porównaniu do Niagary, którą byłam zachwycona parę lat temu. Podchodzę, patrzę i nagle huk! To szczena mi opadła z wrażenia. Przez dobre kilkanaście sekund stałam bez ruchu, próbując ogarnąć to, co widzę. Nie wiem nawet, jak to opisać. Mój zasób słownictwa wydaje się zbyt ubogi, żeby oddać to, co wtedy widziałam i czułam. Ogromna woda wlewa się z lewej strony i spada 70 m w dół z ogromną siłą. Tam rozbija się o skały i rozpryskuje na boki i do góry. Na wprost - wąwóz, pęknięta skorupa ziemi, wypełniona kotłującą się wodą. A w powietrzu mgła wodna, unosząca się ze wzburzonej wody. Jeszcze niezbyt dokuczliwa, raczej przyjemna. Chciałoby się tam stać i patrzeć bez końca. Taka woda działa na mnie tak hipnotyzująco, jak płonący ogień w kominku, czy ognisku.

Zdjęcie z victoriafalls-guide.net






Ale przecież to dopiero początek. To zaledwie kraniec tego szerokiego na ponad 1700 m wodospadu. Podeszłam jeszcze do statui Davida Livingstona - europejczyka, który w 1855 roku odkrywając środkowy bieg rzeki Zambezi, dotarł do tego wodospadu i nazwał go imieniem Królowej Wiktorii. Livingstone był szkockim misjonarzem, którego obsesją było odnalezienie źródeł Nilu. Podczas wszystkich swoich wypraw głosił chrześcijaństwo i był przeciwnikiem niewolnictwa, które w tamtych czasach było tu na porządku dziennym. Ma spore zasługi na swoim koncie, jeśli chodzi o uzupełnienie mapy tamtych rejonów Afryki, które wcześniej były puste, bo nikomu nieznane. Wodospady Wiktorii natomiast określił pięknym zdaniem: "Widok tak piękny, że muszą się w niego wpatrywać aniołowie w locie". Tutaj złapałam drugą (bo pierwsza była widoczna z helikoptera) tęczę tego dnia.





Poszłam dalej wzdłuż wyznaczonej ścieżki. Co kawałek było zejście do kolejnego punktu widokowego. Za każdym razem obraz był niesamowity. W niektórych miejscach mgiełka wodna przeradzała się w konkretny deszcz, a nawet i ulewę. Płaszcz przeciwdeszczowy poszedł w użycie. Przy głównej części wodospadu, gdzie woda spada 107 metrów w dół, mgła była tak obfita, że nawet samego wodospadu nie było widać. Taki urok sezonu wysokiej wody. Szłam sobie tak w tym deszczu, buzia nie przestawała mi się śmiać. W niektórych momentach krajobraz wyglądał, jak zderzenie się dwóch światów: błękitne niebo, słońce i zieloność w tle, a tuż obok ulewa i szarość, bo zasłonięte przez mgłę wodną słońce nie mogło się przebić. Aparatu w tych miejscach nie wyciągałam, żeby zaoszczędzić mu kąpieli, ale telefon? Czemu nie, zobaczymy ile przetrwa.










Zderzenie dwóch światów za plecami

Doszłam do tzw. Danger Point, miejsca, w którym szlak skręca w prawo o ponad 90 stopni, a ostre urwisko prowadzi 100 metrów w dół. To tędy rzeka Zambezi prowadzi dalej swoje koryto. Punkt widokowy swoją nazwę zawdzięcza warunkom, jakie tu panują: żadnych barierek, czy ogrodzeń, tylko skały prowadzące lekko pod górę. Mokre i śliskie. Oczywiście, że muszę wejść! Już bliżej wodospadu się nie da. Wdrapałam się pomału, podpierając się rękoma. Tu już lało, jak z cebra. W porze suchej można tu sobie spokojnie usiąść, rozstawić sprzęt fotograficzny i podziwiać widoki dookoła. W maju, pod koniec pory deszczowej, drugiego brzegu w ogóle nie widać. Huk grzmiącej wody zagłusza wszystko. Rozpostarłam ręce i pokrzyczałam sobie trochę, bo w sytuacjach, jak ta, głośne "łuuuuuuu-huuuuuu" samo ciśnie się na usta. Wyciągnęłam telefon, żeby nagrać kilka sekund. Takim przeżyciem zdecydowanie trzeba się podzielić. Uchachana zeszłam do bezpiecznego i bardziej suchego miejsca. Od pasa w dół byłam cała przemoczona, w butach chlupało, ale nie przeszkadzało mi to ani trochę. Zatrzymałam się przy kolejnym - ostatnim już punkcie na trasie, z widokiem na most, który łączy Zimbabwe z Zambią. I tak sobie podziwiam widoki z kolejną tęczą w tle, a tu nagle ktoś z mostu skacze! Spokojnie, do nóg miał przyczepioną linę bungee. Miasto Victoria Falls przyciąga nie tylko pięknymi widokami, ale i sportami ekstremalnymi. A skoczyć sobie ze 128-metrowego mostu nad rzeką Zambezi, to dopiero coś.

Ścieżka prowadząca na Danger Point




Bungeeeeeeee!



Stałam sobie na słonku, czekając, aż moje przemoknięte spodnie i buty trochę obeschną. Na moje szczęście postanowiłam sprawdzić, co wyszło z mojego filmiku na krańcu wodospadu. Okazało się, że w ogóle się nie nagrał! O zgrozo! Takie poświęcenie, tyle naturalnej radości, a tu nic! Widocznie ekran był już na tyle mokry, że nie reagował na dotyk, a ja w tej całej ekscytacji nie zauważyłam, że się nie nagrywa. No trudno. Idę jeszcze raz. Ciuchy już trochę przeschły, to trzeba je znowu wodą potraktować. Filmik przecież musi być. A tak naprawdę, to był tylko pretekst, żeby jeszcze raz wejść tam, gdzie niebezpiecznie i trochę sobie pokrzyczeć. Ku mojemu zaskoczeniu, po wdrapaniu się na skały zobaczyłam kolejną, piękną tęczę. I to w samym dole wodospadu. Tak miało widocznie być. Miałam tu wejść jeszcze raz po to, żeby zobaczyć ten obrazek. Uśmiech o mało mi twarzy nie rozerwał, co zresztą dobrze widać na zdjęciu.





Po tylu emocjach i takiej dawce słońca, kiszki zaczęły grać marsza. Lokalne piwko Zambezi - jak znalazł. Podczas krótkiego lunchu buty i spodnie zdążyły przeschnąć prawie całkowicie. W planie była jeszcze kawa w punkcie widokowym, który widziałam rano. Jak tylko opuściłam bramy parku, od razu podszedł do mnie kolejny strażnik. Już wiedziałam, że będzie mi towarzyszył w drodze powrotnej. To normalna praktyka tutaj. Każdy turysta, którego mijaliśmy, szedł z lokalnym mundurowym. Doszliśmy do Lookout Cafe, gdzie strażnik obiecał, że będzie na mnie czekał, żeby odprowadzić mnie później do hotelu. Małe cappuccino to było dokładnie to, czego potrzebowałam, siedząc 120 metrów ponad rzeką i oglądając piękno wąwozu Batoka. Z daleka widać liny porozwieszane nad wąwozem. To wszystko dla niesamowitych, ekstremalnych przeżyć. Skoki, zjazdy, przejazdy, huśtawki, wszystko, co możliwe w połączeniu lin i wysokości. Ja już miałam zaplanowany inny zastrzyk adrenaliny na kolejny dzień. Ale o tym opowiem następnym razem..



































Album ze wszystkimi zdjęciami z Wodospadów Wiktorii znajduje się tutaj.
A na koniec, jeśli ktoś jeszcze nie widział, krótki klip z tego niesamowitego dnia: