obraz

obraz

środa, 29 lipca 2015

Wznieś się na wyżyny (Camerona)

I to rozumiem! Od razu jakby wróciło we mnie życie! Wystarczył wyjazd do nie-Londynu i nie-Paryża, spotkanie z zapierającą dech w piersiach malezyjską naturą i wróciłam do starego nawyku - prawie cała ta notatka powstała podczas lotu powrotnego z Kuala Lumpur, kiedy to każdy z załogi co chwilę mnie wybijał z rytmu, pytając "Co piszesz?"

Zawsze lubiłam loty do Malezji od takiej praktycznej strony. Hotel na lotnisku, więc nie trzeba się tłuc autobusem. Obsługa zawsze bardzo miła i przyjazna. Pokój duży, że można po nim biegać, ogromne okno, wpuszczające wystarczająco dużo światła, żeby oświetlić cały pokój. W łazience prysznic i wanna, więc wybieram w zależności od nastroju. A przy łóżku sprytne urządzenie, z którego mogę operować światłem, zasłonami, klimatyzacją, a nawet przejrzeć hotelowe menu. No tak to można się relaksować. Do tego ten długi pobyt, co zwykle się nie zdarza. Ale przez moje dwa poprzednie loty do Londynu dzień po dniu, plus dzisiejszy lot do Malezji w grafiku przez siedem dni pod rząd nie miałam żadnego wolnego. Dlatego ze względu na przepisy o czasie pracy, dostałam 48-godziiny pobyt w Kuala Lumpur.

Pierwszy dzień wykorzystałam na wieczorną wizytę w mieście. W końcu udało mi się zrobić kilka zdjęć Petronas Towers nocą. Te malezyjskie bliźniacze wieże zawsze wydawały mi się imponujące, tym bardziej oświetlone w nocnej scenerii. Chciałam też kupić bilety na autobus na następny dzień. Oczywiście w dobie internetu zrobiłabym to online o wcześniej, ale do końca nie wiedziałam, czy zdecyduję się na zorganizowaną wycieczkę, czy na podróż we własnym zakresie. Jak już się zdecydowała, to okazało się, że bilety na pierwszy autobus o 8:30 są niedostępne przez internet. Ale Malezja nie wydaje mi się jakoś super skomputeryzowanym krajem, więc postanowiłam spróbować na samym dworcu, może tam będzie jeszcze jakaś pula biletów, które nie są dostępne przez internet. I faktycznie, dostałam bilet na 8:30. Ale ponieważ był już wieczór, "system był już zamknięty" według pani w okienku, dlatego dostałam tylko coś w rodzaju rezerwacji, czy vouchera. Następnego dnia rano miałam go zamienić na właściwy bilet. Kiedy jednak pojawiłam się na dworcu, pani z okienka nr 46 odesłała mnie do okienka nr 41. Tam dostałam tylko gburowate "Autobus pełny, okienka 46". Już się zaczęłam martwić, że przez ten wczorajszy "zamknięty system" sprzedano w miejsce w autobusie, którego nie ma. Ale po pięciu minutach biegania z krótkofalówką, pani odesłała mnie do okienka nr 25, a tam już wydrukowano mi bilet - miejsce nr 2. Wchodzę do autobusu, a miejsce nr 2 zajęte. Siedzi jakaś para, na oko australijska. Może tu się nie przywiązuje takiej uwagi do miejscówek. Siadam na pierwszym wolnym miejscu koło okna. Ale już po chwili ktoś się do mnie zwraca: "Przepraszam, siedzi pani na moim miejscu". No to przesiadam się na inne. I tak trzy razy. W końcu podeszłam do pary na pierwszych siedzeniach i pokazałam swój bilet. Po ich akcencie okazało się, że bezbłędnie odgadłam ich australijskie pochodzenia. Co mnie jednak zmartwiło, para miała bilety na miejsca 2 i 3. Po raz kolejny przyszła mi do głowy myśl, że nie pojadę. Sprzedali mi bilet na zajęte już miejsce. A może nie mam jechać? Może to jakiś znak? Czterech godzin nie będę stała w autobusie, zresztą mi na to nie pozwolą. Ale koniec końców okazało się, że ilość sprzedanych biletów odpowiadała ilości siedzeń, więc wszystko w porządku. Jadę.






Pierwsze dwie i pół godziny jechaliśmy autostradą, więc szło w miarę szybko, chociaż i tak miałam wrażenie, że wszystkie inne autobusy nas wyprzedzają. Kiedy zjechaliśmy z autostrady zaczęła się kręta droga. Myślałam, że będzie to coś podobnego do Great Ocean Road z Australii, ale było dużo gorzej. To znaczy bardziej ekstremalnie. Tylu zawijasów o takiej częstotliwości i stopniu zakrętu, to już dawno nie widziałam. Przed każdym zakrętem kierowca trąbił, żeby dać znać tym z naprzeciwka. Coś w rodzaju "Uwaga, jadę!". Znam to dobrze z Doha, niektórzy taksówkarze robią tu dokładnie to samo. Droga, którą jechaliśmy była naprawdę wąska. W niektórych momentach zastanawiałam się jakim cudem autobus wyrobił się na zakręcie prawie 180 stopni. Przez cały czas podziwiałam widoki i próbowałam robić zdjęcia przez brudną szybę autobusu. Podobała mi się jedna rzecz: co kawałek na poboczu lokalni mieszkańcy sprzedawali a to owoce (śmierdzące duriany), miód, czy inne lokalne wyroby. Ciekawe były jednak same stoiska, a nie rzeczy na nich się znajdujące. Zbudowane były z drewna i bambusów, usytuowane na poboczu, na którym często nie było wystarczająco miejsca, bo teren był spadzisty. Dlatego tylna część "konstrukcji" podparta była długimi palami, a w środku bez żadnych obaw siedziało sobie po kilka osób.
(Wybaczcie słabą jakość niektórych zdjęć - robione w ruchu telefonem przez brudną szybę nie wyszły za dobrze).







Kiedy do celu zostało nam może z 20 min, zatrzymaliśmy się w miejscowości Ringlet, żeby wysadzić jednego z pasażerów. No i jak się zatrzymaliśmy, tak już nie ruszyliśmy. Autobusem szarpnęło, coś stuknęło z tyłu i tyle. Przez 20 min nikt nie wiedział co się dzieje, aż w końcu zatrzymał się przed nami kolejny, w połowie już wypełniony autobus i musieliśmy się przesiąść. Problem w tym, że u nas był komplet, więc nie wszyscy doznali luksusu siedzenia po przesiadce. Ja byłam jednym z tych szczęśliwców, którzy ostatnie 20 minut trasy spędzili na stojąco. Przez całą drogę świeciło piękne słońce (brak zasłonek w malezyjskim "pekaesie" skutecznie mi o tym przypominał), ale kiedy dotarłam na miejsce do Tanah Rata, zaczęło się chmurzyć, a szczyty zaczęła opiewać delikatna pierzynka z chmur.



Wyżyna Camerona - Tanah Tinggi Cameron - rozmiarami dorównuje Singapurowi, 712 km2. Nazwa pochodzi od odkrywcy, Williama Camerona, który w 1885 roku odnalazł te wcześniej niezdobyte tereny. Całość znajduje się na wysokości powyżej 1000 m, więc i klimat jest inny. To bardzo miła odmiana po gorącym i dusznym Kuala Lumpur. Nic dziwnego, że warunki sprzyjają uprawie herbaty, truskawek, róż i przeróżnych warzyw.

Jeśli ma się do dyspozycji kilka dni, można sobie zorganizować ciekawe wędrówki. Jest tu dziesięć pieszych szlaków, z czego najdłuższy może zająć około pięciu godzin wędrówki. Po drodze lasy tropikalne z niezwykłymi gatunkami roślin, itp. Jeżeli jednak tego samego dnia trzeba wrócić do Kuala Lumpur, a ostatni autobus odjeżdża o 17:30, trzeba sobie umieć czas zorganizować. Już na stacji autobusowej kręciło się pełno taksówkarzy, zaraz obok ludzi oferujących miejsca noclegowe (coś jak w naszym Zakopanem). Forma wynajęcia taksówki znana mi z innych azjatyckich krajów - wynajem samochodu na godziny, a nie płacenie za konkretną trasę - odpowiadała mi idealnie. Dogadałam się więc z jednym z taksówkarzy co do ceny i ruszyliśmy do jego samochodu. Musielibyście widzieć moją minę, kiedy zobaczyłam jaka limuzyna będzie mnie wozić przez najbliższe parę godzin. Dwukolorowa, jak w przypadku Rolls Royce (tylko że tutaj jeden z kolorów to rdza), drzwi automatyczne (nie było klamki od zewnątrz, więc kierowca automatycznie otwierał mi drzwi od środka), szyba z jednej strony otwierała się tylko na kilka centymetrów, ale za to z drugiej strony można już było całą opuścić. Pełna klima (pod warunkiem, że obie szyby otwarte). No to jedziemy! Witaj przygodo!



Jako miłośniczka herbaty, pierwsze co, pognałam na plantację herbaty BOH. Już po drodze widoki z mojej limuzyny były niesamowite, nawet przez ledwo otwarte okno. Mało tego, słońce przebiło się przez chmury, jak na zamówienie. Cieszyłam się jak dziecko idące do parku rozrywki. Mało brakowało żebym zaczęła podskakiwać z nogi na nogę i nucić coś pod nosem. Doszłam do punktu widokowego - szczęka opadła mi w dół. Tyle zieleni już dawno nie widziałam. Nie mogłam uwierzyć, że krzewy herbaciane rozpościerały się tak daleko, jak tylko wzrok sięgał. A za wzgórzami na pewno ciągnęły się jeszcze dalej. Ktoś może powiedzieć - nuda! Ale ja mogłabym tu siedzieć godzinami. Tym bardziej, że na tarasie można było spróbować tutejszej herbaty i sernika ze świeżymi truskawkami. Nie do końca wiem, jak opisać to uczucie, które mi towarzyszyło zwłaszcza w pierwszych minutach. Podziw dla natury (i człowieka, który w tym przypadku współgra z nią idealnie), poczucie maleńkości wśród ogromnych, niekończących się wyżyn, szacunek dla ręki Boskiej, która to stworzyła i wzruszenie... To samo uczucie towarzyszyło mi przy wodospadzie Niagara, czy u stóp klifów australijskich.










Spędziłam tam godzinę, chociaż daję słowo, że mogłabym siedzieć cały dzień. Następnie chciałam pojechać do "Mglistego Lasu", gdzie ciekawą trasą przez las tropikalny można dojść do pięknego punktu widokowego na wysokości 2000 m. trzeba tylko kawałek podjechać samochodem do początku trasy (można na nogach, ale na to trzeba czasu). Niestety mój kierowca poklepał tylko samochód po bagażniku i powiedział, że nie da rady, bo trasa jest pod górę, a on nie ma napędu 4x4. Wierzę na słowo. Pojechaliśmy więc w dół, do pszczelej pasieki. A tam ul przy ulu. A obok każdego klomb kwiatów, żeby pszczółki nie miały daleko. Hibiskusy, orchidee, a nawet drobne kwiatki, których nazwy nie znam, ale które znam z ogródka Babci Wikci w Dobromierzu, więc wywołały we mnie miłe wspomnienia z dzieciństwa. I tylko ogromne drewniane pszczoły z obdrapaną przez upływ czasu farbą, psuły trochę scenerię.








Kwiatki z ogródka Babci Wikci :)





Tuż obok pasieki była farma motyli. Tutaj wstęp był płatny, całe 5RG (5 zł). I znowu pełno kwiatów,  krzewów, a nawet pomidory. Wiszące kokony z dorastającymi motylami, jaszczurki, żółwie, inne insekty (na które nawet nie spojrzałam), skorpiony (na które spojrzałam tylko dlatego że były za szybą), ale motyli nie widać. Chodzę, szukam, z tego wszystkiego nawet zapomniałam zdjęć robić. Już chciałam udać się do wyjścia i po zwrot piątaka za brak motyli, aż w końcu znalazłam jakieś ukryte przejście do pomieszczenia, gdzie już ich kilka beztrosko fruwało. Ale i tak byłam zawiedziona, bo spodziewałam się bajkowej scenerii z mnóstwem trzepocących skrzydełek w powietrzu. Jednak czasami lepiej obniżyć trochę oczekiwania dla własnego dobra i samopoczucia.






Moje 3 godziny limuzyny powoli dobiegały końca, więc udałam się jeszcze na Truskawkową Farmę Raaju (Raaju to właściciel), bo była po drodze. To jednak nie zabawiłam długo. Truskawki w polskim ogródku to nic nadzwyczajnego. Mało tego, ludzie z Polski jeżdżą w wakacje za granicę zbierać truskawki, a tu jest to atrakcja turystyczna, za którą się płaci. Dostaje się do ręki koszyczek i dawaj na rwanie! Na to nie było ani czasu, ani chęci. Kupiłam tylko paczuszkę truskawek na smaka, które niestety później okazały się niezbyt słodkie.





Mając godzinę do autobusu powrotnego mogłem zjeść spokojnie jakiś obiadek, pod warunkiem, że udałoby mi się znaleźć coś w kuchni malezyjskiej co ostrością nie wypali mi podniebienia. Ale zauważyłam na mapie, że całkiem niedaleko oznaczony jest jakiś wodospad. Co tam obiad! Kierowca podrzucił mnie do początku szlaku, powiedział którędy później wrócić do stacji autobusowej, rozliczyłam się z nim i tu się zakończyła moja przygoda z limuzyną o nieznanej mi marce. Już z daleka słyszałam szum Wodospadu Parit, więc automatycznie przyspieszyłam kroku. Jakież było moje zdziwienie kiedy rzeka, którą ujrzałam, okazała się brązowo-żółta. Na tak pięknym terenie otoczonym lasami i wzgórzami herbacianymi, spodziewałabym się krystalicznie czystych strumyków, a tu taka niespodzianka. Zupełnie jak Mekong w Wietnamie. Sam wodospad był niewielki i byłby naprawdę uroczy, gdyby nie śmieci pływające dookoła. I nie mam tu na myśli tylko jakichś plastikowych butelek, czy reklamówek unoszących się na powierzchni. Wyglądało to bardziej, jakby ludzie wyrzucali tu całe worki ze śmieciami. Albo wszystkie nieczystości, które są wyrzucane gdzieś wyżej, spływając w dół zatrzymują się właśnie tu, gdzie jest trochę bardziej płytko. Szkoda, że nie ma nikogo, kto by o to zadbał. Byłoby tu naprawdę pięknie, nawet z tą żółto-brązową wodą.






Do Tanah Rata wróciłam na piechotę, idąc wąską, leśną ścieżką nad brzegiem rzeki. Czasu na jedzenie już nie było, ale kto by się tam przejmował. Wrzuciłam na szybko czekoladowego batonika i zajęłam miejsce w autobusie. Prawie całą drogę powrotną przespałam. Otworzyłam oczy tylko kilka razy, żeby zobaczyć jak na zewnątrz leje, grzmi i błyska. Przez te warunki podróż zajęła trochę dłużej i w hotelu byłam późnym wieczorem. Nic dziwnego, że ostatni autobus z Wyżyny Camerona odjeżdża o godz. 17:30. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się pchał autobusem po zmroku na tę krętą i zupełnie nieoświetloną drogę.

Powiem Wam jedno, piękne wieżowce, świątynie, mosty i inne cuda zbudowane przez człowieka zawsze będą imponujące. Ale nic nie wywoła na mnie takiego wrażenia, jak piękno natury.


Cameron Highlands, Malezja 23-24.07.2015

środa, 15 lipca 2015

Historie z pokładu

Za oknem 40 stopni, a ja siedzę w łóżku przykryta kołdrą i kocem. No tak już ze mną jest, że łapie mnie przeziębienie w środku lata, do tego zawsze wtedy, kiedy mam kilka dni wolnych. 

Nie opowiadam zazwyczaj tego, co się na pokładzie dzieje, ale jako, że ostatnio zwiedzania u mnie mniej, to postanowiłam Wam o kilku napisać.

#1 Prawie 18
Podczas jednego z lotów z Londynu do Doha zostałam przydzielona do naszego podniebnego barku, jako Lounge Manager. Barmanka, czy Lounge Manager, zwał jak zwał, ale ja tę pozycję bardzo lubię. Mam swoje własne stanowisko pracy, do którego nikt mi się nie wtrąca. Reszta załogi ma swoje obowiązki, więc przychodzą dopiero wtedy, kiedy mają chwilę wolną i chcą mnie zastąpić, żebym i ja mogła odpocząć. Ewentualnie kiedy chcą podebrać jakieś smakołyki dla siebie, czy pasażerów. Podczas lotu z Londynu do Doha przyszedł do baru pewien młodzieniec. Wyglądał na mniej niż 20 lat. Chwilę po nim przyszła jedna z moich koleżanek, dyskretnie dając znać, że ten próbował zamówić u niej drinka, ale po sprawdzeniu paszportu okazało się, że ma 17 lat, więc drinka nie dostał. Taką mamy procedurę, że w razie wątpliwości co do wieku możemy, a nawet musimy sprawdzić paszport. Chłopak zaczepiał później inne stewardessy, w nadziei, że któraś z nich o wiek nie spyta i przyniesie mu drinka. Ale my takie informacje między sobą szybko rozprzestrzeniamy, więc każdy jest przygotowany.

Koleżanka wróciła do swoich obowiązków, a chłopak, czego mogłam się spodziewać, poprosił o piwo. Oczywiście odmówiłam, na co ten zaczął próbować na różne sposoby. Najpierw tłumaczył, że zostało mu już kilka miesięcy do pełnoletności, więc (wg niego) to już prawie, jakby miał 18 lat. Później zaczął ze mną rozmawiać, jak ze swoją koleżanką, opowiadając o imprezach w Londynie i jak to on się nie upił i czego to śmiesznego nie robił po pijaku. W końcu się przyznał, że jest już po paru drinkach, o które na lotnisku w Londynie nie było trudno. To wyjaśniło, czemu był taki wesoły od samego początku. A na koniec, kiedy myślał, że ma mnie po swojej stronie, powiedział półgłosem, że mogę mu dolać whisky do coli, nikt nie będzie o tym wiedział. Po czym zaczął łapać za butelki szampana, które w wiaderkach z lodem są w zasięgu ręki, udając, że czyta etykiety i zapytał, czy czasem nie muszę iść do innej części samolotu czegoś sprawdzić albo na przykład skorzystać z łazienki. No tego już za wiele. Uśmiech mi zniknął z twarzy, przysunęłam się do baru i z poważnym wyrazem twarzy powiedziałam: "Posłuchaj, Nie jestem twoją koleżanką i na pewno nie będę ci wlewać alkoholu pod ladą. I to nie dlatego, że ktoś inny mógłby się dowiedzieć, ale dlatego, że JA będę o tym wiedzieć. Nie interesuje mnie, że nieodpowiedzialni ludzie na lotnisku zaserwowali ci alkohol, to ich sprawa. Na naszym pokładzie jeszcze przez kolejne kilka miesięcy na pewno alkoholu nie dostaniesz".Za mocno? Może i tak. Ale grunt, że podziałało. Chłopak zabrał swoją colę i wrócił na miejsce i do końca lotu oglądał film. 



#2 Granica moralności
Kolejny lot z Londynu do Kataru. Tym razem pracowałam w pierwszej klasie, gdzie mamy miejsce dla ośmiu pasażerów, ale zapełnione były tylko dwa miejsca - jedno przy oknie i jedno na środku, w tym samym rzędzie. Małżeństwo w wieku 50+, narodowości nie będę podawać, bo nie chcę, żebyście osądzali na tej podstawie. 

W pierwszej klasie staramy się jak najlepiej, żeby pasażerowie poczuli się wyjątkowo. Sprawdzamy co jakiś czas, czy wszystko u nich w porządku tak, żeby spełniać ich potrzeby, zanim zdążą o to sami poprosić. Tak też było i tym razem. Pani małżonka była mało wymagająca, zjadła lekki posiłek i poszła spać. A szanowny małżonek oglądał sobie film, popijając herbatkę. Po jakimś czasie poprosił, żeby przygotować mu posłanie na miejscu, na którym siedzi (mamy wygodny materac, poduchy i koc, więc siedzenie zamienia się w pełnej okazałości łóżko), a posiłek zje na siedzeniu przy oknie w następnym rzędzie. Nie ma problemu, reszta kabiny pusta, więc czemu miałybyśmy się nie zgodzić. Pan się przesiadł na fotel za plecami małżonki i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienił się nie do poznania. Za każdym razem, kiedy podawałam mu coś na stół, wpatrywał się we mnie z zamglonymi oczami. Co chwilę pytał o to samo, np: "Jeszcze raz powiedz, skąd jesteś? - Z Polski - Z Polski.... piękna..... piękna....". Po posiłku czekałam aż przesiądzie się na siedzenie obok małżonki i skończy z tą całą szopką, ale tez zdecydował, że zostanie w drugim rzędzie i obejrzy sobie kolejny film. I nagle jakaś chwilowa amnezja go dopadła, bo zapomniał, jak się obsługuje pilota. Wołał mnie co chwilę, a to żeby pomóc mu film znaleźć, a to żeby pogłośnić, czy przyciemnić światełko. I za każdym razem, kiedy mu coś tłumaczyłam, patrzył się na mnie, nie, przepraszam, gapił się na mnie niesmacznie. W pewnym momencie poprosiłam moją przełożoną, żeby ona odpowiedziała na jego kolejne wezwania. Jak widać, dla niektórych granica moralności kończy się w jednym rzędzie za małżonką. 

#3 Zapomniany pakunek
Historia ta nie przydarzyła się mnie osobiście, ale jednej z moich koleżanek. Różne już rzeczy na pokładzie się widziało i o różnych słyszało, dlatego jestem w stanie uwierzyć w wielkie roztargnienie pasażerów. Po jednym z krótkich lotów między krajami Zatoki Perskiej, pasażerowie jak zawsze wysiedli, zabierając swoje torby i walizki, a załoga przystąpiła do przeszukiwania samolotu. Najczęściej na siedzeniach znajdujemy książki, okulary, szale, apaszki, a w schowkach nad głową torby z zakupami ze strefy bezcłowej. Jedna z dziewczyn przeszukiwała więc swoją strefę samolotu, jak zawsze, rutynowa dla nas czynność. Zerknęła do kolejnego ze schowków nad głową i stanęła w osłupieniu. W białym kocyku spało sobie niemowlę... Słyszałam już, że ktoś kiedyś dziecka zapomniał, ale co ono robiło w schowku nad głową?? Dziewczyna przecierając oczy zadawała sobie pytanie, czy widzi to, co widzi, kiedy to wbiegł roztrzęsiony ojciec, trzymając się za głowę i krzycząc "Baby! Baby! Baby!" Okazało się, że tatuś podróżował z siedmiorgiem (!!!) dzieci. Po wylądowaniu, chcąc zabrać torby ze schowka, położył tam na chwilę niemowlę, żeby zwolnić ręce, wziął torby, zgarnął resztę dzieci i udał się do wyjścia. Na szczęście tuż po wejściu do terminalu zorientował się, że liczba dzieci się nie zgadza i biegiem zawrócił. Mam tylko nadzieję, że w międzyczasie reszta dzieci mu się nie rozproszyła po lotnisku. 
A niektórym ludziom się wydaje, że podróżowanie z jednym dzieckiem jest uciążliwe.

#4 Grunt to przygotowanie
Bariera językowa wcale nie musi być przeszkodą w podróżowaniu. Na pokład jednego z lotów przez Atlantyk weszła kiedyś stara kobiecinka z Indii, z tekturową tabliczką na lince przewieszonej przez szyje, która mówiła "Nie mówię po angielsku. Proszę o danie wegetariańskie i sok jabłkowy". Było to urocze, ale niepotrzebne. Loty do stanów zawsze w 80% wypełnione są pasażerami narodowości indyjskiej (za to z paszportami z wszystkich innych krajów, tylko nie z Indii), więc zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże przetłumaczyć.



czwartek, 2 lipca 2015

Jak to się można zaplątać

W gazetach i telewizji trąbią o problemie Grecji. Kraj prawie bankrutuje, banki pozamykane, a każdy mieszkaniec może wypłacić z bankomatu dziennie 60 euro. Pieniędzy na koncie może być więcej, ale i tak nie da rady ich pobrać. Podobna sytuacja spotkała mnie ostatnio, kiedy udałam się do Nowego Jorku.

Długo się naprosiłam o lot do NYC. Próbowałam aż kilka miesięcy. Mój grafik jest zawsze pełen lotów 39/40 i 3/4, co oznacza Paryż i Londyn. Dlatego lot do Stanów miał być miłą odmianą. Poza tym w czerwcu pogoda powinna być już całkiem przyjemna. Od razu pojawił się pomysł, żeby wjechać taras obserwacyjny na nowej wieży One World Trade Center. Budynek został oddany do użytku już jakiś czas temu, ale dopiero niedawno udostępniono taras na setnym piętrze dla turystów. Oprócz tego miałam "misję", żeby znaleźć pewną książkę dla brata. Jak o tym usłyszała moja niespełna pięcioletnia bratanica, też poprosiła o książkę z USA, do tego o Nowym Jorku. Oczywiście dumna ciocia wzięła sobie prośbę do serca, więc stało się to moim priorytetem wyjazdu.

Lot był męczący, ale w inny sposób, niż to bywało kiedyś. Po ośmiu miesiącach pracy w Airbuse A380, żaden inny lot pod kątem pracy nie jest mi straszny. Nawet przy pełnym obłożeniu w Boeingu będzie łatwiej niż w moim kolosie. Dla porównania w Boeingu mamy 2 kuchnie, 8 osób z załogi na 42 pasażerów. W Airbuse jest 1 kuchnia, 6 osób z załogi, a pasażerów 48. Oczywiście mowa o biznes klasie. Uwierzcie mi, robi to wielką różnicę. Dlatego teraz męczył tylko kilkunastogodzinny czas lotu. Ale za to z pokoju hotelowego widziałam w oddali wysokie wieżowce Manhattanu, zapraszające mnie do siebie. Nad całym Nowym Jorkiem wisiały ciężkie chmury, ale i tak miałam nadzieję, że prognozy pogody zapowiadające deszcz się mylą. 



Niestety, rano już nie mogłam dostrzec wieżowców ze swojego pokoju. Zachmurzenie było na tyle gęste, że nie dało się nic wypatrzyć. Do tego nieustający deszcz tylko zmieniał swą intensywność. Tyle z mojego czerwcowego spacerowania po Nowym Jorku. Buty miałam niestety takie, że momentalnie by przemokły. Mogłam sobie równie dobrze wyjść na boso. Ale chwileczkę, przecież poza zwiedzaniem miałam jeszcze książkową misję do spełnienia. Deszcz, nie deszcz, brata i bratanicy nie mogę zawieźć. 

Żeby dostać się z naszego hotelu do miasta, trzeba przejechać przez dzielnice Queens i Brooklyn, więc co najmniej dwa środki transportu są wymagane. Prawie na każdej stacji metra można za bilet zapłacić kartą, ale w autobusie już trzeba gotówką, do tego odliczoną. Słowem, żeby się ruszyć z hotelu trzeba mieć dolary w kieszeni i to rozmienione na drobne.

Katarski bank, w którym mam konto, w celu ochrony konsumentów i ich pieniędzy, wprowadził blokadę kart płatniczych na niektóre kraje. Wśród nich znajdują się też Stany Zjednoczone. Karta płatnicza nie będzie działać w tym kraju ani w bankomatach, ani przy płatnościach bezgotówkowych, o ile nie zadzwoni się wcześniej do banku i nie odblokuje tej funkcji na kilka dni. Ja, kursująca ostatnio między Londynem i Paryżem, zapomniałam tego zrobić. Przypomniało mi się już na miejscu, ale myślałam, że nie będzie to stanowiło problemu. Na sytuacje awaryjne z moją katarską kartą, mam zawsze w zanadrzu kartę do polskiego konta, z którą nigdy nie ma problemów. 

Po śniadaniu zjechałam więc ze swojego szóstego piętra do holu, gotowa do wyjścia. Plan dnia bardzo prosty, wycieczka do księgarni i z powrotem. Podchodzę do bankomatu, sprawdzam na wszelki wypadek kartę katarską, ale ta zgodnie z oczekiwaniami nie działa. Wyciągam więc pewnie kartę polską i ku mojemu zaskoczeniu również dostaję odmowę. Dzień wcześniej płaciłam nią w sklepie, więc spodziewałam się, że i w bankomacie zadziała. Niestety, tu zaczęły się schody. Trzeba się skontaktować z bankiem w Doha. Połączenie z katarskiej komórki ze Stanów kosztuje 17QR/min. Telefon miałam na tyle doładowany, że starczyłoby mi tylko na jedną minutę rozmowy, a wiadomo, jak się z bankiem rozmawia: przez pierwszą minutę słucha się reklamy i automatu, później przez kolejną odpowiada się na pytania, żeby potwierdzić, że jest się właścicielem konta. Poprosiłam więc swojego partnera w Doha, żeby zadzwonił do banku z prośbą o skontaktowanie się ze mną. Za rozmowę przychodzącą płaci się 2,5QR/min, więc z tym już sobie poradzę. Poza tym kiedyś już robiliśmy taką akcję, chyba nawet też z hotelu w Nowym Jorku, więc powinno pójść sprawnie. Wróciłam do swojego pokoju po moje katarskie ID, którego numer trzeba podać przy identyfikacji. W końcu zadzwonił do mnie niezadowolony pan z banku, który odblokował kartę, a na koniec rozmowy rzucił gburowato, żeby nikt inny więcej nie dzwonił do banku w moim imieniu. 

Schodzę na dół, czekam wskazane 10 minut, próbuję z bankomatem - odmowa. Ok, może muszę poczekać dłużej. 20 min... 30 min... odmowa. 45 min... 60 min... odmowa. Podchodzę do recepcji z prośbą o połączenie z bankiem w Katarze. Ale pani odsyła mnie do pokoju, ponieważ rozmowa musi być doliczona do mojego rachunku. No dobrze, wracam więc do pokoju i dzwonię. "PLEASE HANG UP" ("proszę odłożyć słuchawkę") pojawia się na wyświetlaczu telefonu, kiedy wybieram numer. W takim razie dzwonię na recepcję, żeby zapytać co jest grane, ale nikt nie odbiera.

Poirytowana, schodzę na dół po raz kolejny. podchodzę do tej samej babki przy recepcji i mówię, w czym problem. Ona wybiera numer do banku ze swojego telefonu, po czym odkłada słuchawkę i mówi, że wyśle kogoś do mojego pokoju, żeby sprawdzić telefon. No to pytam, czy problem jest z samym aparatem telefonicznym, czy z połączeniem z Katarem, ale słyszę po raz kolejny "zaraz wyślę kogoś do pani pokoju". Zaciskam zęby, bo nie lubię być zbywana w ten sposób. Upewniam się, że na recepcję dzwoni się z pokoju wciskając "0" na telefonie, zaznaczam, że zeszłam, bo nikt nie odbierał, na co dostałam tylko grymaśny uśmiech w odpowiedzi. Wracam więc na górę i czekam na specjalistę od telefonu. Ten przychodzi po 10 minutach, grzebie coś przy aparacie, po czym stwierdza, że nie działa. Próbuje coś majstrować, aż w końcu dzwoni na recepcję, żeby sprawdzić, czy nie ma jakiejś blokady. Okazuje się, że jest, bo pokoje mamy rezerwowane przez firmę, a nie osobę fizyczną, przez co nie ma do rezerwacji dopisanego numeru karty kredytowej, jako zabezpieczenie. Blokada na moją prośbę zostaje zdjęta. Dziwię się tylko, dlaczego nie powiedziano mi tego od razu na recepcji, kiedy opisałam swój problem z rozmową wychodzącą, ale w odpowiedzi znów dostaję grymaśny, przepraszający uśmiech od pana montera. Może to taki ich znak firmowy w tym hotelu. Wybieram numer, po drugiej stronie automat: "Numer przez ciebie wybrany nie został rozpoznany". Monter tylko wzruszył ramionami, powiedział, że muszę dalej próbować, bo chyba mam zły numer i poszedł. Próbowałam jeszcze kilka razy, ale bez skutku. No to dzwonię z komórki, może zdążę w minutę. Ale zdążyłam tylko wybrać język angielski, wcisnąć "0", żeby połączyć się z konsultantem i zostałam rozłączona. W banku chyba jednak odnotowano próbę kontaktu, bo oddzwonili do mnie po chwili. Szybko wytłumaczyłam, w czym problem. Że miało działać po 10 minutach, a tu godzina minęła i nic. Zaznaczyłam też, że jestem już w Stanach, więc nie mogę dzwonić do nich co 5 minut. Zdziwiony operator zapytał w jakim jestem mieście, odpowiadam więc, że w Nowym Jorku i tuuuut.... tuuuut.... tuuuut... Skończyły mi się kredyty na komórce. O losie złośliwy!

Schodzę na dół, bo w sumie zdążyłam powiedzieć o co chodzi, więc może sami z siebie problem naprawią. Ale gdzie tam. Pół godziny i dalej nic. Wracam na górę i próbuję po raz kolejny dzwonić ze stacjonarnego telefonu w pokoju, ale "numer przez ciebie wybrany nie został rozpoznany". Trudno. Już miałam się poddać, już zaczęłam szukać książki online. Po Nowym Jorku miałam zamiar lecieć do Polski na krótkie dwa dni. Ale o ile brat zrozumie, dlaczego książki nie przywiozłam i poczeka do następnego razu, o tyle bratanica może być zawiedziona. A kilkuletniemu dziecku nie będę przecież opowiadać o swoich przejściach z kartą do bankomatu. Poprosiłam więc partnera o jeszcze jedną przysługę. Kupił w Doha doładowanie karty za 100QR, przesłał mi numer, żebym spokojnie mogła się z bankiem rozmówić. Okazało się, że za pierwszym razem kartę odblokowano mi tylko na płatności bezgotówkowe, a nie na wyciąganie gotówki z bankomatu. Pan zapewnił, że tym razem na pewno będzie działać.

Schodzę po raz kolejny. Mój dzisiejszy dystans pokonany windą w górę i w dół chyba już równa się temu tarasowi obserwacyjnemu na setnym piętrze One World Trade Center. Biorę głęboki oddech przed bankomatem, wciskam co trzeba i czekam z zapartym tchem, aż w końcu słyszę charakterystyczne "trrrrrrrrrrr", kiedy to maszyna segreguje pieniądze. Uff... udało się... Z gotówką w ręku i trzygodzinnym opóźnieniem ruszam do miasta. 

Czasu już było niewiele, udałam się więc prosto do księgarni. Znalazłam to, czego szukałam, więc zadowolona mogłam wrócić do hotelu. Po drodze postanowiłam chociaż z zewnątrz zerknąć na wieżowiec, o którym wcześniej myślałam. Ten od połowy był ukryty w chmurach, co też było niesamowitym, widokiem. A skoro już byłam tak blisko, postanowiłam podejść też do zbiegu dwóch ulic, Wall Street i Broadway. Dwie typowo nowojorskie tabliczki w jednym miejscu.

Księgarnia Bookstore


One World Trade Center


Giełda Papierów Wartościowych w Nowym Jorku - Wall Street

Ten pobyt w Nowym Jorku był jednocześnie krótki i intensywny. Chyba będę musiała się postarać o kolejny. Plotki chodzą, że w sierpniu przenosimy się do innego hotelu, bliżej centrum, więc może w końcu wizyta w mieście nie będzie wielką wyprawą. 


środa, 10 czerwca 2015

Ciężar miłości

Czego się nie robi dla/z miłości. Kiedy wszystko dookoła wydaje się być różowe, inne sprawy przestają być takie ważne, a zamiast stąpać twardo po ziemi, unosimy się lekko ponad nią, zapominając o całym bożym świecie. Albo już później, kiedy zaczynamy myśleć trochę bardziej racjonalnie, planujemy przyszłość ze swoim wybrankiem/wybranką i nie wyobrażamy sobie, żeby tej osoby mogło przy nas nie być. Robimy wszystko, żeby już zawsze było tak, jak jest teraz. Jesteśmy nawet w stanie uwierzyć, że zapięcie kłódki z naszymi imionami i wyrzucenie kluczyka nam w tym pomoże.

Nie wiem, gdzie narodził się ten zwyczaj, znalazłam różne wersje. Jedną z nich są starożytne Chiny. Dziś w każdym większym mieście można znaleźć miejsce, do którego ciągną zakochani, żeby zapieczętować swój związek. Brookliński Most w Nowym Jorku, Bell Tower w Perth w Australii, Kładka Bernatka w Krakowie, ale gdzież lepiej zostawić dowód swojej miłości, jak nie w mieście zakochanych - Paryżu.





Przewodniki turystyczne albo też wyszukiwarki internetowe odsyłają w pierwszej kolejności do mostu Pont des Arts, łączącego Luwr z Instytutem Francuskim, ale ja spacerując przy katedrze Notre Dame, wzdłuż Ile de la Cite - wysepki znajdującej się na Sekwanie - dotarłam do mostu Pont de l'Archeveche. A tam barierki mostu obsypane kłódkami. Jedna zawieszona niemalże na drugiej. Małe, duże, o różnych kształtach, z wygrawerowanymi imionami lub zwyczajnie pomazane markerem. Znalazłam nawet blokady do rowerów zapięte na moście (im większy zamek, tym większa miłość?). Nie widać żadnego prześwitu, ani milimetra wolnej przestrzeni pomiędzy nimi. Ciekawe jak wygląda dno rzeki w tym miejscu - całe usiane kluczykami. Jak to się stało, że drugi most został cały "oblepiony" symbolami niezerwanej miłości? Wyczytałam, że w 2010 roku władze Paryża usunęły kłódki z Pont des Arts po tym, jak dwie części balustrady nie wytrzymały ciężaru kłódek (albo wyznań miłości w nich zawartych) i runęły znienacka do wody. Dla bezpieczeństwa usunięto więc wszystko. Wtedy to turyści i mieszkańcy Paryża zaczęli przychodzić na inny, wspomniany już przeze mnie most Pont de l'Archeveche. Ale długo nie trzeba było czekać, żeby oryginalne miejsce kłódek znów się zapełniło. W końcu balustrady obu mostów pokryły się złoto-miedzianymi ciężarkami. Władze miasta ponownie zaczęły walkę. Najpierw grzecznie, poprzez promowanie innych czynności. Zamiast wieszania kłódek, proponowali zakochanym zrobienie selfie na moście. W pewnym sensie się to udało, bo ludzie najpierw wieszali kłódki, a potem robili sobie z nimi zdjęcie. Ale władzom chyba nie o to chodziło. Podjęto więc inne działania. Rozstawiono znaki w kształcie serca i naklejki na chodnikach, które przyjaźnie informowały turystów, że mosty nie są w stanie wytrzymać więcej gestów miłości. Zakryto balustrady planszami, na których wymalowano graffiti. Ale i to nie powstrzymało zakochanych. Kiedy zabrakło miejsca, kłódki wieszano na innych kłódkach, zawsze w jakiś sposób odnajdując dostęp. Rok temu po raz kolejny ponad 2m balustrady zawaliły się, przytłoczone ciężarem. Na szczęście nie wpadły do wody, tylko do wewnątrz. Codziennie po Sekwanie przepływa wiele statków i stateczków z setkami turystów na pokładzie. Gdyby taka balustrada spadła im na głowy, to dopiero odczuliby ciężar czyjejś miłości. Ostatecznie, podczas jednej z moich ostatnich wizyt w Paryżu na początku czerwca, lokalne stacje i gazety trąbiły o tym, że właśnie zaczęto wielkie oczyszczanie mostu Pont des Arts. (zdjęcia z oczyszczania mostu - ze strony theguardian.com).  





Ponad milion kłódek ważących 45 ton usunięto z mostu razem z barierkami. Mieszkańcy proponują, żeby je przetopić na jakiś pomnik zakochanych, ale ostateczna decyzja jeszcze nie została podjęta. Znalazł się też jeden człowiek, Phileas Fiquemon, który próbował niektóre kłódki "ocalić". Zbierał stare klucze i za ich pomocą próbował otworzyć jak najwięcej zamków. Zebrał w ten sposób kilkaset kłódek, a teraz szuka ich właścicieli przez internet. Nie do końca jestem przekonana co do trafności jego decyzji. Jeśli już para uwierzyła, że zamknięcie kłódki i pozbycie się klucza zapieczętuje ich miłość, to co się na myśl nasuwa, jeśli jakiś obcy facet tą kłódkę otworzył? No właśnie.. Brawo, panie Phileas...

A Pont de l'Archeveche dalej stoi sobie obsypany...