obraz

obraz
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nepal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nepal. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Serce się kraje...

... kiedy czytam o tym, co wydarzyło się w Nepalu. Za każdym razem liczba ofiar jest większa, dziś padła już liczba 3700...

Wiadomo, że każda tragedia zabierająca setki, tysiące żyć, uderza w nas z mocną siłą. W mediach grzmi, na serwisach społecznościowych pojawiają się amatorskie nagrania, coraz więcej zdjęć. I co mnie zdziwiło, negatywne komentarze. Wiem, że taka natura ludzka, że chcemy znaleźć winnego każdego nieszczęścia. A kiedy winnym są zjawiska naturalne, to przyczepiamy się do czegoś innego: a że sejsmolodzy spodziewali się trzęsienia, ale nic nie zrobili, a że winne nepalskie prawo spadkowe, które ziemię po ojcu dzieli równo między dziedziczących synów, którzy mając ograniczone miejsce, budują liche, ale wysokie domy. A to że himalaiści sami się prosili wspinając się na Everest, albo że owi himalaiści są tylko rozpieszczonymi, bogatymi turystami, którzy płacą ciężkie pieniądze, żeby zrobić sobie "selfie" na szczycie. Nie teraz to osądzać. Każdy ma prawo do swojego zdania, ale to nie jest dobry czas, żeby obrzucać się opiniami.

Na szczęście świat zareagował szybko. Państwa i organizacje wysyłają grupy ratownicze, transporty z żywnością, wodą i lekami. Niestety przysłowie "Biednemu zawsze wiatr w oczy" sprawdza się tu idealnie. Nepal jest na tyle biednym krajem, że taka tragedia jest naprawdę dramatyczna w skutkach. Szpitale są przepełnione, kończą się leki, operacje przeprowadzane na parkingach. Mało tego, nie ma wystarczającej ilości miejsc w kostnicach na przetrzymywanie zwłok. Według raportu WHO (World Health Organization) z 2011 r. w Nepalu na 10 tys. obywateli przypada 50 łóżek szpitalnych i ok. dwóch lekarzy.

Zabytki - wielu powie, że nie istotne są teraz budynki, najważniejsi są ludzie. Owszem, zgadza się. Ale turystyka jest ważnym źródłem dochodu tego kraju, więc na pewno i tej sferze trzęsienie ziemi nie odbije się bez echa. Niektóre świątynie posypały się, jak domki z kart. Plac Dubar Square wygląda, jak plac wojny. Nie będę tu wrzucać zdjęć po trzęsieniu, od których roi się teraz w wiadomościach i w internecie. Popatrzcie za to jeszcze raz na budynki, które tworzyły niezwykły obraz tutejszej kultury, a które teraz pozostaną jedynie na zdjęciach i w moich wspomnieniach.. 







Niejednokrotnie przy okazji takich kataklizmów słyszy się od pojedynczych osób: "A co ja sam mogę zrobić, żeby pomóc? Nic!". I bardzo miłym zaskoczeniem jest fakt, że jednak znajdują się takie osoby, które temu przeczą. W grupie na Facebooku, gdzie zazwyczaj wymieniamy się informacjami dotyczącymi lotów, pojawiły się ogłoszenia od osób, które niedługo będą obsługiwać lot do Katmandu i zabierają w swojej walizce żywność paczkowaną, lekarstwa, środki czystości, itp. Niewiele tego zmieści się do jednej walizki, ale zawsze te kilka osób z tego skorzysta. Z kolei inne osoby zaalarmowały, że pracownik jednej z pralni chemicznych, do której spora część załogi regularnie oddaje mundury do czyszczenia, czy też zaprzyjaźniony nepalski taksówkarz, zostali dotknięci tą tragedią i stracili dom, czy krewnych w Katmandu. Życzliwe osoby pomagają im więc zebrać pieniądze dla rodziny oraz na bilet do domu. Takich gestów jest coraz więcej. Dla tych, którzy mogą/chcą pomóc w większej skali, Polska Akcja Humanitarna organizuje zbiórkę pieniędzy na pomoc dla Nepalu. Co się stało, to się nie odstanie, ale po raz kolejny możemy udowodnić, że jesteśmy ludźmi i umiemy sobie pomagać.



czwartek, 8 stycznia 2015

Powrót do Nepalu

Od początku nowego roku nie odbyłam jeszcze ani jednego lotu z mojego grafiku. Nie oznacza to, że w ogóle nie latam. Mój grafik zmienia się z dnia na dzień. W ostatni dzień grudnia dostałam telefon, że zmieniają mój Bangkok na Londyn 2 stycznia, o ile się zgodzę. Nie robiło mi to żadnej różnicy, byleby 1 stycznia pozostał wolny, bo miałam już plany. W Nowy Rok uraczono mnie telefonem o godzinie 8 rano, oczywiście wyrywając mnie ze snu, z prośbą, czy zgodzę się na lot do Londynu dzisiaj rano, bo potrzebują kogoś na A380. Zasada jest taka, że jeśli to mój dzień wolny, to mogę się nie zgodzić. Ale że ciągle byłam zaspana, zgodziłam się myśląc, że lot jest wieczorem. Dopiero kiedy porządnie otworzyłam oczy i zalogowałam się do systemu, żeby sprawdzić zmiany w grafiku, zobaczyłam, że mam tylko dwie godziny. No nic, rok 2015 zaczynamy od wyzwań. Po powrocie z Londynu i jednym dniu odpoczynku, sytuacja powtórzyła się. Tym razem o 5.30 rano dostaję telefon, gdzie błagalny głos po drugiej stronie słuchawki prosi, żebym zgodziła się lecieć do Paryża, bo brakuje im załogi na A380. Taki urok mojej pracy. Przepadły mi dwa loty do Bangkoku, mam nadzieję, że trzeciego nie ruszą.

Ale teraz czas opowiedzieć o ostatniej podróży zeszłego roku. Nepal.

Do Katmandu wróciłam po prawie trzech latach. Pamiętam swoje pierwsze wizyty w tym mieście. Pierwsze miesiące latania, więc zwiedzałam wszystko jak szalona. Podczas dwóch wypadów zobaczyłam sporo miejsc sugerowanych przez wszystkie przewodniki. Dlatego zastanawiałam się, co ja będę robić tym razem. Czasu na przygotowanie było niewiele, bo zmiana w moim grafiku pojawiła się na dwa dni przed lotem. Zaczęłam więc szukać czegoś w internecie. Wyszukałam godzinny lot nad Himalajami - zwiedzanie z pokładu małej awionetki, która lata wokół Everestu niczym mucha wkoło nosa. Niestety, nie pasowały mi godziny, bo loty odbywają się wyłącznie między godziną 6-8 rano, a ja lądowałam w południe. I może nawet lepiej. Los podjął za mnie decyzję. Nie do końca jestem przekonana co do bezpieczeństwa podczas takiego zwiedzania, a i cena ponad 200$ jest spora, jak na godzinną wycieczkę. Szukałam więc dalej. Nepalskie biura turystyczne oferują przeróżne atrakcyjne wypady dla turystów. Jednak wszystkie wymagają większej dyspozycyjności, niż tylko 24 godziny. Wycieczki trekkingowe trwają od kilku do kilkudziesięciu dni. A biorąc pod uwagę moją pozostawiającą wiele do życzenia kondycją (która dała o sobie znać na Murze Chińskim), to może nawet i lepiej. Znalazłam więc klasztor Buddystów poza miastem, gdzie można uczestniczyć w życiu codziennym mnichów. Ale znowu kursy, czy medytacje, w których można brać udział, trwają kilka dni. Są możliwe wizyty jednodniowe i na przykład rozmowy i dyskusje na temat Buddyzmu, ale z kolei te odbywają się od poniedziałku do piątku, a ja miałam do dyspozycji tylko niedzielę. Postanowiłam się wybrać w miejsca, które odwiedziłam 3 lata temu. Z nowym aparatem i innym spojrzeniem na świat może złapie się coś nowego. Ku mojemu zaskoczeniu, cała załoga sześcioosobowa postanowiła wybrać się razem. Zwykle to bywa zdradliwe, bo gdzie sześć osób, tam siedem pomysłów na to gdzie iść i co zobaczyć w tym samym czasie. Ale tym razem sama nie miałam konkretnego celu, a i grupa okazała się zgrana i pozytywna. 




Wzięliśmy sprawdzone już przeze mnie taksówki hotelowe, które miały nas wozić przez 4 godziny. Zaczęliśmy od Świątyni Małp Swayambhunath. Przy wejściu kasa z biletami: kraje SAARC 50 NRP, pozostałe kraje 200 NRP. (SAARC - Południowo Azjatyckie Stowarzyszenie na rzecz Współpracy Regionalnej; Afganistan, Bangladesz, Bhutan, Indie, Malediwy, Nepal, Pakistan, Sri Lanka). Najpierw bilet kupuje koleżanka z Indii, 50 NRP. Potem podchodzę ja i mówię, że też jestem z Indii, ale nie wiedzieć czemu, nie przeszło. 

Turyści mieszają się tu z ludźmi, którzy przyszli tu oddać się modlitwom. Dźwięki z płyty z muzyką do medytacji mieszają się ze śpiewami grupy ludzi spacerującej dookoła świątyni. Kolorowe flagi z modlitwami porozwieszane pomiędzy drzewami, nadają temu miejscu uroku, a góry w tle tylko dopełniają obrazu. Jeśli macie listę dalekich miejsc do zobaczenia, to Nepal zdecydowanie powinien się na niej znaleźć. 















Spacerowaliśmy pomiędzy kramikami, a tysiące par oczu przeróżnych masek, figurek i przeganiaczy złych duchów wodziły za nami wzrokiem. Z kolei właściciele kramików zachęcali nie tyle do kupna, co do targowania się, zaczynając oczywiście od wygórowanych cen. Między nogami leniwie przechadzały się wychudzone psy, a na każdym kroku można było spotkać wszędobylskie małpy. Nie robią one na mnie już takiego wrażenia, jak kiedyś. Poza tym te nepalskie wyglądają jakoś tak mniej przyjaźnie, niż na przykład te przy Jaskiniach Batu w Malezji. Czerwone pyski (i nie tylko pyski), niekończące się zaczepki, na szczęście tylko pomiędzy osobnikami tego samego gatunku. Od czasu do czasu któraś małpa się na przechodzącego psa zdenerwowała, ale obeszło się bez większych awantur. A temu wszystkiemu przyglądają się oczy Buddy wymalowane na czterech stronach stupy.











Wszyscy zrobiliśmy się bardzo głodni, więc postanowiliśmy udać się do centrum miasta, Durbar Square. Plan był taki, że najpierw coś zjemy, a później zaczniemy zwiedzać świątynie dookoła. Znaleźliśmy wąskie drzwi, na których widniał obiecujący napis "Restauracja na dachu, z widokiem na miasto". W krajach takich jak Nepal, czy Indie standardy są zupełnie inne, więc wszyscy byliśmy ciekawi, jak to będzie wyglądało. Wspięliśmy się po schodach, po drodze mijając sklepiki z dywanami, paszminowymi szalami i kaszmirowymi swetrami, od których roi się w Nepalu. Na kolejnym piętrze znajdowała się kuchnia restauracji. Na jeszcze wyższym - sala ze stolikami, a jeszcze jedno piętro wyżej - obiecany taras. Rzeczywiście widok na miasto i wszystkie świątynie dookoła był ciekawy. Ulice ciągle jeszcze były zapełnione tłumami ludzi. Jednak słońce schodziło coraz niżej i robiło się coraz chłodniej. Zeszliśmy więc piętro niżej, żeby zjeść w ciepłym pomieszczeniu. Po obiedzie zrobiliśmy tylko krótki spacer po okolicy, bo zrobiło się już zupełnie ciemno.











W drodze powrotnej, dzięki uprzejmości załogi z kokpitu, nie musiałam wciskać telefonu w małe okienko na drzwiach, żeby zrobić kilka zdjęć. Miło było wrócić do Katmandu po tak długim czasie. Świat jednak się nie zmienia tak szybko, przynajmniej w niektórych zakątkach na ziemi. I całe szczęście.






Album ze zdjęciami z Katmandu
Katmandu, Nepal 28-29.12.2014

czwartek, 15 marca 2012

Nepal po raz trzeci


Trzeci pobyt w Katmandu postanowiłam przeznaczyć na zakupy. Miałam do zrealizowania zamówienie od koleżanki na 4 szale z pashminy, a i dla siebie chciałam coś znaleźć. Lot w tamtą stronę był w porządku, urzędowałam sobie w kuchni, a na pokładzie była jeszcze jedna Polka, do tego moja sąsiadka z naprzeciwka. Po dotarciu do hotelu okazało się, że nie mają wolnych pokoi, które zawsze przeznaczali dla naszej załogi, więc muszą dać nam apartament! :D A jak zobaczyli, że dwie dziewczyny są z tego samego kraju, to dali nas do jednego. Apartament - bajka! Przede wszystkim ogromny, z wielkim salonem połączonym z jadalnią. Dwie duże sypialnie i ze cztery małe. Łazienek w bród. Za oknem basen, wejście osobne, bo budynek odseparowany od reszty hotelu. Przed wejściem Budda i jakieś inne złote lwy. Luksus! Gdyby tylko zamiast tego telewizora kominek był... ale chyba nie można przesadzać ;)






Tak się Martyna pławi w luksusach ;)

Wybrałyśmy się na obiad na miasto, to znaczy w okolice hotelu. Samochodów, skuterów, motorów - masa, jak to w Katmandu. Kiedy w końcu wśród sklepów z meblami, dywanami i lodówkami znalazłyśmy w końcu jakąś restaurację, która do tego miała wywieszony na szybie bardzo obiecujący napis "free WiFi", zdecydowałyśmy się wejść. Miejsce bardzo ciekawe, bo w podwórku, oddzielone od hałaśliwej ulicy, trochę zieloności dookoła stolików, a nad głowami... suszą się jeansy :D Jak zaczęli przyrządzać nasze potrawy, to w powietrzu zaczęły się unosić kawałeczki... czegoś... nie wiem, jakby palonej gazety. Ale jakby nie było dookoła, jedzenie na gorącym, jeszcze skwierczącym półmisku, było przepyszne. No i WiFi faktycznie było :D 




Po jedzonku zadowolone przeszłyśmy spacerkiem jedną z ulic, gdzie co kawałek można było zobaczyć a to dzieci idące w mundurkach ze szkoły, a to kozę, a to panią ubraną w tęczowe hinduskie sari, palącą kadzidła i robiącą papkę z kwiatów i kto wie z czego tam jeszcze, którą później smarują po czole. Niestety ludzie krzywo patrzyli, jak tylko wyciągałam aparat, więc zrobiłam zdjęcie kozie :D Jest też "zlot" motocyklistów, a raczej pora na tankowanie na stacji benzynowej.






Na koniec quiz: kto policzy ile razy na filmiku słychać klakson? :D



Teraz przede mną urlop w Polsce. Walizka jeszcze nie spakowana, a za 4,5 h przyjeżdża po mnie taksówka. Nie spałam nic po locie z Katmandu, więc pewnie całą podróż w samolocie przekimam. A jutro przede mną długi dzień. Ale co tam! A bo to raz się było ponad 24h bez snu? Dam radę! No bo kto, jak nie ja!? ;)