obraz

obraz
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkolenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkolenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 października 2016

Zrobiona na szaro

Witam po przerwie wakacyjnej. Wyszła prawie, jak studencka, bo aż do października. Chyba przydałby mi się ktoś do prowadzenia bloga. Albo ktoś, kto parę razy w miesiącu posadzi mnie przed komputerem, otworzy stronę mojego bloga i położy ręce na klawiaturze. 

Sporo się ostatnio działo. Po 5 latach w przestworzach dostałam obiecywany od roku awans. Dwa lata w klasie ekonomicznej, trzy w klasie biznes i pierwszej, to teraz przyszedł czas na coś nowego. Dostałam szary mundurek, apaszkę na szyję i odpowiedzialność na barki. Z Cabin Attendant stałam się Cabin Senior. I teraz już moja 6-letnia chrześniaczka pyta "A kiedy szefowa przyjedzie?".

Szkolenie było bardzo ciekawe, bo oprócz całej tej papierkowej roboty, która doszła do moich obowiązków, mieliśmy też seminarium z inteligencji emocjonalnej (EQ). To nic innego, jak zdolność rozpoznawania uczuć własnych oraz uczuć innych. Może i brzmi banalnie, bo ktoś by powiedział "A co w tym trudnego, bardzo dobrze wiem, kiedy jestem wkurzony, a kiedy jest mi smutno!". Ale nie na samym rozpoznaniu wszystko się kończy. Świadomość swoich stanów emocjonalnych to dopiero pierwszy krok. Dochodzą do tego odpowiednia samoocena i samokontrola, panowanie nad tymi emocjami. Jak już uda nam się poznać samych siebie, to można przejść do kompetencji związanych z relacjami z innymi ludźmi: empatia, asertywność, perswazja, przywództwo i współpraca. A później jeszcze praca nad motywacją, zdolnościami adaptacyjnymi do zmian w otoczeniu oraz sumiennością. Nie chcę tu za dużo przynudzać, ale to naprawdę bardzo ciekawy temat. Wszystkim ciekawskim polecam poszperanie w Googlach.


Pierwsze "selfie" w nowych kolorach.

Trzy lata pracy w biznes i pierwszej klasie, gdzie wszystko mogłam już robić wręcz z zamkniętymi oczami. A tu teraz trzeba wyjść ze swojej komfortowej strefy i znowu rzucić się na trochę głębsze wody. W katarskich liniach lotniczych są dwa stopnie szefowej pokładu: CS - Cabin Senior oraz CSD - Cabin Service Director. W samolotach szerokokadłubowych (czyli takich, które mają dwa przejścia pomiędzy rzędami foteli) są obie szefowe podczas każdego lotu. Natomiast w wąskokadłubowych, czyli takich z jednym korytarzem po środku - jest tylko jedna CS, która czuwa nad resztą sześcioosobowego zespołu. I tak już od miesiąca mam nową fuchę. Oczywiście pierwsze loty były stresujące, bo głowa była naładowana samymi nowościami. Wszystko poznałam w teorii, teraz przyszedł czas na praktykę. W moim grafiku zaczęło pojawiać się sporo lotów turnaround, czyli takich, gdzie po godzinie na lotnisku wracamy do Doha jeszcze tego samego dnia. Ale dzięki temu mogę nabrać wprawy w organizacji całego lotu.

Wyzwanie jest dla mnie spore, bo nigdy nie byłam osobą, która pcha się na prowadzenie w tłumie, a raczej siedzi cicho i obserwuje. Co prawda w szkole podstawowej brałam udział we wszystkim, co możliwe: występy, apele, przedstawienia teatralne, taneczne, itp., ale już w liceum i na studiach zeszłam na drugi plan i dobrze mi z tym było. A tu teraz mi przyszło zaczynać każdy lot od przeprowadzenia briefingu, rozmowy z załogą. Mało tego, ta 15-minutowa rozmowa powinna zmotywować do działania i stworzyć pozytywną atmosferę wśród załogi. Przez pięć lat uczestniczyłam w takich briefingach i niejednokrotnie kwadrans wystarczył, żeby uśpić albo zniechęcić całą załogę. Każdy lot to nowa załoga, więc pierwsze wrażenie jest bardzo ważne. Ale i były takie loty, gdzie już po tych pierwszych rozmowach mówiło się "To będzie dobry lot!". I takie nastawienie chciałabym stworzyć u swojej załogi.

Do tej pory kiedy zdarzyła się sytuacja, którą ciężko było rozwiązać, biegło się do CS z prośbą o pomoc. Ich doświadczenie i wiele lat w zawodzie zawsze przynosiło jakieś rozwiązanie. Nieważne, czy pasażer był zły, bo mu nie smakował kurczak, czy ktoś niechcący wylał na niego wino, czy też po prostu nie podoba mu się samolot, którym leci. Zawsze znalazło się jakieś wyjście z sytuacji. Sam fakt, że szefowa pokładu przyszła z nim porozmawiać osobiście, już pomagał. To tak jak czasami w hotelu, czy restauracji niezadowoleni klienci żądają rozmowy z managerem. Albo w przypadku gdy trzeba udzielić pierwszej pomocy. Nieważne, czy przy zwykłym zemdleniu, czy w poważniejszych przypadkach, na przykład ataku padaczki, czy zatrzymaniu akcji serca. Wszystkie stewardessy są przeszkolone na takie ewentualności, ale w życiu różnie bywa. Jedni czują się bardziej pewnie, inni mniej. Jedni przejdą od razu do działania, a innych zamuruje na kilka sekund. Szefowej jednak już nie wypada się zawahać.

Od tej pory to ja będę tą osobą, do której inni przybiegną po pomoc. To na mnie będą patrzeć pytająco oczęta, które same nie mogą znaleźć rozwiązania. I to ja będę musiała znaleźć rozwiązanie na wszystkie sytuacje. No nie powiem, poprzeczka podniesiona zdecydowanie wyżej, niż do tej pory. Ale przecież o to w życiu chodzi, żeby stawiać przed sobą nowe wyzwania. Dlatego w głowie już rysuje się plan co do następnego kroku... ale do tego jeszcze sporo czasu.

A następnym razem opowiem o spotkaniu z niesamowitą publicznością w mojej szkole podstawowej, do której chodziłam wiele lat temu.



niedziela, 22 września 2013

Zielone na dziesiątej

Od treningu minął już miesiąc. Już od miesiąca pracuję w biznes i pierwszej klasie, zamiast ekonomicznej. Jak jest? O niebo lepiej! Myślałam, że nie da się już bardziej lubić swojej pracy. A jednak.

Nie raz po ciężkim locie tłumaczyłam sobie, że to jest cena za to całe podróżowanie i wszystkie inne zalety mojej pracy. Trzeba było swoje odpracować, żeby potem cieszyć się czasem wolnym. Zwłaszcza na trasach powszechnie wśród nas znanych, jako "ciężkie". Natomiast teraz żaden lot nie jest już taki straszny, nawet Indie, czy Bangladesz.

Praca jest zupełnie inna. Bardziej przypomina pracę w restauracji. Nie ma już papierowych podkładek pod tacę przed posiłkiem - jest materiałowy mini obrusik. Zamiast papierowych serwetek jest porządna serwetka z materiału, jaką w każdej dobrej restauracji kelner położy nam na kolana przed posiłkiem. My robimy tak samo. Żadnych plastików - chińska porcelana i srebrne sztućce. Do każdego klienta podchodzi się indywidualnie, w dłuższych lotach każdy je wtedy, kiedy chce, nie kiedy my tego chcemy. Lot można zacząć od kieliszka szampana, w pierwszej klasie kawior ossetra (drugi z najdroższych na świecie) z rosyjskimi blinami dostaje się na przystawkę. Do menu osobno dołączona jest obszerna karta win, natomiast czytając samo menu można sobie język połamać. Wszystko ą ę i bułkę przez bibułkę. Oto kilka przykładowych zdjęć z oficjalnej strony QA:






Do tego trzeba się odpowiednio przygotować. Dlatego dwutygodniowy trening skupia się wyłącznie na serwisie. Omawiany jest każdy szczegół, krok po kroku. Jak podchodzić, w którą stronę się obracać, w której ręce co trzymać, jak ustawiać rzeczy na stoliku. Trenowałyśmy nalewanie wina i szampana, bo robimy to nie cichaczem na zapleczu, tylko przed oczami pasażera, prezentując najpierw butelkę. Nawet talerz z jedzeniem ma swoje określone położenie: zielony dodatek (sałatka, warzywa) musi być na godzinie dziesiątej, a sos na piątej.

Na pewno robię więcej kilometrów na pokładzie, niż wcześniej. Prawie każdą rzecz przynosi się osobno, więc trzeba co chwilę biegać z kabiny do galley i odwrotnie. Ale koniec końców i tak jestem mniej zmęczona po całym locie, niż po pracy w klasie ekonomicznej. Dlatego zalecam wszystkim koleżankom po fachu cierpliwość. Awans na pewno nadejdzie, bo na każdego przyjdzie pora, a warto na niego czekać.

Czas jesienny to dla mnie czas treningów. Takie są wymogi, że niektóre szkolenia trzeba powtarzać co roku, inne co dwa lata. Dla mnie ten czas to wrzesień i październik, dlatego co chwilę w moim grafiku pojawia się "trening". Nie będę się o nich rozpisywać, bo kto by chciał słuchać o niebezpiecznych materiałach wnoszonych na pokład, o alarmach bombowych, porwaniach samolotów, właściwej komunikacji, wymogach, bla, bla, bla. Zamiast tego pokażę wam reklamę, która wyszła ostatnio w związku ze wsparciem FC Barcelony przez nasze linie lotnicze.


A swoją drogą ciekawe to, że stewardessa z filmiku reklamowego wszędzie chodzi w pełnym umundurowaniu, z torebką włącznie :)

piątek, 10 lutego 2012

B777 - zaliczone!

Jestem już po treningu Boeinga - B777. Do mojego koszyczka doszły dwa samoloty, które już polubiłam. To większe maszyny, na większą ilość pasażerów, a i kuchni  jest więcej. Jednak w tym przypadku funkcja Galley Operator nie pozwoli „zaszyć się” w kuchni i robić swoje. Nie dość, że trzeba wykonać swoje obowiązki na czas, podgrzać posiłki, załadować na wózki, przygotować wszystkie inne związane z tym pierdoły, to potem jeszcze trzeba taki wózek wziąć i dawaj do kabiny. Tyle nam powiedzieli w teorii, ale w praktyce to nie wygląda tak źle.  Fakt, jak chcę przejść z końca samolotu na początek, to idę, idę, idę, idę, idę i końca nie widać. Ale za to mamy łóżeczka! Podczas lotów dłuższych niż 9:30 h załoga (16 osób) jest dzielona na dwie grupy. Każdej grupie przysługuje kilka godzin odpoczynku, w zależności od długości lotu. Na górnym pokładzie, do którego wchodzi się po krętych schodkach, znajduje się 8 łóżek, po cztery po każdej stronie. Kojarzą mi się one z kojami na żaglówce :) Kapitan i Pierwszy Oficer mają swój osobny „pokoik” na przedzie samolotu. Ale najbardziej z tego wszystkiego podoba mi się wyjście ewakuacyjne z tych dwóch pomieszczeń. Oczywiście, jeśli się da, to w razie zagrożenia trzeba uciekać po schodkach, tak samo jak się weszło. Ale jeśli coś przyblokuje drogę, to podnosi się materac, otwiera wyjście ewakuacyjne i wychodzi się przez… półkę na bagaże znajdującą się nad głową pasażerów :D

Mam już za sobą pierwszy lot Boeingiem. Ale przez godziny lotu i różnicę czasu (Guangzhou +8) w głowie mi się poprzestawiało. Jeszcze w Doha wszystko zaczęło się opóźniać. Dotarłam na lotnisko po północy, przeszłam briefing, jak zawsze i około godz. 1.00 powinniśmy udać się do samolotu. Dostaliśmy jednak informację, że maszyna jeszcze nie jest gotowa i musimy poczekać 15 min. I tak nas zwodzili co 15 minut, każąc czekać jeszcze więcej. Po godzinie 2.00 powiedzieli, że jeszcze godzina. Wszyscy już byli zmęczeni samym czekaniem i późną (wczesną?) godziną. W końcu nas wpuścili do samolotu, a zaraz za nami – podenerwowanych pasażerów. Lot do Guangzhou (albo Canton, jak kto woli) trwał ponad 7 godzin. Ale zanim po wylądowaniu dotarliśmy do hotelu, była już godzina 19 czasu lokalnego. Hotel robi niesamowite wrażenie, od środka wyglądał jak jakiś mały pałac. Do tego miał wspaniały ogród, chowający się pod skromną nazwą "Back Garden", a w którym można było stanąć pod wodospadem spływającym z wysokości 10 piętra! Pokój też niczego sobie, ze szczegółowo wyposażoną szafeczką w łazience, gdzie można było znaleźć wszystko: od szczoteczki do zębów i mini pasty, przez jednorazową kolarkę, grzebień, aż do patyczków do uszu. Wszystko nowe, zapakowane w osobny woreczek. Do tej pory widziałam podobną rzecz tylko w Hong Kongu.




Z powodu późnej godziny zwiedzania nie było, tylko wspólna kolacja. O dziwo, wyszło aż 9 osób, z kapitanem i pierwszym oficerem włącznie. Po kolacji kilka osób zostało jeszcze na jedno piwko w hotelowym barze. Po piwku ze zdziwieniem zauważyłam, że mija już ponad 30 godzin kiedy jestem na nogach, więc wypadało by się położyć. Umówiliśmy się na poranne wyjście na miasto. Niestety, 6 godzin snu po tak długim czasie to było za mało. Telefon z dzwoniącym budzikiem wylądował na podłodze, a ja przewróciłam się tylko na drugi bok. Kiedy w końcu nadrobiłam zaległości w spaniu, wyszłam z koleżanką przejść się po okolicy. Spacer był jednak krótki, bo do wyjazdu pozostało niewiele czasu. Na zwiedzanie Chin wybiorę się więc innym razem.






Podczas spaceru rozbawiła mnie jedna rzecz. Na ulicy zaczepił nas Chińczyk sprzedający filmy na DVD. Ze swoimi małymi oczkami i szerokim uśmiechem reklamował się bardzo dobrze, zapewniając, że wszystkie filmy są bardzo dobre i wszystkie w języku angielskim. Ponieważ były tanie jak barszcz, zaczęłyśmy je przeglądać. I ku mojemu zdziwieniu, oczom moim ukazała się okładka „Bitwy Warszawskiej” :D Kupiłam oczywiście ;) Zdążyłam już sprawdzić, może jakość nie jest najlepsza, ale da się oglądać. Język polski, bez żadnych chińskich dubbingów :) Jak na płytkę za 4 zł, to super! Czasami trzeba do Chin polecieć, żeby kupić polski film historyczny ;)


Trafiłyśmy do restauracji, gdzie odbywały się występy na żywo. Ale artystami byli kelnerzy i kucharze, którzy śpiewali i tańczyli przyodziani w białe fartuchy :)  Szkoda tylko, że cały performance był z dala od naszego stolika.

Do jedzenia zamówiłyśmy sałatkę z ziemniaków, tuńczyka i mięsa kraba :) Naprawdę pyszne! Dopiero jak przy wyjściu z restauracji zobaczyłyśmy te kraby żywe, trzymane w akwarium, to nam się przykro zrobiło. Ale że tak powiem, już po ptakach. Jako danie główne - wołowinka. A żeby było z nutką chińską - to z makaronem. Pałeczki poszły w ruch! Nawet nie takie to trudne :)







Kolejne miejsce na świecie odwiedzone. W tym miesiącu z wyjazdów z noclegami została mi tylko Europa: Londyn, Bruksela i Mediolan. A już za miesiąc - urlop!!! :)))


Album:
Guangzhou, Chiny 07-09.02.2012

niedziela, 16 października 2011

ART - ostatnia część szkolenia

Tyle czasu czekałam na obezwładnianie niegrzecznego pasażera, a tu taka lipa! Jeden chwyt, wykręcenie ręki do tyłu i posadzenie delikwenta na siedzeniu z kajdankami na rękach. Żadnego przerzucania, podcinania, nic! Nuda! Może to przez moje wcześniejsze treningi kung-fu, nastawiałam się na coś więcej, na mniej teorii, więcej praktyki. No ale trudno. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma ;)

Dzisiaj będzie króciutko, bo za chwilę mam zamiar przewertować wszystkie swoje notatki, żeby nie dać jutro plamy. Po godzinie 21 grzecznie do łóżeczka, bo o 4:00 pobudka! Albo nie, lepiej o 3:30, tak na wszelki wypadek. Trzymajcie kciuki, o 7:10 startuję (6:10 czasu polskiego). Szybki skok do Dubaju i z powrotem i przed południem będę już miała wszystko za sobą :)



Ok, coś ze mną nie tak. Chyba muszę usiąść i wziąć kilka głębokich wdechów. Ostatnie pół godziny wyglądało mniej więcej tak:
Trzeba przygotować się do jutrzejszego lotu. Biorę bluzkę, włączam żelazko, idę do kuchni i w międzyczasie wstawiam wodę. Siadam na chwilę do komputera, żeby zmienić muzykę. Idę do łazienki, ale po drodze potykam się o pusty wieszak - no tak! Bluzka! Wracam więc do prasowania. Ale co to ja miałam jeszcze zrobić? Wstawić wodę na makaron. No to skoro już jestem w kuchni, to powyciągam resztę składników na dzisiejszy obiad. Byle nie zapomnieć spakować kosmetyków do torby. Najlepiej od razu je schowam. Schowane. Nie, przecież rano się trzeba pomalować. Wyciągam. Żelazko! Nie wyłączyłam, szybko się poprawiam, bo z tym nie ma żartów. Kurcze, gdzie ten wieszak?! Dam głowię, że przed chwilą gdzieś tu był.. nie ważne. I tak zapasową bluzkę muszę złożyć w kosteczkę i schować do torby. Torba... bagaż... co, jeśli ktoś będzie chciał wejść na pokład z za dużym bagażem? No tak, wyjąć to, to i tamto, bagaż do cargo hold, przeprosić gościa i odprowadzić na miejsce. To co już spakowałam? Prawie nic, no to zaczynam. Nie, przecież miałam zjeść, kiszki mi zaczynają grać marsza, wrzucam w końcu ten makaron do wody. Ale czemu ta płytka jest taka biała? Czyżbym nie wytarła CIF-a po wczorajszym sprzątaniu? Muszę to przetrzeć, gdzie jest gąbka? W zlewie - pełnym naczyń - trzeba umyć oczywiście. Zaczynam więc mycie. Ale przecież miałam się pakować, czas ucieka. Idę do pokoju, po drodze myśląc, że dobrze, że podczas lotu do Dubaju serwujemy tylko ciepłe sandwiche z sokiem pomarańczowym. Lot do Egiptu będzie trochę dłuższy, więc tam oprócz śniadanie podajemy też lunch. Na szczęście bez baru. Żaden pasażer nie poparzy sobie gardła moją Bloody Mary z przesadzoną ilością Wooster Sauce. A może zamiast przepisowych dwóch kropel wlać tylko jedną? Ta pierwsza zawsze skapnęła jak należy, dopiero druga zamieniała się w mały strumień.. Paszport, żeby tylko nie zapomnieć! Schowam go od razu. Muszę mieć ze sobą jeszcze 5 innych dokumentów, bez których nie polecę. Wszystkie są, ok. Czemu ten makaron się nie gotuje?! Hmm, może dlatego, że nie włączyłam kuchenki. Na zimnej płytce jeszcze nic się nie ugotowało. Gaśnica - pre-flight check (co muszę sprawdzić w gaśnicy przed lotem):
1. Correct stowage and quantity, check validity.
2. Pressure gauge needle is in the green zone.
3. Black safety catch secured and sealed intact.
Ale było jeszcze coś, o co CSD zawsze pyta przed lotem, zapomniałam co to było.. a wspominali o tym kilka razy. Lek na biegunkę - ERCEFURYL, STUGERON na chorobę lokomocyjną. Co ubrać, spódnicę, czy spodnie..? ...

... chaotyczne? Bardzo. Ale to właśnie dzieje się teraz w mojej głowie... wdech.. wydech.. wdech.. wydech.. wdech......

sobota, 15 października 2011

Wodowanie w Dubaju


To był długi dzień. Pobudka o 4 rano (godz. 3 czasu polskiego), autobus podjechał o 5.00 i zabrał nas na lotnisko. O 7:10 wylot do Dubaju. Oczywiście obserwowałam wszystko dokładnie, bo mój pierwszy lot obserwacyjny będzie w to samo miejsce i o tej samej porze, więc serwis na pokładzie będzie dokładnie taki sam. Inny będzie tylko samolot, bo dzisiaj lecieliśmy Boeingiem 777, a w poniedziałek mój chrzest bojowy będzie na Airbusie 330-200.

Obserwowałam każdy szczegół: jak stewardessy się zachowywały, kiedy zmieniły buty, gdzie je schowały, kiedy zdjęły czapkę, zmieniły marynarkę, uzbrajały drzwi, sprawdzały się nawzajem, przekazywały informacje do CSD (Cabin Service Director – szef/szefowa załogi podczas danego lotu), jak reagowały na polecenia wydawane przez kapitana i CSD. Swoją drogą, wreszcie rozumiem te wszystkie komunikaty podczas lotów. Pomimo tego, że miałam do tej pory na swoim koncie już ponad 10 lotów jako pasażer, to nigdy nie udało mi się zrozumieć wszystkich komunikatów angielskich, chociaż bardzo się starałam. Nie chodzi nawet o sam język, ale o jakość przekazów – zniekształcony głos, trzaski, zakłócenia, itp. Teraz w końcu wiem, o co chodzi. Lot trwa niecałą godzinę, z czego 10 minut na wystartowanie i 10 na lądowanie. Ledwo wystartowaliśmy, dostaliśmy poranną kanapkę i już trzeba było z powrotem zapinać pasy. Coś m się zdaje, że poniedziałkowy lot przeleci bardzo szybko. Dosłownie i w przenośni ;)

Dotarliśmy do Dubaju. Niestety w planie nie było ani trochę czasu wolnego, więc na zwiedzanie wybiorę się tam innym razem. Podjechaliśmy do Aeronautical College, który z zewnątrz ma kształt samolotu.


Dlaczego Dubaj? Dlatego, że QA nie ma jeszcze swoich symulatorów takich rozmiarów, tylko kilka mniejszych, które mieszczą się w zwykłej klasie. Korzystają więc z uprzejmości konkurencyjnych linii lotniczych z Emiratów Arabskich, płacąc im za to oczywiście grube pieniądze. Ale żebyście czasem sobie nie pomyśleli (muszę stanąć murem za swoim nowym pracodawcą, a co!), w przyszłości QA ma zamiar takie centrum symulacyjne wybudować. Widocznie nie czas na taki wydatek. Poza tym to nie symulatory decydują o jakości linii lotniczych. Z jakichś przyczyn to Qatar Airways dostały pierwszą nagrodę SKYTRAX 2011 World Airline Award podczas gdy wspomniane wcześniej linie Emirates z Dubaju zajmują 10 pozycję. Ale dosyć przechwałek ;)
Symulatory robiły wrażenie. Podczas „lotu” czułyśmy się jak w prawdziwym samolocie; dźwięki i ruchy doskonale odzwierciedlały rzeczywistość. Przećwiczyłyśmy kilka różnych sytuacji. 4 dziewczyny odgrywały rolę załogi, a reszta –pasażerów. Po każdej sytuacji wymieniałyśmy się rolami. I tak na przykład w jednej z nich podczas serwowania posiłku nagle spod siedzenia zaczął się wydobywać dym. Trzeba było zareagować tak, jak nas uczyli. Mnie przypadło gaszenie pożaru piekarnika w kuchni oraz przygotowanie ewakuacji podczas wodowania. Oczywiście było przy tym dużo śmiechu, ale kiedy przyszło do awaryjnego lądowania, gdzie przy zetknięciu z ziemią zaczęło nami naprawdę trząść i rzucać, czy przy dekompresji, kiedy spadły na nas maski tlenowe i czuć było ostry podmuch powietrza, to nasze krzyki nawet nie musiały być udawane. Po tych kilku sytuacjach skakałyśmy ze zjeżdżalni, które się otwierają w sytuacjach awaryjnych, kiedy samolot już wyląduje, ale nie ma przy nim żadnych schodów, czy rękawa prowadzącego do terminalu.


Na koniec najciekawsza część treningu. Każda dostała kamizelkę ratunkową i siup do wody, która za ciepła to nie była. Ale ponieważ ja uwielbiam wodę, bawiłam się przy tym świetnie! Chociaż wdrapanie się na tratwę do najłatwiejszych nie należało.



Jutro wolne. Przestaje też nas obowiązywać godzina policyjna – zakaz wychodzenia po godz. 22. Właściwie to się tylko przesuwa na godzinę 3:30, z tym już można żyć. Ale dziś sobie odpuszczam, chociaż niektóre dziewczyny miały jeszcze siły wybrać się na miasto. Cóż, już nie te lata ;)

W niedzielę ostatnia część szkoleniowa – nie mniej przyjemna niż pozostałe, przynajmniej dla mnie: techniki obezwładniania niebezpiecznych pasażerów :D Myślę, że moje dwuletnie treningi kung fu tu pomogą.
Poniedziałek… - LECĘĘĘĘĘĘĘĘ…..

niedziela, 9 października 2011

Pierwsza pomoc


No i jak, poszliście wszyscy ładnie zagłosować? ;)  Ja zawsze grzecznie biegałam do urny i wkurzałam się na moich znajomych, którzy olewali sprawę, nie chcąc się mieszać w politykę. Ale w tym roku przyznaję się bez bicia, nie poszłam. I to nie dlatego, że ambasada Polski jest gdzieś na drugim końcu miasta i nawet nie dlatego, że przez ostatnie półtora miesiąca byłam całkiem wyłączona z polskiego życia politycznego. Głównym powodem było to, że kiedy mijał termin zgłaszania chęci zagłosowania poza granicami kraju, to ja byłam gdzieś między bombą na pokładzie, a uprowadzeniem samolotu przez terrorystów. Ale na następne obiecuję iść J

Pierwsza pomoc, to bardzo ciekawy dział szkolenia. Bo o ile sytuacje awaryjne mogą nam się (mam nadzieję) podczas całej katarskiej kariery nie przytrafić, o tyle zasłabnięcia, złamania, choroby lokomocyjne itp. zdarzają się w każdym locie. Poza tym taka wiedza mi już zostanie. Wiem już jak postępować w przypadku ataku padaczki, ataku serca, kamieni nerkowych, dławicy piersiowej i jeszcze kilku innych. Opatrunki, lekarstwa, działanie w nagłych sytuacjach – na jutro w małym palcu. Kolejny egzamin przede mną - teoretyczny i praktyczny.

Dziś był ostatni dzień pierwszej pomocy. Na koniec dnia Annaline, nasza instruktorka, uczyła nas jak odebrać poród na pokładzie samolotu. Średnio taka sytuacja zdarza się kilka razy w roku. Dwa lata temu na pokładzie QA przyszło na świat troje dzieci, w zeszłym roku też trójeczka. W tym roku jeszcze żadne, więc pewnie gdzieś tam chodzą po świecie trzy ciężarne kobiety, które czekają na właściwy lot przed końcem roku ;) Strzeżcie się więc wszystkie stewardessy QA, średnia musi być zachowana.

Batch 632 + Annaline + Mr. Jones
Ale wracam do dzisiejszego treningu. Najpierw teoria, potem praktyka na manekinie, a na koniec Annaline zaserwowała nam film z narodzin dziecka. Z perspektywy lekarza… Cóż, jak by to powiedzieć… nie żeby odechciało mi się dzieci tak zupełnie, ale nie koniecznie chciałam wiedzieć już teraz jak to wygląda. I to z takimi szczegółami. I naprawdę, chylę czoła przed każdą mamą na tym świecie. A zaraz potem – przed ludźmi, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli wybierają zawód lekarza ginekologa/położnika, czy kto tam jeszcze stoi po drugiej stronie łóżka.
Ciekawe jak grupy szkolących się chłopaków – stewardów przeżywają ten filmik ;)









Czas biegnie bardzo szybko. Zostało nam jeszcze tylko kilka dni szkolenia. Jutro egzamin z pierwszej pomocy - teoria, później opatrunki, bandażowanie i sztuczne oddychanie w praktyce. Na znanym już nam manekinie, którego nazwałyśmy Mr. Jones. 

We wtorek sprawy organizacyjne, czyli co dokładnie się robi przed każdym lotem, jak działa system rezerwowania lotów, itp.

Od środy zaczynamy nosić mundurki! Żegnaj czarna marynarko i biała bluzko! Czas wprowadzić trochę kolorów, a konkretnie jednego, burgundowego. W środę mamy przypomnienie Cabin Services, żeby czasem gafy nie popełnić podczas pierwszych lotów.

Czwartek – WINGS DAY! Czyli wręczenie złotych skrzydełek z własnym imieniem, które dumnie będziemy mogły nosić na piersi. Do tego ciasto na zakończenie treningu i wspólne zdjęcie z CEO, Mr. Akbar Al. Baker.

Piątek – tym razem nie będzie wolny. Lecimy do Dubaju na zajęcia praktyczne. Znajdują się tam symulatory Airbusów, z czego jeden w ogromnym basenie. Będziemy ćwiczyć sytuacje awaryjne i ewakuacje, włącznie z wodowaniem, skakaniem do wody w kamizelkach ratunkowych i wdrapywaniem się na tratwę ratowniczą. Na pewno będzie ciekawie, obiecuję też wrzucić kilka zdjęć.

Sobotę dają nam wolną, na niedzielę zaplanowane jest dwugodzinne przemówienie CEO, a w poniedziałek – pierwszy lot! Tak naprawdę dopiero teraz zabawa się zacznie.

poniedziałek, 3 października 2011

Szkolenia ciąg dalszy


Kilka ostatnich dni szkolenia było trochę mniej stresujących, niż poprzednie. Ale mniej stresujących jeśli chodzi o naukę, bo co do samego tematu – można by dyskutować.

CRM – Crew Resource Management
Czyli jak poprawić bezpieczeństwo podczas lotu, unikając bardzo niebezpiecznego czynnika, który jest przyczyną 73% wypadków lotniczych. Panie i Panowie, przedstawiam BŁĄD CZŁOWIEKA. To nie zawodzące maszyny, pogoda, czy cokolwiek innego najczęściej sprawia, że coś idzie nie tak. To zła komunikacja między załogą, złe podejmowanie decyzji, stres, itp. Szkolenie odbywało się w Hotelu Mercury, do naszej grupy dołączyło czterech Pierwszych Oficerów (stereotyp o przystojnych pilotach został obalony) i pan, który pracuje przy układaniu naszych grafików. Przez dwa dni szkolili nas, jak pracować nad sobą, jak sobie radzić ze stresem, a nawet jak i w jakich warunkach najlepiej spać, żeby uniknąć skutków wywołujących zmęczenie, stres i wszystkich innych złych następstw. Oczywiście teorie zostały podparte przykładami z życia, czyli kolejnymi katastrofami lotniczymi. A to załoga się skupiła na zepsutych kołach podwozia i kiedy tak sobie krążyli nad miastem zastanawiając się co robić, skończyło im się paliwo. 10 ofiar, 24 osoby ranne. Innym razem zignorowano uwagi pasażerów o gromadzącym się lodzie i śniegu na skrzydłach, nie usunięto lodu, maszyna nie była w stanie wzbić się w powietrze i 15 sekund po starcie – kraksa, 24 ofiary. Ale najbardziej przerażające było to, że największa jak dotąd w historii katastrofa lotnicza z 1977 roku na Teneryfie, gdzie zginęły 583 osoby, była również spowodowana przez człowieka. I to nie w powietrzu, ale na pasie startowym, kiedy dwie maszyny z pełnymi bakami paliwa zderzyły się we mgle. Nie będę opisywać szczegółów, kto miał się wystraszyć, ten już się wystraszył, a jeśli ktoś potrzebuje większego dreszczyku emocji, niech sobie wpisze w Google „Teneryfa  1977”. Na nas podziałało, wystraszyłyśmy się wszystkie i obiecałyśmy dobrze komunikować się ze sobą i nie dać się takim dziadom, jak stres, zmęczenie itp. Szkolenie zakończyło się częścią o pracy w zespole.

DGC – Dangerous Goods
Czyli przedmioty przechowywane w bagażach i wnoszone przez pasażerów na pokład, które mogą stanowić niebezpieczeństwo. Na to szkolenie wywieźli nas na pustynię, do Qatar Aeronautical College. Cały dzień spędziłyśmy z dwoma angielskimi pilotami, o typowym brytyjskim akcencie. W końcu ktoś, kto ma trochę większe pojęcie o Polsce. Poprzedni instruktorzy tylko o naszym kraju słyszeli, za to jeden z dzisiejszych Brytyjczyków był nawet kilka dni w Krakowie. Zapamiętał, że mamy tam bardzo dużo klubów, dyskotek i miejsc, gdzie można zapalić shishę. Obstawiam więc, że był na wieczorze kawalerskim, jak większość Brytyjczyków ;)
Oczywiście nie obeszło się bez kolejnych katastrof i wypadków, wywołanych tym razem przewozem nieodpowiednich materiałów. Po jednym z takich wydarzeń (tym razem był to pożar lotu cargo, nikt nie ucierpiał, poza samym samolotem) Qatar Airways wprowadziło całkowity zakaz przewożenia baterii litowych. Ale może nie będę Was zanudzać takimi szczegółami. Wróciłam do mieszkania, przespałam się trochę, bo od dwóch dni trzyma mnie gorączką. Wieczorem chciałam się trochę zrelaksować oglądając TV. Trafiłam na wiadomości, gdzie wypowiada się jakiś al-Megrahi odpowiedzialny za podłożenie bomby w samolocie, który eksplodował nad Lockerbie w 1988 roku zabijając 258 pasażerów i 11 osób na ziemi. KONIEC! Wyłączam TV, wyłączam komputer, idę spać. Przez ostatni miesiąc nasłuchałam się i obejrzałam już tyle katastrof lotniczych, że mogę zacząć pisać encyklopedię.

 


I tylko gdzieś w oddali widać miasto...



Jutro mamy ostatnią część dotyczącą bezpieczeństwa – Security. Pojutrze zaczynamy Pierwszą Pomoc. Z przerażeniem stwierdzam, że czas bardzo szybko leci. Za dwa tygodnie o tej porze będę już po pierwszym locie obserwacyjnym do Dubaju…

poniedziałek, 26 września 2011

SEP zaliczone!!

Kolejny dział zamknięty! Safety and Emergency Procedures - zaliczone! Wczorajszy test pisemny na 100%, dzisiejszy egzamin praktyczny też poszedł gładko!

Podzielili naszą grupę na mniejsze, 4-osobowe grupki. Ja poszłam na pierwszy ogień, zostałam przydzielona do drużyny z trzema dziewczynami z Indii, które już mają po kilka lat doświadczenia w innych liniach lotniczych. Egzaminator postawił przed swoim biurkiem cztery krzesła dla nas i po kolei każdej zadawał pytanie. Jeszcze rano w taksówce gorączkowo wertowałyśmy swoje podręczniki w poszukiwaniu szczegółowych informacji, które (jak nam się wtedy wydawało) wyleciały z głowy. Byłyśmy przekonane o tym, że egzaminator zje nas żywcem, zaraz po tym jak nam udowodni, że jednak nie wszystko umiemy.Tymczasem okazał się bardzo miłym i przyjaznym człowiekiem. W miarę upływu czasu czułam się bardziej zrelaksowana i rozluźniona. Egzamin miał trwać dwie godziny, ale uwinęłyśmy się z wszystkimi pytaniami w godzinę. Odpowiadałyśmy na tyle pewnie, że egzaminator nie poprosił nas o zaprezentowanie żadnej ze scenek z ewakuacją na koniec. A szkoda. Tyle czasu się przygotowałyśmy, ćwiczyłyśmy na krzesłach w mieszkaniu, nawet rano na portierni, w oczekiwaniu na taksówkę. Aż się pan z ochrony z nas śmiał ;) No ale ważne, że wszystko zdane. Wróciłyśmy zadowolone do mieszkania, gdzie reszta dziewczyn w napięciu i stresie czeka na swoją kolej. Niektóre z nich będą zdawać dopiero jutro. Dla nas oznacza to dzień wolny. A skoro dzień wolny, to trzeba wymyślić coś ciekawego. Cokolwiek by to nie było, na pewno skończy się plażowaniem w InterContinental Hotel :)


W taksówce - już po egzaminie. Po lewej Akanksha, po prawej Gitanjali.


Priya


I nasz Security Guy :)


czwartek, 22 września 2011

Wizyta w A330 i... GRAFIK!

Dziś był bardzo przyjemny dzień. Mieliśmy kolejną wizytę w samolocie, tym razem był to Airbus A330, największy, którym na razie będzie wolno mi latać. Mieści do 305 pasażerów. Bardzo lubię tę część szkolenia. Zabierają nas na lotnisko i wpuszczają do samolotu, który właśnie przyleciał albo zaraz ma wylecieć w trasę. Mamy wtedy około 30-40 minut na sprawdzenie teorii w praktyce. Sprawdzamy lokalizacje i rozmieszczenie różnych sprzętów, wszystkie panele sterujące (oczywiście nie te dla pilotów) itp. Dzisiejszy samolot akurat dopiero co wrócił z trasy, więc cała załoga była jeszcze na pokładzie. Jedną z części zwiedzania samolotu jest wizyta w kabinie pilota. Po ostatniej wizycie w A321 byłam zawiedziona, bo okazało się, że to miejsce w niczym nie przypomina filmowych kokpitów, a to było dotychczas moim jedynym źródłem informacji o tym miejscu. Na filmach w takiej kabinie jest tyle miejsca, ile w małym pokoju mieszkalnym. Co najmniej tyle, żeby Jean Claude van Damme mógł swobodnie sprać jakiegoś innego Stevena Seagala ;) Oczywiście dookoła milion pięćset sto dziewięćset przycisków i przełączników. Tymczasem w rzeczywistości jest to małe pomieszczenie. Jak ktoś został trochę hojniej obdarowany wzrostem to ma problem. Albo po prostu musi od razu usiąść na jednym z foteli.

Jak już wspominałam, przy dzisiejszym zwiedzaniu zastaliśmy jeszcze załogę na pokładzie. Pilot był bardzo miły i postanowił sam nam pokazać kilka rzeczy w kokpicie. A ponieważ lubię się pchać pierwsza w takie miejsca, udało mi się zająć miejsce Pierwszego Oficera w kabinie :) Pilot instruował mnie jak zapiąć, odpiąć i podpiąć do tlenu nieprzytomnego pilota, jak otworzyć okno w kabinie (przez które piloci mogą się ewakuować po linie, w razie gdyby drzwi do kabiny nawaliły), to wszystko było bardzo ciekawe. Zrobiłam kilka zdjęć w samolocie, ale nie wolno nam upubliczniać takich fotek, taka polityka firmy.

Parę dni temu dowiedziałam się, grafik lotów na październik pojawi się koło 24 września. Od tego czasu codziennie sprawdzam swoje konto w systemie QA. Dziś po powrocie ze szkolenia też to zrobiłam i jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam informację o gotowym grafiku na październik!! Wygląda to tak: pierwsze dwa loty to loty obserwacyjne. Będę na pokładzie jako członek załogi, ale nie będę miała przydzielonych własnych obowiązków, mogę co najwyżej asystować. Kolejne loty - dostanę już swoją pozycję, będę odpowiedzialna za określoną strefę z pasażerami, a jak przypadnie mi pozycja Galley Manager ("galley" to kuchnia w samolocie), to na mojej głowie będzie przygotowanie wszystkich posiłków na czas. Na szczęście to ostatnie stanowisko może przypaść dopiero przy trzecim lub czwartym locie, więc zdążę się już trochę oswoić. A grafik wygląda tak:

17 - lot obserwacyjny, Dubaj, powrót tego samego dnia
18 - lot obserwacyjny, Luxor (Egipt), powrót tego samego dnia
19-22 - wolne na odpoczynek po dwóch miesiącach treningu
23-25 - Manila, Filipiny
27 - Delhi, Indie, powrót (niestety) tego samego dnia

Tyle jeśli chodzi o październik. Z jednej strony nie mogę się doczekać, a z drugiej mam pietra!!

poniedziałek, 19 września 2011

Kolejny egzamin do przodu!


Kolejny egzamin do przodu! Znajomość Airbusa A320 zaliczona na 100% !!!  Jutro zaczynamy A330.

Czasami kiedy wstaję rano, w pokoju jest zupełnie ciemno, dwie warstwy zasłon z grubego, nieprzepuszczającego słońca materiału są bardzo szczelne. Podchodzę wtedy zaspana do okna, nie do końca jeszcze świadoma, gdzie jestem, spodziewając się szarego deszczowego dnia za oknem. W taką pogodę (w Polsce) nigdy się nie chciało wychodzić z domu, ale nie było wyjścia. Pracodawca nie przyjmował wymówki, że „za oknem było szaro”. No więc odsłaniam zasłony – aaa, no tak, Doha, godzina 5:45 i słońce. I wtedy dopiero się budzę.

Dzisiaj jednak obudziło mnie coś innego. Wyznawcy Islamu modlą się 5 razy dziennie. Niedaleko naszego budynku jest szkoła dla chłopców, na której umieszczony jest megafon. Już nie raz słyszałam nawoływanie do modlitwy: o 15:00, 17:00, 18:00 i 18:30. Dziś usłyszałam też nawoływanie o 4:00… Ale albo zmienili głośniki albo nawołującego, bo wydawało mi się, że wołają tuż zza mojego okna. Cóż, trzeba zaakceptować ich kulturę, religię i zwyczaje. Poniżej krótki filmik z owym nawoływaniem (wersja cicha, która mnie nigdy nie budziła).



Jak już zamieszczam filmiki, to niech będzie jeszcze jeden. Ale najpierw krótkie wyjaśnienie. Pisałam już wcześniej, że przerabialiśmy wszystkie niebezpieczne sytuacje na pokładzie. Do każdej takiej sytuacji jest odpowiedni proces ewakuacji. Oczywiście wszystkie musimy znać, po awaryjnym lądowaniu mamy tylko 90 sekund na wyprowadzenie 150 osób z samolotu (w innych maszynach może ich być nawet 300). Na końcu treningu z zasad bezpieczeństwa, zanim zaczniemy pierwszą pomoc, będzie egzamin praktyczny. Egzaminator da jakąś sytuację (np. pożar w samolocie) i w mgnieniu oka trzeba będzie przeprowadzić ewakuację, wykrzykując odpowiednie komendy, otwierając drzwi awaryjne i wyprowadzając  (niewidzialnych) pasażerów. Zebrałyśmy się więc z dziewczynami w jednym pokoju, ustawiłyśmy kilka krzeseł i ćwiczyłyśmy, mając przy tym ubaw po pachy. To nasze początki z procedurami ewakuacyjnymi, więc popełniałyśmy mnóstwo śmiesznych błędów, na przykład wypraszając pasażerów z siedzenia przy wyjściu ewakuacyjnym skierowałam ich na drzwi, zamiast do korytarza J Ale po to właśnie się ćwiczy, żeby uniknąć takich błędów. Za to następnego dnia na treningu poszło już bardzo dobrze. Oby tak na egzaminie praktycznym.

Może krótko opiszę filmik, bo moje ruchy mogą być niezrozumiałe ;) Najpierw prezentuję pozycję bezpieczną do awaryjnego lądowania, później uspokajam pasażerów, czekając na dalsze instrukcje. Dziewczyny wymyśliły mi wielki pożar na pokładzie, więc zaczęłam ewakuację, ale po sprawdzeniu warunków na zewnątrz okazało się, że nie jest bezpiecznie, bo na przykład jeden z silników się pali (zapomniałam wspomnieć, że ćwiczona przez nas ewakuacja odbywa się przez wyjście nad skrzydłem samolotu). Zablokowałam więc wyjście i skierowałam pasażerów w inne miejsce. Zaraz potem dziewczyny dały mi drugą sytuację, taką samą, ale z bezpiecznymi warunkami na zewnątrz. Otwieram więc wyjście awaryjne, wychodzę na skrzydło, pociągam za rączkę, która uruchamia napompowywaną powietrzem zjeżdżalnię ze skrzydła w dół. Powinna się ona uruchomić automatycznie po otwarciu drzwi, ale z automatyką różnie bywa, dlatego na wszelki wypadek uruchamiamy ją też ręcznie. Następnie otwieram drugie drzwi na skrzydle od zewnątrz, jeden z pasażerów musi je wyrzucić z samolotu, żeby nie blokowały wyjścia. Na koniec wykrzykuję komendy nakazujące odpiąć pasy, zostawić wszystkie rzeczy, uciekać z samolotu i ześlizgnąć się ze zjeżdżalni. Film dla osób z wyobraźnią, bo wszystkie części samolotu trzeba sobie wyobrazić. 


Ćwiczenia praktyczne podczas treningu to świetna zabawa, bo wszystko robimy w symulatorze Airbusa A320, łącznie z otwieraniem włazu, który waży 15 kg. Ale wszystkie mamy nadzieję, że nie trzeba będzie tego stosować w rzeczywistości.

wtorek, 13 września 2011

EVACUATE! EVACUATE! EVACUATE!

Cabin Services to był pikuś w porównaniu z tym, co się dzieje na SEP. Tam przy nauce obsługi baru mogliśmy przynajmniej się czegoś napić (oczywiście bezalkoholowego), przy nauce serwowania śniadania, lunchu, obiadu, czy ciepłej przekąski mogłyśmy to później wszystko zjeść, świeżo podgrzane :) Poniżej zdjęcia z ćwiczeń z serwowania przekąski Warm Sandwich.



A teraz od nowej technicznej terminologii głowa mi pęka i język się łamie. Że nie wspomnę o samym przedmiocie tego działu – sytuacje awaryjne. Tutaj nie można popełnić błędu. Przy Cabin Service jak zapomnisz podać serwetki albo podasz nie tą ręką co trzeba, to tak naprawdę nic się nie stanie (o ile na pokładzie nie będzie „szpiega”, który będzie sprawdzał jak się sprawuję). Jeśli przy zasadach bezpieczeństwa ominie się jeden krok, może się z tego zrobić katastrofa. Dlatego kładą tak wielki nacisk na tą część szkolenia.
Okazuje się, że sceny filmowe, gdzie pasażera wysysa przez okno, czy dziurę w samolocie nie są wcale zmyślone. Może trochę przesadzone, bo wiadomo, hollywoodzkie kino lubi pokazywać kraksy z wielkim rozmachem. Ale niestety jest to możliwe. Raczej żadna z nas nie chciałaby się zmagać z pożarem na pokładzie, a już na pewno nie z dekompresją. Na szczęście ten drugi przypadek zdarzył się tylko raz w historii Qatar Airways w ciągu ostatnich 14 lat, więc jest szansa, że teoria pozostanie teorią. Ale żeby nie było za wesoło – w co drugim locie będziemy zmagać się z jakąś niebezpieczną sytuacją. Mogą to być za równo ostre turbulencje, jak i pasażer popalający papieroska cichaczem w łazience. Swoją drogą w tego drugiego nie radziłabym próbować. W QA nie ma przebacz dla palaczy. Przez cały lot grzecznie im się przypomina, że palenie jest surowo wzbronione, a jeśli znajdzie się odważny (albo raczej zdesperowany), może być pewny, że po wylądowaniu na lotnisku  będzie czekać na niego ochrona. Stamtąd albo za kraty (bo złamanie tego przepisu jest obrazą dla państwa Kataru) albo horrendalnie wysoka kara.

Z innych ciekawych przepisów warto napisać, że na pokładzie mogą przebywać dwa rozdaje zwierząt: psy (tylko jeśli są przewodnikiem osoby niewidomej) i… sokoły. Tak, sokoły. Może ich być maksymalnie 6 na pokładzie podczas jednego lotu. Okazuje się, że bogaci arabowie kupują sobie te ptaki za ogromne kwoty i trzymają jako zwierzątka domowe. Oczywiste jest więc, że wybierając się w podróż, chcą zabrać swoje zwierzątko ze sobą. Od razu zaczęłyśmy z dziewczynami żartować i pytać, czy taki sokół ma swoją kartę pokładową albo czy podczas dekompresji przysługuje mu maska tlenowa. Ale jedyne co możemy dla niego zrobić podczas sytuacji awaryjnej, to schować w toalecie :D

Jeden dzień szkolenia był dość przerażający. Mówiliśmy o niebezpieczeństwach takich jak porwania, bomby na pokładzie, itp. Muszę powiedzieć, że trochę nas ten temat wystraszył. Manosh opowiedział kilka historii z życia wziętych. I każdej z nas przeszła przez głowę myśl o powrocie do domu. Jeśli na przykład (nie daj Boże) powtórzy się sytuacja z 11 września 2001 nad terytorium USA, wojsko bez namysłu zestrzeli taki samolot.  Po tamtych wydarzeniach wprowadzono przepis, który pozwala na wybranie mniejszego zła. Poświęcenie życia 350 pasażerów jest w tym momencie lepsze, niż śmierć 2000 ludzi na ziemi.
Ale ja twarda jestem! Nie dam się, nic mnie nie odstraszy ;)

Jestem już po pierwszym egzaminie z SEP. Zdany na 98%. Jeden błąd. Nie jest źle.

Po teście pojechałyśmy gdzieś poza miasto, do ośrodka, gdzie przeprowadza się kursy przeciwpożarowe itp. Dostałyśmy po pięknym, szarym kombinezonie (mi przypadł rozmiar 44, gdzie normalnie noszę 38, ale nie było wielkiego wyboru). Wszystko znamy już w teorii, teraz czas na praktykę. Każda musiała ugasić pożar piekarnika i pożar w łazience. Ogień był prawdziwy, ale nie wielki. Taki, który można zgasić w kilka sekund małą gaśnicą. Zajęcia się nam bardzo podobały, bawiłyśmy się przy tym świetnie. Na koniec instruktor zaprezentował nam pożar w kabinie, dokładnie takiej wielkości, jakie mamy w samolotach. To niesamowite, jak szybko kabina wypełnia się dymem. Najpierw gęsta, czarna chmura zawisła pod sufitem, potem zaczęło jej przybywać i schodziła coraz niżej. Potrzeba dosłownie kilkunastu sekund, żeby połowa całego pomieszczenia wypełniła się dymem. To dlatego pasażerów trzeba wtedy „rzucić na kolana”, bo właśnie przy podłodze jest najlepsza widoczność.




Nie zawsze trzeba być na pierwszym planie ;)






Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia przed tym ośrodkiem, bo dookoła była tylko piaszczysta pustynia. Pomyślałam wtedy, że gdyby mnie na takiej zostawili, to szanse na przeżycie niewielkie. Przypomniała mi się też bajka „RANGO” i hasło ‘Blend in!’ :) Polecam!

Pojutrze miałyśmy jechać na jedną z publicznych plaż, ale dziś się dowiedziałyśmy, że bikini jest tam zabronione. Ok., zawsze można ubrać jednoczęściowy strój kąpielowy. Ale nie tutaj. Taki też jest zabroniony na plaży publicznej. To jak inaczej to zrobić?! Pozostaje chyba ubrać się jak płetwonurek :P Jest jeszcze inne rozwiązanie i chyba z tego skorzystamy. Trzeba wykupić wejście na prywatną plaże przy jednym z hoteli, wtedy będzie można i drinka z palemką się napić. A jako załoga QA mamy zniżki w wielu hotelach, więc na pewno będzie miło.

Pozdrawiam wszystkich, których męczą jesienne deszcze i chłody, a w szczególności mojego nowego czytelnika, który przez tyle czasu dbał o moje podniebienie każdego ranka!
:))))

piątek, 2 września 2011

Kilka ostatnich dni


31.08.2011 - Bar & Meal Services
Mam już za sobą bardzo ciekawe zajęcia – obsługa baru podczas lotu.  Nauczyłam się przyrządzać kilka ciekawych drinków. Serwujemy też whisky, brandy, gin i 4 rodzaje wina (francuskie i chilijskie). Oczywiście wszystkie te rodzaje musimy znać. Nie jest źle, obsługa klas Premium (pierwszej i business) wymaga znajomości aż 42 rodzajów win! Ale to dopiero za pół roku. Najpierw trzeba spędzić trochę czasu w klasie ekonomicznej. Tak samo jeśli chodzi o najdłuższe loty (USA, Australia, Ameryka Południowa itp.) – te są obsługiwane przez Boeinga 777 i Airbusa A340, na których będzie nam wolno latać dopiero po jakimś czasie.

Na razie szkolimy się z 7 rodzajów samolotów (Airbus A319, A320, A321, A321 bi-class, A330 bi-class, Bi-class extended, tri-class) i to naprawdę wystarczy. Jest całe mnóstwo informacji, które trzeba sobie przyswoić o każdej z tych maszyn. Zaczynając od ilości pasażerów, miejsc dla poszczególnych członków załogi, stref pracy, a kończąc na rozmieszczeniu takich drobiazgów, jak rozkłady lotów, poszewki na poduszki, czy torebki w razie choroby lokomocyjnej. A przypominam, że cały czas jesteśmy w dziale Cabin Service. Nauka otwierania różnego rodzaju drzwi przyjdzie później.

Okazuje się, że kciuki trzeba będzie trzymać szybciej, niż mi się wydawało. W sobotę (03.09) mamy egzamin z obsługi baru. Część teoretyczna i praktyczna. Nie wiem jeszcze jak to będzie, bo dziś obsługa pasażera (JEDNEGO!), który poprosił o Krwawą Mary zajęła mi kilka minut. I to jeszcze dostał 5 kropli Wooster Sauce (nie wiem jaki jest polski odpowiednik) zamiast przepisowych dwóch, tak mi jakoś za dużo skapnęło, więc po takim drinku mógłby zacząć zionąć ogniem ;) A gdzie pozostali pasażerowie? To wszystko trzeba robić tak sprawnie, tak skoordynować ruchy, najlepiej robić kilka rzeczy jednocześnie, do każdego pasażera zwracać się imiennie (w końcu jesteśmy 5-star Cabin Crew) i pamiętać, żeby czasem nie podać arabskiemu pasażerowi lewą ręką, nawet jeśli siedzi po naszej lewej.

Jakie było nasze zdziwienie, kiedy dziś rano idąc na kawę w budynku, gdzie mamy szkolenie, nie było żadnych zasłon na drzwiach wejściowych do kawiarni. To oznacza, że Ramadan się skończył! Życie stanie się teraz łatwiejsze. Przypomnę, że podczas Ramadanu przez cały dzień obowiązuje ścisły post – zakaz jedzenia, picia i palenia w miejscach publicznych. Obowiązuje wszystkich. Ci którzy nie poszczą mogą jeść, ale najlepiej w swoim domu, żeby nikt nie widział. Dlatego wszystkie restauracje, bary i fastfoody w mieście były zamknięte do godz. 18:00 i dlatego na drzwiach wejściowych do kawiarni w budynku szkoleniowym były zasłony, żeby czasem jakiś arabski pracownik nie widział, jak inni nie-arabscy pracownicy jedzą. To by tylko wodziło go na pokuszenie. Teraz, skoro Ramadan się skończył wreszcie nie trzeba czekać ze zrobieniem zakupów do godziny 20, można legalnie chodzić sobie po mieście z butelką wody.

Z kawiarnią w budynku szkoleniowym wiąże się jeszcze jedna zasada wprowadzone przez samego CEO, szefa najwyższego z najwyższych w QA. Kiedy w kawiarni są dziewczyny z grup treningowych, to w tym samym momencie nie mogą tam przebywać chłopcy, którzy się szkolą. Załoga już przeszkolona – ok., trenerzy – ok., ale uczestnicy szkolenia przeciwnych płci – zabronione. Ktoś musi wyjść. Na początku myślałyśmy, że to dotyczy wszystkich osobników płci przeciwnej, niezależnie od ich stanowiska. Więc kiedy pewnego razu podczas lunchu usiadł koło nas chłopak w mundurze cabin crew, popatrzyłyśmy tylko na siebie pytająco, nie wiedząc czy już mamy wyjść, czy za chwilę. Kiedy zaczął z nami rozmawiać, to już całkiem byłyśmy osikane ze strachu. Powiedziałyśmy, że niestety ale nasza przerwa dobiegła końca i musimy już iść. Uciekłyśmy szybko, wyrzucając niedokończone posiłki. Później dopiero się okazało, że niepotrzebnie :) Nasz instruktor wyjaśnił: „Cabin Crew – ok., trainee – NO”.
Jest sporo zasad do przestrzegania, ale skoro już tu jesteśmy, to głupio byłoby wylecieć za coś, czego można łatwo uniknąć. Dobra lekcja z dyscypliny.

01.09.2011
Kolejne praktyczne zajęcia – tym razem z przygotowywania posiłków. Kolejna porcja wiedzy. To niesamowite ile różnych menu ma jedna linia lotnicza. W każdy rejon świata – inne menu. Bo przecież co innego zaserwujemy pasażerowi indyjskiemu, japońskiemu i jeszcze co innego europejczykowi. W każdym locie do wyboru są dwa dania i jedno wegetariańskie. A nazwy są takie, że można sobie język połamać. I znowu trzeba uważać na tyle szczegółów przy serwowaniu – to trzymaj w prawej ręce, nalewaj lewą, najpierw podkładka – logo na spodzie, potem taca, koniecznie po lewej, nie zapomnij położyć na niej ciepłej bułeczki (szczypcami, bo przecież nie ręką), zapytaj o wino, jeśli chce, to jakie, jeśli nie chce, to zaproponuj co innego, jeśli puszka – kapselek cały zdjęty, puszki nie kładź na stoliku, ale butelkę koniecznie postaw, kawę i herbatę podaj na podstawce, ale sok i wodę z ręki, kubeczek uszkiem w stronę siedzenia, logiem do pasażera i tak dalej, i tak dalej…

Piątek mamy wolny, do tego dziś Mahika miała urodziny, dlatego postanowiłyśmy popołudniu wybrać się całą naszą grupą (17 osób) do Souq Waqiuf. To taki otwarty market, coś w rodzaju targu, gdzie można kupić różne różności. Ale my tym razem nie skupiłyśmy się na zakupach, tylko na spędzeniu wspólnie czasu. Czaiłyśmy się na shishę, ale jakoś nie mogłyśmy się zdecydować. Może następnym razem. Wieczór zakończył się bardzo miło, bo po powrocie do mieszkań (jak zawsze przed 22) spotkałyśmy się wszystkie w jednym pokoju i zrobiłyśmy imprezę. Były i tańce i jedzenie, duuużo jedzenia. Erica (z Japonii) jest świetną kucharką, o czym wszystkie się mogłyśmy wczoraj przekonać. Jak widać, do dobrej imprezy nie są nam potrzebni ani chłopcy, ani alkohol ;)

Zdjęcia z samej imprezy wrzucę następnym razem, bo nie mam ich jeszcze zgranych od koleżanek.