obraz

obraz
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NYC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NYC. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 marca 2020

The Vessel - miedziany koszyk

Zupełnie przypadkowo natknęłam się na artykuł o The Vessel. Na zdjęciach wyglądało to dziwnie, ale ciekawie. Budynkiem tego nie można nazwać, raczej powiedziałabym, że to konstrukcja. Do tego w Nowym Jorku, w mieście, w którym prawie zawsze mam ochotę poszwendać się po mieście.

Atrakcja jest w miarę nowa, dla zwiedzających otwarto ją w marcu zeszłego roku. Widocznie przyciąga sporo ludzi, bo ilość biletów wydawanych dziennie jest ograniczona. Wstęp jest za darmo, ale trzeba mieć bilet z zarezerwowanym przedziałem czasowym. Na trzy tygodnie przed dniem w którym miałam być w Nowym Jorku, bilety online były już bardzo przebrane - nie każda godzina była dostępna. Miałam do wyboru iść dzień wcześniej wieczorem, tuż po dwunastogodzinnym locie, albo następnego dnia, wyspana, pooglądać sobie konstrukcję z zewnątrz. Wybrałam wieczór z wejściem do środka.


Pech chciał, że akurat tego dnia mój lot był opóźniony o dwie godziny z powodów technicznych. Załoga czekała w samolocie, a pasażerowie w terminalu. Dzień pracy nam się więc znacznie wydłużył. Do tego pasażerowie, którzy wchodzą na pokład już z negatywnym nastawieniem (bo w końcu kto by nie był zły na dwie godziny opóźnienia) są trudniejsi do ogarnięcia. Do hotelu dotarłam wymęczona, ale jeśli chciałam skorzystać z mojego biletu, musiałam się od razu zebrać. Oczywiście mój wewnętrzny leń, który wraz z wiekiem rośnie w siłę, usiadł mi na lewym ramieniu i zaczął namawiać, żeby sobie odpuścić, a zamiast miejskiej wyprawy wskoczyć pod gorący prysznic, a potem zanurzyć się w miękkiej pościeli. Na szczęście jeszcze wiem jak z nim walczyć. Strzepnęłam go szybko z ramienia, żeby przestał mi biadolić do ucha. W końcu specjalnie na tę okazję odkurzyłam swój aparat fotograficzny.

Pojechałam metrem, bo taksówka w Nowym Jorku wieczorową porą, to chyba najgorszy z możliwych wyborów. Mapa Google pokazywała wszystkie ulice od naszego hotelu, aż do dolnego Manhattanu na ciemno czerwony kolor. Kto korzysta z nawigacji, ten wie, co to oznacza. Metro jest (prawie) zawsze niezawodne. Zmęczona i zaspana, ale musiałam iść szybkim krokiem, żeby zmieścić się w przedziale czasowym, wyznaczonym na moim bilecie.

Wieczór był dość pochmurny, drapacze chmur otaczające plac Hyden Garden ginęły gdzieś w chmurach, dodając temu miejscu niezwykłego uroku. Nie mogłam się zdecydować, gdzie kierować swój aparat: na konstrukcję, czy na chmury. Swoją drogą ciekawe, czy najwyższe piętra tych budynków są jeszcze w chmurach, czy już ponad nimi. To dopiero byłby widok..



Co to w ogóle jest ten The Vessel. Ja znałam to słowo, jako "statek" albo "naczynie krwionośne". Na pierwszy rzut oka natomiast skojarzyło mi się to z koszykiem. A co ta konstrukcja Wam przypomina, to już sobie sami odpowiedzcie po obejrzeniu zdjęć. 

46 metrów w górę, 2500 schodów i 154 podesty: całość zaprojektowana przez Thomasa Heatherwicka, jest częścią zagospodarowania przestrzeni projektu Hudson Yards, który składa się z drapaczy chmur z luksusowymi apartamentami, hotelami i miejscami biurowymi (część z nich wciąż w trakcie budowy) oraz centrum handlowego. 

Weszłam do środka i powoli spacerowałam dookoła, wchodząc na coraz to wyższe piętra. Pomimo tego, że hasło "2500 schodów" może przerażać, wchodzenie nie jest wcale męczące. Co kawałek są podesty i tarasy, na których można przystanąć. Dla tych, co nie lubią schodów, jest też winda. 











Widok z góry nie zwalał z nóg, chyba że ktoś lubi sobie popatrzeć na zajezdnię pociągów, albo pooglądać pusty taras pobliskiego hotelu. Ale to nie widoki miały być tu główną atrakcją, a sama konstrukcja. Z którego konta by się nie popatrzyło, zawsze w obiektywie ukazywał się ciekawy układ geometryczny. Symetryczne sześciokąty obrysowane światłem i refleksami niebieskiej poświaty. Zapadał zmrok, a co za tym idzie, światło, którego najbardziej nie lubię przy robieniu zdjęć. Ni to jasno, ni to ciemno. Ale jak ma się ograniczony czas, to nie ma co marudzić. 




11 marca w jednym z pobliskich wieżowców z tej samej inwestycji otwarto taras widokowy The Edge. Taras jest wyjątkowy, bo na wysokości 100 piętra (ok. 345m) i nie znajduje się na dachu. To trójkątna platforma wysunięta z boku budynku. Ma też częściowo szklaną podłogę, więc daje niesamowity widok w dól. Można mieć cały Nowy Jork pod stopami. Na moich zdjęciach widać sam budynek, ale taras jest ukryty wysoko w chmurach. Niestety, nie trafili za bardzo z terminem. Ze względu na sytuację, jaka panuje teraz na świecie, zarówno taras jak i The Vessel zostały zamknięte dla zwiedzających 17 marca. Jak już się sytuacja ustabilizuje i wszystko wróci do normy (albo do stanu zbliżonego do normy), to taras The Edge wpiszę i na moją listę do odwiedzenia.

Budynek ze wspomnianym tarasem widokowym.




A na koniec link do albumu ze wszystkimi zdjęciami z tego dnia.

piątek, 4 września 2015

See Forever

Moja praca, jak każda inna, też potrafi być ciężka, nudna, wyczerpująca, wypompowująca z człowieka resztki energii, ale potrafi też dostarczyć pozytywnych emocji. I nie mam tym razem na myśli tych wszystkich wrażeń, których dostarcza odwiedzanie nowych miejsc na świecie. Mam na myśli wszystkie te minuty spędzone z nosem przyklejonym do niewielkiego, samolotowego okienka. Moje zdjęcia z podróży zawsze są poprzeplatane tymi "z góry" oraz krótkimi filmikami, których nawet później nie wykorzystuję. Ale nie umiem się powstrzymać, tym bardziej kiedy widzę promienie słońca odbijające się od skrzydła albo od wody pod nami..

Piękny, sierpniowy dzień. Tym razem pozałatwiałam wszystkie formalności z kartą bankomatową na długo przed wyjazdem, żeby nie powtórzyła się akcja z ostatniej wizyty w NYC. Wyruszyłam wcześnie rano, ale żeby nie było za łatwo, trwała przebudowa torów na odcinku kilku stacji metra, więc trzeba było podjechać autobusem zastępczym. Później już tylko 40 minut w pociągu i gotowe. 

Kiedy byłam ostatnio w okolicy World Trade Center Memorial, miejsca upamiętniającego wydarzenia z 11 września 2001 roku, była lekka zima (grudzień 2012), a dookoła jeden wielki plac budowy. Żeby dojść wtedy do pomnika, trzeba było najpierw w centrum turystycznym odebrać darmowy bilet, a potem specjalnie wyznaczonymi drogami przejść pomiędzy robotnikami i ciężkim sprzętem budowniczym. Dziś wygląda to już inaczej. Dojście jest prosto z ulicy, a bilet potrzebny jest tylko do Muzeum znajdującego się obok. Rozrosłe i zielone drzewa osłaniają to miejsce od zgiełku ulicy, pozwalając niektórym zatopić się w myślach i wspomnieniach o swoich bliskich, a innym zrobić uśmiechnięte "selfie" na miejscu tragedii. Można się zadumać, wsłuchując się w szum i wpatrując w litry wody przelewające się po ścianach byłego WTC, obserwując jak promienie słoneczne skaczą po kropelkach wody i delikatnie unoszącej się mgiełce, tworząc gdzieniegdzie ledwo zauważalną tęczę. Do momentu aż spojrzy się w górę. Wieża One World Trade Center, najwyższy budynek w Ameryce i trzeci na świecie, niczym strażnik dogląda memoriału po swoich poprzedniczkach. W wysokim na 417 m budynku (541 m, gdyby liczyć do koniuszka znajdującej się na nim anteny), znajdują się biura i lokale do wynajęcia, a od niedawna również taras widokowy na 102 piętrze. Jako ciekawostkę powiem Wam, że do wysokości dachu biurowiec ma taką samą wysokość, jak dawne bliźniacze wieże WTC. Ale zamontowana na szczycie iglica, podciąga tę liczbę do 541 m, co w stopach wypada 1776, a to z kolei jest nawiązaniem do roku podpisania Deklaracji Niepodległości przez Stany Zjednoczone.









Przed wejściem długa, zakręcona kolejka, przypominająca kolejkę do kontroli bagażu na lotnisku. Bilet kosztuje $32, ale dla rodzin ofiar zamachów z 11 września i ratowników - wstęp jest darmowy. Każdy bilet ma przypisaną godzinę wejścia (przedziały co 15 minut), więc szybko pędziłam ze stacji metra, żeby zdążyć na swoją godzinę. Niepotrzebnie, jak się okazało, bo każda grupa miała 10-minutowy poślizg. W maju tego roku, tuż po otwarciu, ten poślizg wydłużał się nawet do półtorej godziny! Po wejściu do środka, przejściu przez bramki wykrywające metal i zaprezentowaniu zawartości mojej torebki, mogłam zacząć swoją przygodę  obserwatorium promowanym hasłem "See Forever". Dlaczego przygoda? Bo to nie tylko przejażdżka windą, taras widokowy i zjazd w dół. Przygotowany jest cały godzinny program, mający nas przeprowadzić przez wszystkie stadia zwiedzania. Zaczyna się już od podziemi, gdzie w drodze do windy można obejrzeć krótkie filmiki i wysłuchać historii osób, które przyczyniły się do wybudowania nowej wieży. Następnie niezwykła winda, która zabiera zwiedzających na 102 piętro w... 47 sekund! Mało tego, na całych ścianach, od podłogi aż po sufit, zaprezentowana jest historia powstawania Manhattanu od 1500 roku, przedstawiona w postaci "time-laps", czyli filmu w przyspieszonym tempie. Nagrałam go telefonem, ale niewiele widać pomiędzy głowami ludzi. Dlatego znalazłam dla Was film na YouTube, nagrany przy pustej windzie. Z jednej strony zobaczymy licznik mijających lat, a z drugiej - poziom budynku, na którym się znajdujemy.






Po pierwszym zachwycie prezentacją z windy przeszliśmy do pomieszczenia z niesymetrycznymi ekranami. Kiedy już wszyscy z windy znaleźli się w środku, zaczęła się krótka prezentacja, ujęcia i sceny z życia miasta. W pewnym momencie wszystkie ekrany się podniosły, odsłaniając zapierającą dech w piersiach panoramę Nowego Jorku, co wywołało głośne zachwyty i oklaski. Każda grupa zwiedzająca witana jest w ten sam sposób. Uważam to za ogromny plus tego miejsca. Dzięki temu nie jest to tylko zwykły taras widokowy gdzieś tam wysoko w górze.

Na miejscu (za dodatkową opłatą) można było wypożyczyć tablet-przewodnik, który dokładnie opisze nam każdy wskazany budynek. Wystarczy nakierować kamerę na to, co widać za oknem, wskazać o który budynek nam chodzi, a wszystkie informacje pokażą się na ekranie. Były też interaktywne stoiska, z których można było się dowidzieć ciekawych informacji, ekran w podłodze, pokazujący jak wyglądają ulice pod naszymi stopami, widziane z wysokości setnego piętra. A kiedy przykleiło się nos do szyby od południowej strony, można było nawet zobaczyć w dole Ground Zero, jeden z dwóch basenów po poprzednich wieżach. Nowy Jork zdecydowanie ma coś w sobie, niezależnie od tego, czy patrzy się na niego z góry, czy z dołu.










Skończyłam zwiedzanie w chmurach, ale przed powrotem do hotelu chciałam zobaczyć coś jeszcze. Skrzyżowanie ulic Wall Street i Broadway mam już zaliczone, więc trzeba by jeszcze klepnąć byka w zadek żeby mieć powodzenie finansowe. Tak jet. Byka w zadek.

15 grudnia 1989 roku pod 18-metrową choinką na Board Street, niedaleko nowojorskiej giełdy, w tajemniczy sposób pojawił się trzytonowy posąg szarżującego byka z brązu. Jego twórca, włoski rzeźbiarz Arturo di Modica, potajemnie umieścił go tam w nocy, jako prezent dla Nowojorczyków. Byk jest przedstawiony w dość agresywnej pozie, miał więc symbolizować siłę i moc narodu amerykańskiego oraz podnoszenie się i szybki rozwój tego narodu po krachu giełdowym, jaki miał miejsce w 1987 roku. Ale że został postawiony tam nielegalnie, już po kilku godzinach go stamtąd usunięto. Byk jednak zdążył zyskać sympatię mieszkańców, zwłaszcza że artysta zadbał również o rozprowadzenie ulotek z wyjaśnieniem symboliki i innymi informacjami na temat posągu. Mieszkańcy żądali, by byk powrócił na swoje miejsce, na co władze zgodziły się po kilku dniach. Od tej pory Szarżujący Byk stawał się coraz popularniejszy wśród nowojorczyków i turystów z całego świata. Jest też najczęściej dotykanym posągiem na świecie. Wiąże się to z twierdzeniem, że byk, który symbolizuje siłę nowojorskiej giełdy, przyniesie sukces finansowy każdemu, kto go dotknie. Z jakiegoś powodu ludzie upodobali sobie dotykanie jego "byczych akcesoriów", dlatego też jego moszna lśni, jakby była ze złota.

Niby nic trudnego, znaleźć wysokiego na 3,5 m i długiego na prawie 5 m byka. Dotarłam na wskazane miejsce i nic oprócz tłumów nie widziałam. Ale stoiska z pamiątkami porozstawiane dookoła mówiły, że jestem w dobrym miejscu, bo oprócz tradycyjnych figurek Statuy Wolności, można było dostrzec pełno figurek Szarżującego Byka. Podeszłam więc bliżej do tłumu i wszystko stało się jasne. Byk był tak oblegany, że trudno było się do niego dopchać, a już nie mówię o zrobieniu zdjęcia. Co parę sekund tylko zmieniały się osoby pozujące. Ale o fotografii ukazującej cały posąg można było zapomnieć. Przód oblegany, z boku było trochę lepiej, z tyłu też kolejka. Nie pozostało nic innego, jak się stamtąd ewakuować. Ciekawostka: drugi taki byk stoi w ogrodzie pana Mariusza Świtalskiego (założyciel Biedronki i Żabki) pod Poznaniem. Oprócz tego na świecie znajdziemy te posągi w Szanghaju, Amsterdamie, na Florydzie i Bahamach. Wszystkie kopie wykonane są przez tego samego artystę.

Podsumowując, Nowy Jork zachwycił po raz kolejny.











czwartek, 2 lipca 2015

Jak to się można zaplątać

W gazetach i telewizji trąbią o problemie Grecji. Kraj prawie bankrutuje, banki pozamykane, a każdy mieszkaniec może wypłacić z bankomatu dziennie 60 euro. Pieniędzy na koncie może być więcej, ale i tak nie da rady ich pobrać. Podobna sytuacja spotkała mnie ostatnio, kiedy udałam się do Nowego Jorku.

Długo się naprosiłam o lot do NYC. Próbowałam aż kilka miesięcy. Mój grafik jest zawsze pełen lotów 39/40 i 3/4, co oznacza Paryż i Londyn. Dlatego lot do Stanów miał być miłą odmianą. Poza tym w czerwcu pogoda powinna być już całkiem przyjemna. Od razu pojawił się pomysł, żeby wjechać taras obserwacyjny na nowej wieży One World Trade Center. Budynek został oddany do użytku już jakiś czas temu, ale dopiero niedawno udostępniono taras na setnym piętrze dla turystów. Oprócz tego miałam "misję", żeby znaleźć pewną książkę dla brata. Jak o tym usłyszała moja niespełna pięcioletnia bratanica, też poprosiła o książkę z USA, do tego o Nowym Jorku. Oczywiście dumna ciocia wzięła sobie prośbę do serca, więc stało się to moim priorytetem wyjazdu.

Lot był męczący, ale w inny sposób, niż to bywało kiedyś. Po ośmiu miesiącach pracy w Airbuse A380, żaden inny lot pod kątem pracy nie jest mi straszny. Nawet przy pełnym obłożeniu w Boeingu będzie łatwiej niż w moim kolosie. Dla porównania w Boeingu mamy 2 kuchnie, 8 osób z załogi na 42 pasażerów. W Airbuse jest 1 kuchnia, 6 osób z załogi, a pasażerów 48. Oczywiście mowa o biznes klasie. Uwierzcie mi, robi to wielką różnicę. Dlatego teraz męczył tylko kilkunastogodzinny czas lotu. Ale za to z pokoju hotelowego widziałam w oddali wysokie wieżowce Manhattanu, zapraszające mnie do siebie. Nad całym Nowym Jorkiem wisiały ciężkie chmury, ale i tak miałam nadzieję, że prognozy pogody zapowiadające deszcz się mylą. 



Niestety, rano już nie mogłam dostrzec wieżowców ze swojego pokoju. Zachmurzenie było na tyle gęste, że nie dało się nic wypatrzyć. Do tego nieustający deszcz tylko zmieniał swą intensywność. Tyle z mojego czerwcowego spacerowania po Nowym Jorku. Buty miałam niestety takie, że momentalnie by przemokły. Mogłam sobie równie dobrze wyjść na boso. Ale chwileczkę, przecież poza zwiedzaniem miałam jeszcze książkową misję do spełnienia. Deszcz, nie deszcz, brata i bratanicy nie mogę zawieźć. 

Żeby dostać się z naszego hotelu do miasta, trzeba przejechać przez dzielnice Queens i Brooklyn, więc co najmniej dwa środki transportu są wymagane. Prawie na każdej stacji metra można za bilet zapłacić kartą, ale w autobusie już trzeba gotówką, do tego odliczoną. Słowem, żeby się ruszyć z hotelu trzeba mieć dolary w kieszeni i to rozmienione na drobne.

Katarski bank, w którym mam konto, w celu ochrony konsumentów i ich pieniędzy, wprowadził blokadę kart płatniczych na niektóre kraje. Wśród nich znajdują się też Stany Zjednoczone. Karta płatnicza nie będzie działać w tym kraju ani w bankomatach, ani przy płatnościach bezgotówkowych, o ile nie zadzwoni się wcześniej do banku i nie odblokuje tej funkcji na kilka dni. Ja, kursująca ostatnio między Londynem i Paryżem, zapomniałam tego zrobić. Przypomniało mi się już na miejscu, ale myślałam, że nie będzie to stanowiło problemu. Na sytuacje awaryjne z moją katarską kartą, mam zawsze w zanadrzu kartę do polskiego konta, z którą nigdy nie ma problemów. 

Po śniadaniu zjechałam więc ze swojego szóstego piętra do holu, gotowa do wyjścia. Plan dnia bardzo prosty, wycieczka do księgarni i z powrotem. Podchodzę do bankomatu, sprawdzam na wszelki wypadek kartę katarską, ale ta zgodnie z oczekiwaniami nie działa. Wyciągam więc pewnie kartę polską i ku mojemu zaskoczeniu również dostaję odmowę. Dzień wcześniej płaciłam nią w sklepie, więc spodziewałam się, że i w bankomacie zadziała. Niestety, tu zaczęły się schody. Trzeba się skontaktować z bankiem w Doha. Połączenie z katarskiej komórki ze Stanów kosztuje 17QR/min. Telefon miałam na tyle doładowany, że starczyłoby mi tylko na jedną minutę rozmowy, a wiadomo, jak się z bankiem rozmawia: przez pierwszą minutę słucha się reklamy i automatu, później przez kolejną odpowiada się na pytania, żeby potwierdzić, że jest się właścicielem konta. Poprosiłam więc swojego partnera w Doha, żeby zadzwonił do banku z prośbą o skontaktowanie się ze mną. Za rozmowę przychodzącą płaci się 2,5QR/min, więc z tym już sobie poradzę. Poza tym kiedyś już robiliśmy taką akcję, chyba nawet też z hotelu w Nowym Jorku, więc powinno pójść sprawnie. Wróciłam do swojego pokoju po moje katarskie ID, którego numer trzeba podać przy identyfikacji. W końcu zadzwonił do mnie niezadowolony pan z banku, który odblokował kartę, a na koniec rozmowy rzucił gburowato, żeby nikt inny więcej nie dzwonił do banku w moim imieniu. 

Schodzę na dół, czekam wskazane 10 minut, próbuję z bankomatem - odmowa. Ok, może muszę poczekać dłużej. 20 min... 30 min... odmowa. 45 min... 60 min... odmowa. Podchodzę do recepcji z prośbą o połączenie z bankiem w Katarze. Ale pani odsyła mnie do pokoju, ponieważ rozmowa musi być doliczona do mojego rachunku. No dobrze, wracam więc do pokoju i dzwonię. "PLEASE HANG UP" ("proszę odłożyć słuchawkę") pojawia się na wyświetlaczu telefonu, kiedy wybieram numer. W takim razie dzwonię na recepcję, żeby zapytać co jest grane, ale nikt nie odbiera.

Poirytowana, schodzę na dół po raz kolejny. podchodzę do tej samej babki przy recepcji i mówię, w czym problem. Ona wybiera numer do banku ze swojego telefonu, po czym odkłada słuchawkę i mówi, że wyśle kogoś do mojego pokoju, żeby sprawdzić telefon. No to pytam, czy problem jest z samym aparatem telefonicznym, czy z połączeniem z Katarem, ale słyszę po raz kolejny "zaraz wyślę kogoś do pani pokoju". Zaciskam zęby, bo nie lubię być zbywana w ten sposób. Upewniam się, że na recepcję dzwoni się z pokoju wciskając "0" na telefonie, zaznaczam, że zeszłam, bo nikt nie odbierał, na co dostałam tylko grymaśny uśmiech w odpowiedzi. Wracam więc na górę i czekam na specjalistę od telefonu. Ten przychodzi po 10 minutach, grzebie coś przy aparacie, po czym stwierdza, że nie działa. Próbuje coś majstrować, aż w końcu dzwoni na recepcję, żeby sprawdzić, czy nie ma jakiejś blokady. Okazuje się, że jest, bo pokoje mamy rezerwowane przez firmę, a nie osobę fizyczną, przez co nie ma do rezerwacji dopisanego numeru karty kredytowej, jako zabezpieczenie. Blokada na moją prośbę zostaje zdjęta. Dziwię się tylko, dlaczego nie powiedziano mi tego od razu na recepcji, kiedy opisałam swój problem z rozmową wychodzącą, ale w odpowiedzi znów dostaję grymaśny, przepraszający uśmiech od pana montera. Może to taki ich znak firmowy w tym hotelu. Wybieram numer, po drugiej stronie automat: "Numer przez ciebie wybrany nie został rozpoznany". Monter tylko wzruszył ramionami, powiedział, że muszę dalej próbować, bo chyba mam zły numer i poszedł. Próbowałam jeszcze kilka razy, ale bez skutku. No to dzwonię z komórki, może zdążę w minutę. Ale zdążyłam tylko wybrać język angielski, wcisnąć "0", żeby połączyć się z konsultantem i zostałam rozłączona. W banku chyba jednak odnotowano próbę kontaktu, bo oddzwonili do mnie po chwili. Szybko wytłumaczyłam, w czym problem. Że miało działać po 10 minutach, a tu godzina minęła i nic. Zaznaczyłam też, że jestem już w Stanach, więc nie mogę dzwonić do nich co 5 minut. Zdziwiony operator zapytał w jakim jestem mieście, odpowiadam więc, że w Nowym Jorku i tuuuut.... tuuuut.... tuuuut... Skończyły mi się kredyty na komórce. O losie złośliwy!

Schodzę na dół, bo w sumie zdążyłam powiedzieć o co chodzi, więc może sami z siebie problem naprawią. Ale gdzie tam. Pół godziny i dalej nic. Wracam na górę i próbuję po raz kolejny dzwonić ze stacjonarnego telefonu w pokoju, ale "numer przez ciebie wybrany nie został rozpoznany". Trudno. Już miałam się poddać, już zaczęłam szukać książki online. Po Nowym Jorku miałam zamiar lecieć do Polski na krótkie dwa dni. Ale o ile brat zrozumie, dlaczego książki nie przywiozłam i poczeka do następnego razu, o tyle bratanica może być zawiedziona. A kilkuletniemu dziecku nie będę przecież opowiadać o swoich przejściach z kartą do bankomatu. Poprosiłam więc partnera o jeszcze jedną przysługę. Kupił w Doha doładowanie karty za 100QR, przesłał mi numer, żebym spokojnie mogła się z bankiem rozmówić. Okazało się, że za pierwszym razem kartę odblokowano mi tylko na płatności bezgotówkowe, a nie na wyciąganie gotówki z bankomatu. Pan zapewnił, że tym razem na pewno będzie działać.

Schodzę po raz kolejny. Mój dzisiejszy dystans pokonany windą w górę i w dół chyba już równa się temu tarasowi obserwacyjnemu na setnym piętrze One World Trade Center. Biorę głęboki oddech przed bankomatem, wciskam co trzeba i czekam z zapartym tchem, aż w końcu słyszę charakterystyczne "trrrrrrrrrrr", kiedy to maszyna segreguje pieniądze. Uff... udało się... Z gotówką w ręku i trzygodzinnym opóźnieniem ruszam do miasta. 

Czasu już było niewiele, udałam się więc prosto do księgarni. Znalazłam to, czego szukałam, więc zadowolona mogłam wrócić do hotelu. Po drodze postanowiłam chociaż z zewnątrz zerknąć na wieżowiec, o którym wcześniej myślałam. Ten od połowy był ukryty w chmurach, co też było niesamowitym, widokiem. A skoro już byłam tak blisko, postanowiłam podejść też do zbiegu dwóch ulic, Wall Street i Broadway. Dwie typowo nowojorskie tabliczki w jednym miejscu.

Księgarnia Bookstore


One World Trade Center


Giełda Papierów Wartościowych w Nowym Jorku - Wall Street

Ten pobyt w Nowym Jorku był jednocześnie krótki i intensywny. Chyba będę musiała się postarać o kolejny. Plotki chodzą, że w sierpniu przenosimy się do innego hotelu, bliżej centrum, więc może w końcu wizyta w mieście nie będzie wielką wyprawą.