obraz

obraz

piątek, 29 czerwca 2012

London calling!

Zabrali Moskwę, dali Kair i Katmandu. Zabrali Kair, dali stand by. Zadzwonili, dali Londyn i zabrali Katmandu. Wszystko w ciągu półtora dnia. Ale dlatego właśnie moja praca jest ciekawa.

Od otrzymania telefonu o zmianie grafiku, miałam 45 minut na przygotowanie. Makijaż już był zrobiony, bo od rana miałam przeczucie, że mnie gdzieś wyciągną, walizka jeszcze nie rozpakowana po Wiedniu, więc wymieniłam tylko noszone rzeczy. Sprawdziłam listę załogi i co widzę? Znów w klasie ekonomicznej jestem najstarsza stażem, więc kuchnia będzie na bank. I nie pomyliłam się. Na szczęście poszło gładko i wszyscy byli zadowoleni. Przed wylotem zdążyłam jeszcze dać znać Sebastianowi w Brighton, więc plany na niedzielę w Londynie zrobione.

Nie raz się zastanawiałam nad taką jedną pierdołką. Jak to się dzieje, że po gorącej kąpieli/prysznicu w hotelowej łazience, wszystko jest zaparowane, ale mały obszar na lustrze zostaje idealnie przejrzysty, jakby dopiero co był przetarty. I wymyślałam już różne dziwactwa, łącznie z preparatami do czyszczenia luster, które czynią je odporne na parę ;) Ale dopiero teraz dowiedziałam się jak to działa - otóż środek lustra po prostu jest podgrzewany, stąd taki efekt, który nie powiem, jest bardzo praktyczny :)


Pogoda na Wyspach początkowo zapowiadała się typowo angielska, wyposażyłam się więc w kurtkę, szal i czapkę, na wypadek deszczu. Na szczęście serwisy pogodowe znów się pomyliły i deszczu nie było. Mało tego, wyszło piękne słońce i dzień w Londynie był naprawdę udany. Zaczęło się od szybkich zakupów. W końcu znalazłam coś, co chodziło już za mną od dawna.


... a potem kawa w doborowym towarzystwie!


Obiecuję, że następnym razem w Londynie wybiorę się na odświeżenie wiedzy o zabytkach i atrakcjach turystycznych, bo ostatni raz je widziałam w kwietniu 2008. Trzeba zobaczyć, czy Big Ben jeszcze stoi. 






Dzień niestety szybko się kończył i trzeba było wracać. Lot powrotny był znów zapracowany, tym razem biegałam po kabinie w swojej strefie, ale jedna rzecz sprawiła, że wszelkie trudy i smutki zniknęły w oka mgnieniu. Jeden z pasażerów przyniósł mi chusteczkę z napisanym na niej tekstem wychwalającym obsługę w naszych liniach lotniczych, "Exceptional service, the best cabin crew EVER!" Oczywiście od razu mu podsunęłam nasz oficjalny formularz, dzięki czemu kolejny zachwalający komentarz wpadł na nasze konto.

Po powrocie czekały mnie dwa dni odpoczynku, jeden SBY i 3 kolejne dni wolne. Wracam, wczytuję kartę na koniec pracy i co widzę? Kair zamiast SBY! No niech ich coś ugryzie! Uparli się na mnie z tym Kairem w tym miesiącu! Wróciłam do domu o 8 rano i oczywiście wymęczona po locie poszłam spać. Obudziłam się po 12 godzinach, świeża i wypoczęta, ale dzień się skończył i co tu robić? Sprawdziłam grafiki dziewczyn - wszystkie latają, więc nikogo nie wyciągnę. Na szczęście znaleźli się inni znajomi, chętni na wodę z cytryna i herbatę marokańską (bo przecież nie piwo, niestety).

Następnego dnia, kiedy chciałam wydrukować sobie zmieniony grafik, widzę kolejne zmiany. Byłam przekonana, że znowu coś mi z tym Kairem mieszają, ale tym razem się myliłam. Znalazłam w swoim grafiku tajemniczy skrót INT. Okazuje się, że to "interview" - rozmowa w ambasadzie USA w sprawie wizy, ostatni krok do otrzymania tego dokumentu i rozpoczęcia lotów do Stanów! Czas najwyższy, może dzięki temu w sierpniu uda mi się i Statuę Wolności zobaczyć ;)


Londyn, Anglia 23-24.06.2012

środa, 27 czerwca 2012

Przesłanie

Do wszystkich młodych ludzi! 

Nie bójcie się podejmować odważnych decyzji, Wasza przyszłość jest w Waszych rękach! Otwórzcie się na świat! Nikt nie każe Wam zostać w kraju i czekać, aż pewnego pięknego dnia przyjdzie wymarzony rząd, który posprząta ten cały bajzel i wszystko będzie cacy, każdy dostanie dobrze płatną pracę w swoim wyuczonym/wymarzonym zawodzie. Jest tyle możliwości na świecie, wystarczy tylko trochę poszperać w internecie. A studiowanie za granicą wcale nie musi wiązać się z ogromnymi wydatkami, na które mało kogo stać. Wystarczy chęć, decyzja i konsekwencja.

Piszę to, bo niektóre z tych możliwości są już dla mnie zamknięte ze względu na wiek, gdzie limit wynosi 24, 25. Ale w wieku dwudziestu kilku lat jeszcze wszystko można zdziałać. Uniwersytety, szkoły lotnicze i wszystkie inne stoją otworem. A po angielsku teraz już każdy mówi. Lepiej lub gorzej, ale wszystko jest do wyszlifowania. Słowo daję, gdybym 5 lat temu wiedziała to, co wiem teraz (i nie mam tu na myśli życiowych doświadczeń, bo to każdy "mądry po szkodzie", mam na myśli rzeczy wyszukane w internecie), moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej.

Koniec przesłania. Bez odbioru.



wtorek, 26 czerwca 2012

Żurek za 1 euro


Czy po 8 miesiącach latania można być osikanym ze stresu podczas lotu? Można. Wystarczy usłyszeć na briefingu "Martyna, you will do the english PA's" (Martyna, wygłosisz wszystkie angielskie komunikaty). Chodzi o wszystkie komunikaty, które słychać w kabinie podczas całego lotu. Od tych na przywitanie pasażerów na pokładzie, przez przedstawienie kapitana, aż po komunikat po wylądowaniu. Przeważnie zajmuje się tym CS albo CSD, ale czasami proszą kogoś innego. Niby nic takiego, bo mamy wszystko spisane, wystarczy tylko przeczytać odpowiedni komunikat w odpowiednim momencie. Ale jak robi się to po raz pierwszy, ze świadomością, że 132 osoby usłyszą to, co mówię do słuchawki, to język sam się chce plątać, wyrazy same się przestawiają, a akapit, który przed chwilą był na tej stronie, zdaje się wyparował w tajemniczych okolicznościach! 

Lot do Wiednia zaczął się więc od małego stresiku. Nasze linie cały swój serwis mają skierowany na pasażera, to i komunikaty nie są takimi suchymi ogłoszeniami, tylko słodko-pierdzącymi wypowiedziami. "Panie i Panowie, witamy na pokładzie... bla bla bla... serdecznie witamy członków naszego programu lojalnościowego... bla bla bla... w trosce o wasze bezpieczeństwo... bla bla bla... pragniemy zapewnić Państwu... bla bla bla... bla bla bla..." I tak kilka razy podczas lotu. Po pierwszym komunikacie już się trochę rozluźniłam, bo okazało się, że nie taki diabeł straszny. No to za chwilę się okazało, że wideo z prezentacją dotyczącą bezpieczeństwa nie chce się uruchomić. No to już, łapiemy za kamizelki ratunkowe i maski tlenowe i idziemy do kabiny na demonstrację. Akurat to nie wystraszyło mnie tak, jak pozostałą część załogi, bo już kiedyś miałam okazję wykonywać manualną demonstrację, kiedy system nawalił. Ale ponieważ tym razem to ja byłam od komunikatów, przypadło mi więc czytanie instrukcji, według której moje koleżanki wywijały kamizelkami i maskami w kabinie.

Sam lot przypominał podróż do Indii. 3/4 pasażerów z tego właśnie kraju. Nie wiem, jakoś wcześniej nigdy ich nie widziałam w Europie. A może raczej nie zauważałam. A teraz są wszędzie. W każdym razie, na nudę podczas lotu nie narzekaliśmy.

Dotarliśmy do hotelu, godzinka na zmianę wizerunku i na miasto. Wybraliśmy się w 5 osób, ale to ja pierwsza dorwałam się do mapy, więc wszyscy grzecznie podążyli za mną. I pomimo tego, że po drodze jeden z chłopaków, w którym nagle budził się (błędny) zmysł orientacyjny próbował mi wmówić, że to nie tędy droga, bardzo szybko dotarliśmy do centrum. Bez konkretnych planów, po prostu chcieliśmy pospacerować, bo pogoda była przyjemna. Dwie dziewczyny odłączyły się od grupy, rzucając się w wir zakupów, a my wybraliśmy się na obiad. A co tu innego zjeść w Austrii, jak nie sznycla? Znaleźliśmy miejsce, które się reklamowało "Nasze sznycle są największe". Zamówiliśmy więc każdy po jednym. Kiedy kelner nam przyniósł dania, to tylko trzeba było wierzyć na słowo, że pod sznyclem jest talerz, bo daję słowo, nie było go widać. Jeden, ogromny sznycel z cytryną na środku. I do tego bardzo smaczny!






Po takim obiedzie trzeba było pospacerować jeszcze chwilę. Pokręciliśmy się więc po mieście, powoli kierując się w stronę hotelu. W jednym ze sklepów zauważyłam pełno koszulek i szalików polskiej reprezentacji, porozwieszanych po całym sklepie. Weszłam więc do środka, a tam pani ekspedientka rozmawiała z klientką po polsku. Kiedy przyjrzałam się uważnie produktom na półkach, to aż się miło zrobiło. Pełno polskich produktów. Zadowolona zrobiłam więc zapas jednej z moich ulubionych zup, której w Doha na pewno nie dostanę. Paczka z żurkiem w proszku kosztowała tylko 1 ojro.






Podczas lotu powrotnego wygłaszanie komunikatów już nie było takie straszne. Zostałam nawet za nie pochwalona przez CS. Następnego dnia czekało mnie parę godzin stand by. I jakieś takie miałam przeczucie w kościach, że pomimo tego, że na następny dzień mam zaplanowane Katmandu, to wyślą mnie gdzieś indziej. Pytanie tylko: gdzie? I tak o godzinie 13:20, kiedy to z pełnym makijażem oglądałam sobie TV, dostałam telefon, że lecę do Londynu. Ale o tym w następnym odcinku.. ;)

Wiedeń, Austria 21-22.06.2012

piątek, 22 czerwca 2012

Lipiec jak w mordę strzelił!

Proście, a będzie wam dane. Przestańcie prosić, a dadzą wam jeszcze szybciej. Tak to zadziałało w moim przypadku. Od lutego, od kiedy tylko przeszłam szkolenie na Boeinga, prosiłam o lot do Brazylii. Przez trzy miesiące z rzędu poświęcałam jedną i to tę najwyżej punktowaną pozycję w swoich obstawianych lotach. W maju zrezygnowałam, bo Sao Paolo cały czas utrzymuje się w TOP 10 miejsc wybieranych prze cabin crew.  Ba, nawet TOP 3! Postanowiłam więc nie marnować już miejsca i dać szansę innym miastom. I oto co mi się zaświeciło w lipcowym grafiku: Sao Paolo i Buenos Aires (z podwójnym noclegiem w Sao Paolo)! No to ci dopiero! No niech im będzie, polecę ;)

Ta podróż zajmie mi 4 dni, do tego przed i po musi być odpowiednia ilość wolnego, więc już 1/3 miesiąca zajęta. Mimo to w grafiku znalazłam jeszcze dwie pozycje z mojej listy życzeń. A właściwie trzy, bo dwa razy wysyłają mnie do moich seszelskich przyjaciół i raz do Afryki! Johannesburg, w skrócie nazywany przez wszystkich Joburg, to jedno z najlepiej polecanych miejsc przez cabin crew. Bo i tanio, i przyjemnie, i Lion Park niedaleko, więc może uda się jakiegoś tygrysa pogłaskać. Oj, lipiec będzie ciekawy, mówię Wam! A po lipcu przyjdzie czas na świętowanie pełnego roku na pustyni. Tylko jak tu świętować, skoro Ramadan będzie?

Ludzie z rosteringu (od układania grafików) spisali się w tym miesiącu na medal, nie powiem. Co prawda dalej mają opory z wysyłaniem mnie do Europy (5 na 10 moich obstawianych lotów), ale pretensji do nich nie mam.

A oto i cały grafik lipcowy:
01 - OFF
02 - REST
03-05 - SBY
06 - Bahrajn
07-08 - OFF
09-12 - Sao Paolo, Brazylia -> Buenos Aires, Argentyna
13 - OFF
14-16 - SBY
17/18 - Rijad, Arabia Saudyjska
19-20 - Seszele
21-23 - OFF
24-25 - Johannesburg, RPA
26-28 - OFF
29 - REST
30-31 - Seszele

Lecimyyyyyy!

Ale żeby się tak za dużo nie cieszyć, bo równowaga w przyrodzie musi być, namieszali mi w końcówce grafika czerwcowego. I tak oto, jak tylko wróciłam z Wiednia, jak zawsze robiłam check-out przy komputerze, a tu mi wyskakuje, że mam zmiany w grafiku. Zabrali mi jutrzejszy Kair (bardzo dobrze), dali zamiast tego SBY (średnio) i zamienili Moskwę na Katmandu (bardzo źle). Od razu zaczęłam walkę, że jak można mi zabierać Rosję i po raz czwarty wysyłać do Nepalu? Zaczęłam robić smutną minkę, że przecież tak długo walczyłam o tą Moskwę (bullshit), w końcu ją dostałam i że przecież nie powinni usuwać z grafika lotów z listy życzeń (kolejny bullshit, bo przecież tak naprawdę mogą robić, co chcą). Pan poklikał, poklikał i powiedział, że lot do Moskwy został odwołany. No więc trudno. Nie będzie Placu Czerwonego. Będą kozy na ulicy i dziadki z koszami pełnymi siana na głowie.


wtorek, 19 czerwca 2012

Zasłyszane w taksówce

Aaa, a wiecie, czego się dowiedziałam od taksówkarza na Seszelach, który wiózł mnie z lotniska? Człowiek mieszka tam całe swoje około 60-letnie życie i o Polsce wie tyle, co ja o Seszelach ;) Ale kiedy mnie zabawiał rozmową podczas drogi do hotelu i dowiedział się, że jestem właśnie z Polski, skojarzył sobie fakt tragedii w Smoleńsku z 2010 roku. Powiedział "Tak, tak, ja wiem. Prezydent zginął w katastrofie i jego brat bliźniak zajął jego miejsce i rządzi państwem". Szybko sprostowałam, jak to naprawdę było...

Jak widać, wiadomości o tym, co się dzieje w Polsce docierają nawet na małe, seszelskie wyspy. Szkoda, że tylko połowicznie...

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Urlop czerwcowy

Tym razem mój urlop wyglądał inaczej, niż zwykle. 5 dni, to za krótko, żeby lecieć do Polski, więc postanowiłam wybrać inne miejsce na zwiedzanie. Miała być Grecja, ale kolega z tego właśnie kraju mnie nastraszył, że teraz to nie najlepsze miejsce dla samotnie podróżującej dziewczyny. No to postawiłam na Stambuł w Turcji, Hagia Sophia i te sprawy. Niestety, okazało się, że przez 3 dni z rzędu loty do Stambułu mamy pełne. Może w ostatniej chwili zwolniłoby się jakieś miejsce, ale nie chciałam ryzykować. Turcja również została odłożona na inny termin. 

No to co mi pozostało? Jakie jest moje ulubione miejsce, gdzie zawsze się dobrze relaksuję, niezależnie od pogody? No właśnie :))



Akurat tak się ułożyło, że jedna z najlepszych moich tu koleżanek miała lot na Seszele. Kupiłam więc bilet na ten sam lot. Poleniuchowałyśmy sobie cały dzień na wyspie, spędzając sporo czasu na "babskich" rozmowach, opalaniu, pływaniu i drinkowaniu. To się nazywa prawdziwy wypoczynek. Tym razem trafił mi się pokój z balkonem, na którym można się zrelaksować po powrocie z plaży, a i przez pracowników hotelu byłam traktowana inaczej, jako "zwykły" gość hotelowy, a nie jeden z pracowników QA, który codziennie zajmuje im kilka pokoi w ramach podpisanej z firmą umowy. Urlop krótki, bo krótki, ale zdecydowanie udany. 




A wracając jako pasażer miałam okazję porobić kilka zdjęć, których nie zrobię będąc w pracy. Oto nasz piękny, malutki Airbusik 319 i Seszele z góry.






Wróciłam prosto na mecz Polska - Czechy. Mecz o wszystko, którego nie może zabraknąć na wszelkiego rodzaju rozgrywkach piłkarskich, w których Polska bierze udział. Dobrze, że obyło się bez "meczu o honor". Jakieś bramki w końcu strzeliliśmy, ale i tak kończymy zabawę na ostatnim miejscu w grupie. No szkoda, szkoda.




Wybrałyśmy się też w końcu z Marylene do Muzeum Sztuki Islamskiej w Doha. Marylene była jedyną osobą, która też chciała zobaczyć to miejsce i nie patrzyła na mnie, jak na UFO. Wszystkie inne (młodsze) koleżanki miały taki właśnie wyraz twarzy, kiedy zapytałam, czy chcą iść zobaczyć muzeum. Miejsce zgodnie z oczekiwaniami okazało się bardzo ciekawe, zbiory ogromne. Zdjęć w środku nie wolno było robić, haram, więc mam tylko zdjęcia na zewnątrz. A ciekawostką jest, że budynek muzeum został wybudowany wg projektu Ieoh Ming Pei, tego samego, który zaprojektował szklaną piramidę w Luwrze w Paryżu.









Fajnie jest, ale niech już się to wolne skończy, poleciałabym sobie gdzieś. A tu jeszcze jeden dzień wolny. No ale postaram się go dobrze wykorzystać, bo tuż po nim czeka mnie mały maraton, 5 dni lotów z krótkimi odpoczynkami pomiędzy. Ale co tam, nie raz robiło się już maratony 7-dniowe.

Nie wybiera się ktoś do Wiednia na wakacje? ;) Bo na Moskwę już mam plany zrobione :)

czwartek, 14 czerwca 2012

Wenecja północy

W tym miesiącu trafiły mi się dwa loty do Szwecji, jeden za drugim. Oba zupełnie różniły się od siebie. Podczas pierwszego połowa pasażerów była z Indii, podczas drugiego - mnóstwo dzieci i niemowlaków. Podczas obydwóch w drodze powrotnej wrzucili mnie na galley, więc mogę już spokojnie siebie nazywać szefem samolotowej kuchni ;)




Dzień pierwszy.
Sztokholm jest pięknym miastem. I tak jak przypuszczałam będąc tam w styczniu - latem jest jeszcze piękniejszy. Ale nie kwalifikuje się do listy miejsc do zamieszkania. Jest tam stosunkowo drogo, szwedzki język jest trudniejszy chyba od chińskiego, a alkohole wysokoprocentowe sprzedaje tylko jedna sieć, której właścicielem jest państwo. W zwykłym supermarkecie nie znajdzie się niczego, poza piwem. Nie, żeby był to jakiś wyznacznik tego, gdzie mam mieszkać, ale nie utrudniajmy sobie życia. Nie będzie to Sztokholm. No chyba, że porwie mnie jakiś blond Szwed niebieskooki, to wtedy inna sprawa.

Pierwszego dnia na zwiedzanie wybrałam się z dziewczyną z Peru. Zaczęłyśmy od Pałacu Królewskiego, gdzie w południe miała się odbyć zmiana warty. Dookoła zebrał się spory tłum, a kiedy wybiła dwunasta, jeden ze strażników przespacerował się w lewo, w prawo i wrócił na miejsce. Byłam bardzo zawiedziona, ale że reszta ludzi się nie ruszała z miejsca, to i my zostałyśmy. Po chwili wkroczyła orkiestra ubrana na biało. Przy czerwcowym słońcu ta biel aż raziła w oczy. Po orkiestrze przyszedł czas na żołnierzy. I w końcu moje oczekiwania co do zmiany warty zostały zaspokojone. 










Spod Pałacu Królewskiego udałyśmy się w kierunku rzeki. Po drodze pewien włoski turysta poprosił nas o zrobienie mu zdjęcia. Zapytał, czy wiemy którędy do Vasa Museum. A ponieważ szłyśmy właśnie do tego muzeum, w dalszą drogę wybraliśmy się we trójkę. Vasa to szwedzki okręt wojenny, który zatonął w 1628 roku, a ponad 300 lat później został wydobyty i przekształcony w muzeum. Na zdjęciach robił wrażenie, ale na żywo okazał się jeszcze większy, niż myślałam. Był największym z galeonów w tamtych czasach. Ale krótki był jego żywot. Bogate zdobienia i 64 działa na dwóch pokładach to spore obciążenie. Nie pomogło nawet 120 ton kamiennego balastu, przy pierwszym podmuchu wiatru podczas próbnego rejsu okręt przechylił się na jedną stronę, nabierając sporo wody i już nie postawił się do pionu. Zatonął w odległości 1 mili od portu, pociągając za sobą marynarzy. Cóż, widocznie tak miało być, zwłaszcza, że okręt był przeznaczony do wojny z Polską...








Pogoda nam się trochę rozkaprysiła i zaszczyciła nas deszczem. I tak już miało zostać prawie do końca dnia. Znaleźliśmy więc miejsce, gdzie można zjeść coś dobrego. Trafiliśmy idealnie. T.G.I. Friday's. Najlepsze żeberka z prosiaka, jakie kiedykolwiek jadłam. Do tego ich popisowy sos Jack Daniels, palce lizać! Wrzucam zdjęcie, co by wszystkim ślinka pociekła. A gdyby mój lot był o jeden dzień później, to jeszcze bym sobie mecz przy tych żeberkach obejrzała.





Dzień drugi.
W końcu udało mi się dostać pokój z widokiem nie na zamknięty dziedziniec ze sztucznymi pingwinami, ale z widokiem na miasto. Jak to mówią, do trzech razy sztuka. Tym razem mój pobyt w tym mieście zaczął się o godzinie 17, więc na zwiedzanie i zakupy było już za późno, bo prawie wszystko pozamykane. Postawiłam więc na spacer i wypróbowane już wcześniej żeberka. Po tym spacerze stwierdzam, że chrzanić to, że jest drogo, chrzanić czekanie na szwedzkiego księcia z bajki. Sztokholm oficjalnie zostaje wpisany na listę miejsc do zamieszkania. A i mama się ucieszy, bo zawsze to bliżej, niż Singapur, czy Australia.

Widok na dziedziniec z pierwszego pokoju

Widok na miasto z drugiego pokoju

Znalazłam deptak z mnóstwem ludzi, pomimo tego, że godzina była popołudniowa, a i sklepy pozamykane. Wiedziałam, że wrócę tu następnego dnia, bo okazało się być blisko mojego hotelu. Nie przeszkodził nawet fakt, że zbiórka do wyjazdu była zaplanowana na 13:30, a poprzedniego dnia wróciłam bardzo późno (a może już wcześnie?) ze szwedzkiego piwkowania na mieście. 9 rano, kawa na wynos i w drogę! To był strzał w dziesiątkę! Właśnie tak lubię się relaksować w europejskich miastach: spacerując w słońcu i obserwując, jak ludzie dookoła robią to samo. Dotarłam na plac przy ulicy Hotorget, który o poranku wyglądał zupełnie inaczej - pełen kolorów od stoisk z kwiatami i owocami. Znalazł się też mój ulubiony sklep, który w Doha na moje nieszczęście znajdował się w centrum handlowym strawionym przez ogień, dlatego skorzystałam z okazji i zrobiłam małe zakupki ;)










Polecam każdemu wycieczkę do Sztokholmu. Szwecja przecież nie tak daleko, a naprawdę warto!





Sztokholm, Szwecja 05-08.06.2011