obraz

obraz

środa, 29 sierpnia 2012

Wrzesień - w całej okazałości

I mamy grafik w całej okazałości:

01-02 - OFF
03-04 - Londyn, UK
05 - OFF
06 - Kuwejt
07 - szkolenie SEC, AST
08/09 - Dubaj, UAE
10 - OFF
11-14 - SBY
15-16 - OFF
17-19 - Nowy Jork, USA
20 - OFF
21/22 - Rijad, Arabia Saudyjska
23-25 - Incheon, Korea Płd.
26-28 - OFF
29-01 - Waszyngton, USA

Szkolenie, które się pojawiło, to tylko kilka nudnych godzin w biurze. Taka procedura, że co roku będą nam przypominać, jak prawidłowo robić coś, co robimy każdego dnia ;)

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Co nieco o wrześniu

W tym miesiącu szczegółowy grafik na kolejne cztery tygodnie pojawi się wyjątkowo późno, bo 31 sierpnia. Ale znam już miejsca, do których polecę. To może znów zacznę śpiewająco :) Ostatnio z piosenką pomagał mi Dean Martin, tym razem młody Frank Sinatra, Gene Kelly i Jules Munshin:



Kolejne miasto Stanów Zjednoczonych do odkrycia :) Czasu co prawda nie będę miała za wiele, ale nie ma na co narzekać. Ile się da, tyle zobaczę. Nasz hotel jest usytuowany daleko od miasta, bo na Long Island (jeśli ktoś oglądał serial "Jak poznałem waszą matkę", to wie, o czym mówię), ale w cale mi to nie przeszkodzi. Jak już mam podbijać Stany, to z grubej rury. Po Nowym Jorku przyjdzie czas na Waszyngton. Też jest zaplanowany na wrzesień. 

Niestety nie dostałam Seszeli, jak przewidywała Gosia. Ale spokojnie, wyspy mi nie uciekną, poza tym ciągle czekam na informację, gdzie szukać tajemniczego dziadka seszelskiego, który codziennie łowi dwie ośmiornice!

Mam też przed sobą wizytę w Londynie. Jest tam kolejna misja do spełnienia, o której na razie cicho sza! Będzie też lot do Incheon w Korei Południowej. Bardzo dobrze, bo już wiele razy się o niego starałam. Jest tylko jedno "ale". Lot trwa 10 godzin i nie mamy podczas niego odpoczynku, tak jak na przyklad w lotach do USA, czy Australii. Mam nadzieję, że będę miała siły, żeby coś na miejscu zobaczyć. 

Oczywiście nie może być miesiąca bez lotów turnaround. W tym miesiącu dostałam Dubaj, Kuwejt i Rijad w Arabii Saudyjskiej. Ale ze wszystkich lotów turnaround te akurat lubię. Leci się godzinkę, serwujemy ciepłe sandwiche i sok, więc nie ma całej tej zabawy z posiłkami na tacy dla każdego, arabscy pasażerowie może i zadzierają wysoko nosa, ale w porównaniu i innymi narodowościami są naprawdę w porządku. Zdecydowanie wolę te loty, niż np. Indie, Kair, czy jakiś inny Bangladesz. I teraz tylko trzymać kciuki, żeby do tego 31 sierpnia nikt tam w biurze zdania nie zmienił i żeby mój grafik wyglądał tak, jak wygląda.

Na razie to tyle odnośnie grafiku, dokładne daty będą za kilka dni. A tymczasem podczas dni wolnych wybrałam się do MIA Park w Doha. Miejsce, o którym jeszcze mało kto wie, bo zostało otwarte kilka miesięcy temu. I na dowód tego, że u nas też jest zielono, wrzucam kilka zdjęć:











środa, 22 sierpnia 2012

Minął rok..

Wczoraj minął dokładnie rok, od kiedy przyleciałam do Kataru. Odważyłam się zmienić całe swoje otoczenie. I to nie na inne miasto polskie, tak jak to zrobiłam 9 lat temu. Tym razem poszłam po bandzie ;) Następna przeprowadzka będzie chyba na Księżyc ;)

A tak na serio, to dobrze mi się tu żyje. Oczywiście, bywają lepsze i gorsze dni, ale tak na teraz, to jest dobre rozwiązanie. Do wszystkich zasad, nakazów i zakazów już się przyzwyczaiłam. Z resztą nigdy nie byłam typem buntownika, więc nie miałam z tym problemu. Przede mną jeszcze dwa lata kontraktu, a później się zobaczy. A na razie chętnie udzielam rad i wskazówek osobom wybierającym się do Kataru, ktore są zagubione, wystraszone, a jednocześnie ciekawe, tak jak ja rok temu.

Doha
Mam za sobą 196 lotów (!) i jeśli mnie jutro nigdzie nie wyciągną ze SBY, to powrót z Houston będzie moim dwusetnym lotem!

Prawie 791 godzin w powietrzu! W przeliczeniu na dni, to ponad miesiąc..

Ale najważniejszym punktem ze wszystkich statystyk jest ten, że na koncie mam tyle samo lądowań, co startów! :)) Oby tak dalej :)

Katar świętował dziś razem ze mną:






Tylko powód świętowania był trochę inny ;) Dziś był ostatni dzień EID, czyli trzydniowej balangi na zakończenie Ramadanu. Oczywiście ja grzecznie siedziałam w domu, ale tylko dlatego, że miałam przed sobą szkolenie na Airbusa 340 :) O samym szkoleniu pisać nie będę, bo było nudne, jak flaki z olejem. Ale swoje trzeba było odsiedzieć, napisać test i załatwione, kolejna maszyna dopisana do mojej Competency Card. Teraz odliczam godziny do pojawienia się nowego grafika. Ciekawe, co mi dadzą na wrzesień..

niedziela, 19 sierpnia 2012

Uwaga na Katar w Polsce!


Od kiedy tylko skończyłam trening i usłyszałam w październiku zeszłego roku od naszego CEO, że zaczniemy loty do Polski w 2012 roku, co miesiąc szukałam naszego kraju w nowo otwieranych połączeniach z Katarem. Na próżno. Do tego za każdym razem, kiedy leciałam z polską załogą, słyszałam tylko, że obiecują loty do Warszawy już od kilku lat. Ale oto jest! Oficjalne ogłoszenie!

5 grudnia 2012 Qatar Airways otwiera bezpośrednie połączenia Doha-Warszawa! Początkowo Airbus A320 na 144 pasażerów (12+132) będzie obsługiwać tę trasę 4 razy w tygodniu. Dla mnie to super informacja, bo oznacza ona prawie 3-dniowy pobyt w Warszawie :) Co prawda to nie moje miasto, ale przynajmniej polska ziemia ;) W końcu będzie można być jednocześnie w pracy i w domu.

Niecny plan urlopowy

Po ostatnim locie z Madrytu miałam tylko kilka godzin na odpoczynek, przepakowanie walizki i powrót na lotnisko. Tym razem w charakterze pasażera.

Jak to? Ano tak to! W grafiku miałam dwa dni wolne, 4 dni SBY i kolejne 2 dni wolnego. Postanowiłam więc spróbować szczęścia i zamienić owe SBY na zaległe dni urlopowe. Razem daje to 8 dni, więc już śmiało można do Polski śmigać. Nie było lekko. Pomimo tego, że przygotowania zaczęły się ponad tydzień wcześniej, przez biurokrację i metodę spychologii, która działa również w biurach katarskich ("Jak to odesłali cię tutaj?! Przecież to się załatwia u nich!"), wszystko rozwiązało się w ostatniej chwili.

O całym planie wyjazdu do Polski wiedziała tylko jedna osoba, która zadbała o to, żeby usnuta przeze mnie intryga brzmiała i wyglądała realistycznie. Wszystko poszło idealnie! Rodzina dowiedziała się o moim przyjeździe widząc mnie na progu swojego domu :) Miny - BEZCENNE :)))

Od razu przepraszam wszystkich znajomych, którym nie dałam znać, że jestem, ale ten urlop był wyjątkowo intensywny i wyłącznie rodzinny. Spędziłam 2 dni w Krakowie, 2 dni w Gdyni i 3 dni w podróży ;) Ale warto było!


Pogoda może nie była taka, jak się spodziewałam, ale z takiego polskiego lata też się można cieszyć ;) Zamoczyłam nogi w Morzu Bałtyckim, które swoim urokiem i dostojnością nastraja znakomicie, zwłaszcza przy wietrznej pogodzie.

Zostawiłam w kraju swojego laptopa, bo karta graficzna postanowiła mi się zbuntować, a jakoś nie ufam katarskim serwisom ;) Przy dobrych wiatrach notebook doleci do mnie we wrześniu, więc do tego czasu mogę mieć utrudnione pisanie postów, czy wrzucanie zdjęć na bloga. Dlatego proszę o wyrozumiałość, jeśli znajdziecie jakieś literówki. W końcu nie tak łatwo mapisać całą notatkę na telefonie, co właśnie robię w tej chwili ;) Postaram się jednak pisać na bieżąco, żeby "dziury" w blogu nie było.

Obecnie jestem już po locie do Bejrutu. Pierwsze loty po urlopie zawsze są miłe. Człowiek wypoczęty i naładowany energią.

Loty do Bejrutu w Libanie nie należą do najtrudniejszych, z tego co słyszałam. Owszem, Libańczycy lubią się napić, ale ponieważ cały czas trwa Ramadan, nie mieliśmy żadnego alkoholu na pokładzie (to się tyczy wszystkich lotów na Bliskim Wschodzie). Załoga - rewelacja! Dziewczyny z Chin i Tajwanu i chłopak z Portugalii. Pracowało się lekko i przyjemnie! Do tego ubaw po pachy w wolnych chwilach. Tak to jest, kiedy się trafia na kogoś z takim samym poczuciem humoru. Jeden z pasażerów z Libanu rozpoznał moje polskie rysy, bo ma żonę Polkę i zachęcał mnie do zarejestrowania się w ambasadzie polskiej w Doha. I chyba w końcu to zrobię. Ponoć Polacy spotykają się na różne święta i okazje w swoim gronie i spędzają razem czas. Już rok siedzę na arabskiej ziemi, więc czas najwyższy powiększyć oficjalne statystyki, które ambasada na prwno prowadzi.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Ja Van Damme!


Do Madrytu przylecieliśmy z 16-osobową załogą: głównie Indian Mafia, kilka Koreanek i Tajek. Nie jestem rasistką, nigdy nie byłam i nie będę, ale jak wśród koleżanek i kolegów przez ponad 6 godzin lotu słyszy się wszystkie inne języki, tylko nie angielski, to może się odechcieć. Wiadomo więc było, że na miasto wybiorę się sama.

Mój plan zwiedzania ograniczył się tym razem do znalezienia mojego ulubionego sklepu, który to w Doha się spalił, więc muszę go szukać po świecie. Ale ponieważ był w centrum miasta, pomyślałam, że upiekę dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Metro to chyba najlepszy system komunikacyjny, jaki człowiek mógł wymyślić! Nieważne, czy to Pekin, Londyn, Hong Kong, czy Madryt. Wszystko działa na tej samej zasadzie, jeździ często, szybko i dociera w każdy zakątek miasta (może z wyjątkiem naszej „sieci” metra warszawskiego). Jak tylko człowiek się upora z maszyną sprzedającą bilety, całe miasto stoi otworem. Tak było i tym razem. Szybko znalazłam się w samym centrum. Pogoda jak na zamówienie, 30°C co przy naszych katarskich upałach jest pogodą idealną. Madryt okazał się kolejnym pięknym, europejskim miastem.










Wiadomo, że człowiek jest zwierzęciem stadnym. Najczęściej można to zaobserwować, kiedy ów człowiek nie wie, co zrobić. Znajdzie się w nowym miejscu, np. na lotnisku, czy w metrze w obcym mieście. Co wtedy się robi? Podąża za tłumem! Tłum wie, gdzie iść, więc tłumu trzeba słuchać. I oto kiedy już zmierzałam w kierunku metra, kończąc swoją wycieczkę po mieście, zauważyłam tłum zbierający się na jednym z placów. Było około 19:30. Pomyślałam: „Tańczą, albo robią jakieś inne wygibasy. Podejdę, popatrzę, dużo ludzi stoi, to znaczy, że fajne.” Jednak żadnego przedstawienia nie było. Ludzie stali przed barierką, nie wiadomo na co czekając. Zaczęłam więc przetwarzać sobie fakty: tłum zbiera się przed kinem. Każdy trzyma w ręku aparat fotograficzny lub telefon. Za barierką stoi ochrona. Za ochroną grupa ludzi z profesjonalnymi aparatami fotograficznymi i identyfikatorami na szyjach. Za nimi czerwony dywan, dookoła reflektory. Na ogromnym telebimie plakat filmu „LOS MERCENARIOS 2”, co mi za wiele nie powiedziało. Dopiero obsada trochę mi wyjaśniła: Stalone, Statham, Lundgren, Norris, Crews, Couture, Hemsworth, Van Damme, Willis i Schwarzenegger. Chodziło o film „The expendibles 2” (polski tytuł „Niezniszczalni 2”).  Nie znam wszystkich nazwisk, ale gdyby tak zobaczyć Chucka Norrisa? Może by potraktował kogoś z półobrotu ;) Jednak nikt się nie pojawiał. Po 15 minutach na telebimie puścili trailer filmu. Po kolejnych 15 minutach i pięciokrotnym obejrzeniu trailera (z hiszpańskim dubbingiem, żeby było śmieszniej) stwierdziłam, że bez sensu tak stać, tym bardziej, że nawet nie wiem, na co czekam i jak długo jeszcze. Oczywiście, można zapytać ludzi stojących obok, na co czekają. Ale to do mnie nie podobne. Ja nie jestem z tych, co się ratują wiedzą innych. Albo sama się dokopię do informacji, albo się nie dowiem. Tyczy się to wszystkiego, pytania o drogę, jak co załatwić, jak co funkcjonuje, itp. Taki już ze mnie dziwak ;) Po kolejnym kwadransie chciałam już iść, ale skoro wytrzymałam już 45 minut… Poza tym tłum robił się coraz gęstszy, a tłumu trzeba słuchać! W końcu się zaczęło. Nagle wszyscy podnieśli w górę ręce z aparatami, telefonami i tabletami. Podjechała czarna limuzyna, z której wysiadł Jean Claude Van Damme! Przespacerował się po czerwonym dywanie ze swoją małżonką, rozdawał autografy i robił zdjęcia z fanami. Niestety nie udało mi się przebić do samej barierki, cały czas miałam przed sobą sporo ludzi, ale i tak jakieś zdjęcia udało się zrobić. Poza tym aktor chętnie pozował do zdjęć, czym złapał sobie plusa. Myślałam, że przejdzie tylko uśmiechając się i machając ręką, ale on zatrzymywał się co chwilę, podpisywał plakaty, koszulki i robił śmieszne kung-fu pozy. Czekanie zostało więc wynagrodzone. Zawsze to coś nowego, zobaczyć gwiazdę Hollywood na żywo i z bliska. 







Za chwilę podjechała kolejna limuzyna, z której wysiadł Dolph Lundgren. Twarz znajoma, chociaż nazwisko nic mi nie mówi. 




Za to trzecia gwiazda, która zjawiła się tego wieczoru w Madrycie sprawia, że niejednej dziewczynie uginają się kolana. Sama musiałam się bardzo starać, żeby mimo wszystko wspiąć się na palcach jak najwyżej i przebić z aparatem przez las rąk. I udało się. Złapałam Jasona Statham. Cała trójka na koniec zapozowała reporterom i zniknęła w kinie. Miła to była niespodzianka na zakończenie dnia.







Wróciłam do hotelu po 22 i od razu położyłam się spać. Przespałam 10 godzin, nadrabiając zaległości we śnie. W drodze powrotnej 6 godzinny lot dłużył mi się strasznie. Załoga nadal pozostawała w swoich językowych grupach, więc nie miałam się do kogo przykleić. No cóż, czasem bywa i tak. Wróciłam do domu i zaczęłam realizować mój niecny plan przygotowany kilka dni wcześniej, o którym prawie nkit nie wiedział i o którym napiszę w kolejnym odcinku ;)


Madryt, Hiszpania 08-09.08.2012

niedziela, 5 sierpnia 2012

Moje Kilimandżaro

Pisałam kiedyś o tym, jak to Pani Rzeczywistość często sprowadza nas na ziemię i udowadnia, że jednak nie wszystko idzie tak dobrze, jak to sobie zaplanowaliśmy. Ale okazuje się, że czasami to działa też w drugą stronę. Od lotu do Tanzanii spodziewałam się najgorszego. No, może trochę przesadzam, może nie najgorszego, ale na pewno trudnej, ciężkiej pracy w świeżym i mało doświadczonym zespole. Tymczasem ekipa, pomimo tego, że młodsza stażem, spisała się na medal. Do tego zabawy było co nie miara. Największy wybuch śmiechu zaliczyliśmy przy lądowaniu w Tanzanii, gdzie kolega z Tunezji podczas wygłaszania komunikatu miał problem z wymówieniem nazwy lotniska. Nie ma się co dziwić. Lotnisko nazywa się MWALIMU JULIUS K. NYERERE INTERNATIONAL AIRPORT. Reszta moich obaw też szybko uciekła, bo nie zostałam przypisana do kuchni, tylko na "szefowanie" w klasie ekonomicznej z racji mojego, niemalże rocznego stażu. Katering sprytnie załadował nam co trzeba, więc miejsca było wystarczająco dużo, a assessment zaliczyłam idealnie!

Dlatego, moi drodzy, Rzeczywistość okazuje się czasami lepsza, niż nam się wydaje. Zwłaszcza, kiedy nastawiamy się na najgorsze, a tu przychodzi miłe zaskoczenie.

W Dar Es Salaam, co w tłumaczeniu oznacza "domostwo pokoju", wybraliśmy się na wspólną kolację. Poszła prawie cała ekipa: CS z Uzbekistanu, załoga z Korei, Tunezji i Pakistanu. Wyłamała się tylko jedna dziewczyna z Tajlandii. Spędziliśmy sporo czasu w korku, bo akurat zbliżał się zachód słońca i ludzie wybierali się na wieczorny Iftar. Co prawda Muzułmanie w Tanzanii stanowią około 35%, ale wystarcza to, żeby wieczorną porą stworzyć większy ruch na ulicach. Co chwile do samochodu podchodził ciemnoskóry sprzedawca a to z orzeszkami, a to z mapami, z pamiątkami i różnymi innymi dziwactwami. Kiedy tylko ów sprzedawca wyłapał spojrzenie któregoś z pasażerów samochodu, zatrzymywał się przy oknie i prezentując swój dobytek wpatrywał się w oczy, jakby próbował rzucić jakiś urok. Dlatego najlepiej było odwracać wzrok, jak tylko któryś z nich podchodził do samochodu. Dokładnie na takiej samej zasadzie odbywa się to w kabinie samolotu: kiedy idziemy z jednego końca na drugi, najlepiej patrzeć prosto przed siebie, w podłogę, ewentualnie na zegarek. Kiedy tylko wzrok spotka się ze wzrokiem pasażera, natychmiast budzi się w nim potrzeba poproszenia o colę, kawę albo piwo.











Kolację zjedliśmy w restauracji z przepięknym tarasem tuż nad brzegiem Oceanu Indyjskiego. Do pełni księżyca zabrakło nam co prawda jednego dnia, ale jego blask tak rozświetlał okolicę, że nie potrzebne były dodatkowe światła. Widok był niesamowity. A rybka smaczna :)






Następnego dnia przed lotem chwilka na relaks nad basenem w hotelu i do pracy! Mieliśmy przed sobą do zrobienia 3 sektory, razem z postojami to prawie 12 godzin pracy. Do Kilimandźaro leciało z nami 20 pasażerów, a z powrotem do Dar Es Salaam... 5 osób. Przynajmniej był czas na wypatrywanie góry z samolotu. W głowie grała piosenka Lady Pank - Moje Kilimandżaro. I oto jest:





Niestety, nie mieliśmy szczęścia i na lotnisku w Kilimandżaro, gdzie zazwyczaj widać górę w całej okazałości, my zobaczyliśmy tylko zachmurzone niebo. Ale i tak widok góry "z góry" zostanie długo zapamiętany.

Ostatni sektor, Dar Es Salaam-Doha był najcięższy, bo mieliśmy prawie komplet na pokładzie i byliśmy już trochę zmęczeni, a tu trzeba zasuwać. Ale w tak dobranej ekipie z pracą poszło nam szybko i mieliśmy jeszcze czas na pośmianie się z głupot.

Po tym locie przypadły mi trzy dni wolnego (jakbym ostatnio miała mało słońca, plaży i basenów), więc spędziłam je oczywiście nad wodą. Cóż innego możemy robić w Doha, kiedy wszystko dookoła pozamykane przez Ramadan, a na zewnątrz upał 45 stopni?





Dar Es Salaam, Tanzania 01-02.08.2012