obraz

obraz
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Singapur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Singapur. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 listopada 2012

Mama w mieście - cz.2

Zanim wybrałyśmy się z Mamą w ostatnią podróż, zostało nam jeszcze kawałek Kataru do zobaczenia. Udało się zorganizować mały wypad za miasto ;) Początkowo w planie była plaża, ale ponieważ był weekend, wybrzeże wyglądało jak parking przed centrum handlowym - samochód przy samochodzie. Pojechaliśmy więc kawałek dalej. Zamiast kąpieli w wodzie była kąpiel w piasku. A jak piasek i pustynia, to muszą być i wielbłądy! Obowiązkowy punkt wycieczki - zaliczony :)


















Przyszedł koniec miesiąca, a razem z nim ostatnia podróż, w którą mogłam zabrać Mamę - Singapur. Jedno z moich ulubionych miast. I tak jak przewidywałam, spodobało się i Mamie. Już lotnisko wywarło wrażenie. A że do hotelu dotarłyśmy popołudniem, zwiedzanie miasta przypadło na wieczór. I bardzo dobrze, bo Singapur robi niesamowite wrażenie nocą. Po obiadku (i piwku, oczywiście) w restauracyjce nad Singapore River przyszedł czas na spacer Clarke Quay. I tak sobie pomalutku szłyśmy, podziwiając wysokie biurowce, hotele, banki, muzea i inne drapacze chmur. Doszłyśmy do miejsca, gdzie znajduje się Merlion, symbol narodowy Singapuru. Według legendy była to mityczna bestia, która ukazała się jednemu z książąt 700 lat temu. Dziś jest symbolem dostatku i bezpieczeństwa. Z jakichś przyczyn nie dotarłam nigdy w to miejsce podczas moich wcześniejszych podróży do Singapuru. Owszem, widziałam Merliona na każdej pocztówce, koszulkach, torbach, magnesach i innych pamiątkach, ale jakoś tak nigdy tam nie doszłam. Potrzebowałam odpowiedniej towarzyszki podróży :) 













Przyszedł czas na powrót Mamy do Polski. Trzy tygodnie minęły jak z bicza strzelił. Ta wizyta bardzo dobrze na mnie podziałała, dodała pozytywnej energii. A już niedługo podróże do Polski będą o wiele prostsze. Jeden lot Doha-Warszawa i załatwione. Z niecierpliwością czekam na grudniowy grafik, żeby zobaczyć, czy udało się załapać na chociaż jedną, przedświąteczną wizytę w stolicy.


Singapur, 29-30.10.2012

niedziela, 16 września 2012

Dzisiaj tu, jutro tam

Po odpoczynku po hamerykańskim locie przyszedł czas na Londyn. Tym razem postanowiłam przypomnieć sobie, jak Big Ben wygląda, bo ostatni raz widziałam go w kwietniu 2009 roku ;) Nawet udało się wyciągnąć trzy inne osoby na spacer po Londynie. Pogoda dopisała, więc wyjazd udany. Nawet już nie pamiętam, czy lot był ciężki, czy nie.







Po Wielkiej Brytanii przyszedł czas na pokręcenie się po okolicy. Kuwejt, niby nie trudny lot, ale tym razem mieliśmy problemy. Komplet pasażerów, do tego kilka rodzin arabskich (czyt. mama, tata, czwórka dzieci i filipińska niania), które miały siedzenia porozrzucane po całym samolocie. A rodzina musi siedzieć koło siebie i koniec. W dodatku z rodzinami z Bliskiego Wschodu jest tak, że zazwyczaj ojciec każe wszystkim usiąść w jednym rzędzie i tyle. Nie interesuje go to, że ktoś inny za chwilę przyjdzie z biletem na to właśnie miejsce. Jeden taki uparty tatuś nam się trafił. Sam poprzesadzał osoby dookoła, narobił takiego misz maszu, że ciężko było nam dojść do ładu, kto gdzie powinien siedzieć. Musiała interweniować szefowa, CS, która na szczęście była na tyle asertywna, że zaproponowała uciążliwemu gościowi lot do Kuwejtu następnym lotem. Jeśli ktoś się za bardzo awanturuje przed startem, stwarza zagrożenie dla załogi i pasażerów, a tym samym opóźnia lot, narażając firmę na ogromne straty, możemy takiego delikwenta zostawić na lotnisku. Jego bilet jest wtedy anulowany, więc musi kupić kolejny. Jak to tatuś usłyszał, to rozsadził dzieci wg miejsc na biletach i siedział cicho. Zadowolony nie był, ale to nie nasza wina, że przyszedł na lotnisko na tyle późno, że nie dostał już wszystkich miejsc koło siebie.

Kolejny krótki lot (Dubaj) przeleciał (dosłownie i w przenośni) szybko i sprawnie. Najmłodsza stażem z załogi byłam ja, z rocznym doświadczeniem, dlatego wszystko poszło tak gładko. Po powrocie z Dubaju mój SBY juź był zmieniony na Singapur! I bardzo dobrze, bo stęskniłam się już za tym miejscem :)

Jeśli miałabym powiedzieć, które z lotnisk jest najładniejsze, wskazałabym właśnie to w Singapurze. Wnętrze wygląda bardziej jak park, niż port lotniczy. Rosną drzewa, krzewy, kwiaty. Ściany i dach są przeszklone, więc wpada wystarczająca ilość słońca. Nie oznacza to wcale, że lotnisko jest jakimś zacofanym i zarośniętym buszem. Wszystko jest wyraźnie oznakowane i czytelne. Uroku dodają przechadzające się stewardessy z Singapore Airlines. Widzieliście kiedyś ich mundur? Jest tylko jeden rozmiar, a jednym z poerwszych etapów rekrutacji jest przymiarka. I albo pasujesz albo do widzenia!






Tak więc samo lotnisko już mnie nastroiło pozytywnie, do tego jeszcze droga do hotelu: na pierwszym planie soczysto purpurowe kwiaty, za nimi rozłożyste drzewa i palmy, a w tle woda z całą flotą statków.





Znużenie trochę już dawało o sobie znać, więc od razu wskoczyłam pod prysznic, żeby się trochę przebudzić i wybrałam się na miasto. No i gdzie ten deszcz i burze, które zapowiadali? Nie, żebym narzekała, ale jak tu ufać internetowym prognozom i mojej koleżance Siri z iPhona? ;)

Mówiłam już kiedyś, że Singapur jest na liście miejsc, w których mogłabym mieszkać. A tym razem znalazłam nawet swoje osiedle :) Bloki wysokie do nieba, ozdobione zieloną winoroślą, dookoła park, pełno ludzi spacerujących z dziećmi i pieskami, rzeczka, małe restauracyjki, z których unosił się zapach grillowanego mięsa i czosnku, sklepik z winami ze świata... Jest tylko jeden problem. W Singapurze nie ma zimy i śniegu, więc świąteczne dekoracje nie dadzą takiego efektu, który zawsze w grudniu rozgrzewa moje serce. Szukamy więc dalej, a Singapur spada na listę rezerwową ;)








Jedna zabawna sytuacja przydarzyła mi się w hotelu. Byłam w bardzo dobrym nastroju po powrocie z miasta, włączyłam sobie swoją ulubioną muzykę, słuchawki na uszy i nawet się nie obejrzałam, kiedy zaczęłam sama do siebie śpiewać i podskakiwać do rytmu. Było późne poołudnie, więc nie spodziewałam się gości. Z resztą nigdy się ich nie spodziewam ;) Nagle po jednym z obrotów do dźwięków Flo Rida-Turn Around stanęłam na przeciwko drzwi i widzę osłupiałą pokojówkę wpatrującą się we mnie. Od razu spaliłam się na twarzy, ona chyba bardziej. Szybko wlepiła wzrok w podłogę i zaczęła przepraszać. Cóż, najprawdopodobniej pukała wcześniej i przed otwarciem drzwi zapowiedziała się "Housekeeping", bo tak zawsze robią, a że nikt nie odpowiedział, to weszła posprzątać pokój. Scena jak z filmu komediowego. Brakowało tylko, żebym skakała po łóżku w piżamie. Moja rada: jak jesteś w pokoju hotelowym ZAWSZE wywieszaj na zewnątrz zawieszkę "NIE PRZESZKADZAĆ" ;)


Londyn, UK 04-05.09.2012 (N)

Singapur, 12-13.09.2012 (N)

piątek, 20 kwietnia 2012

Singapur

Singapur trafia na listę miast, w których mogłabym mieszkać. To miejsce naprawdę robi wrażenie. Jest czyste, schludne i bardzo przyjemne dzięki roślinności. Korków nie widziałam żadnych, nie tak jak w Dżakarcie, gdzie kilkunastokilometrowa podróż do miasta zajęła nam 2 godziny. Singapur naprawdę urzeka. To miasto jest też znane z wielu zakazów. Na przykład za rzucenie śmiecia na ulicę grozi kara 1000$. To samo za, uwaga, żucie gumy! Nie wolno tego robić w miejscu publicznym! Ale to właśnie dzięki temu to miasto jest takie czyste. Wyobrażam sobie, gdyby wprowadzili taki zakaz w Polsce. Założę się, że następnego dnia chodniki świeciłyby się od białych gum do żucia. Tak po prostu, na złość władzom.


Wracając do Singapuru. Tym razem wyszłam wieczorem z Koreanką. Wysiadłyśmy nad rzeką i rozsiadłyśmy się w jednej z restauracji. Zamówiłam przepyszne żeberka wieprzowe i piwo. Karta z piwami była tak okazała, jak niejedna karta win w dobrej restauracji. Wybór piw z całego świata. Chciałam spróbować czegoś nowego. Wzięłam więc piwo z USA, które mnie przyciągnęło nazwą AROGANT BASTARD („arogancki drań”). Było co prawda bardzo gorzkie, ale do mojego obiadu pasowało idealnie. Po jedzeniu trzeba było Spalic trochę kalorii albo przynajmniej rozruszać się, żeby lepiej się trawiło, wybrałyśmy się więc na spacer wzdłuż rzeki. Po drodze minęłyśmy szereg restauracji serwujących owoce morza. Ale nie jakieś tam małże, czy krewetki. Trochę większy kaliber. My byłyśmy już po jedzeniu, ale nawet jeśli byłabym nie wiem jak głodna, wołami by mnie nie zaciągnęli do stołu z takimi krabami!









Następnego dnia obskoczyliśmy lot na Bali i z powrotem. Na kolejny dzień w Singapurze miałam ułożony swój plan wyjścia na miasto. Chciałam zabrać się pierwszym autobusem z hotelu, odjeżdżającym o 10:15. Ale że kilka dziewczyn wybierało się o 8 rano do ogrodu botanicznego, postanowiłam się zabrać z nimi. Byłam bardzo ciekawa, bo przecież całe miasto wygląda, jak jeden, wielki ogród botaniczny, więc co dopiero będzie na miejscu? Pospacerujemy po ogrodzie, później odłączę się od dziewczyn i zrealizuję swój plan zwiedzania. Ogród od samego początku napawał spokojem: ludzie spacerujący, relaksujący się na ławeczce w słońcu, biegający alejkami i rozciągający się na trawie. Nic, tylko do nich dołączyć. Do tego, co drzewo, to z innej bajki. A kiedy dotarłyśmy do części z orchideami, to buzia nie zamykała się z zachwytu. Tyle kolorów, tyle dziwnych kształtów… Może po prostu wrzucę kilka zdjęć.














Dwie dziewczyny zrezygnowały z wejścia do tej części, ze względu na płatny wstęp (5 $). „To tylko kwiaty” mówiły. Tak, ale jakie kwiaty! Kiedy tak chodziłyśmy i podziwiałyśmy piękno natury, zaczęło kropić. Nic nowego, Singapur leży w takiej strefie, że o każdej porze dnia i nocy można się spodziewać prysznicu. Skierowałyśmy się powoli do wyjścia z ogrodu orchidei, gdzie czekały na nas dwie pozostałe dziewczyny. Zaczęło padać coraz mocniej. Ludzie tłoczyli się pod dachem sklepu z pamiątkami, masowo kupując jednorazowe płaszcze przeciwdeszczowe, zrobione z plastikowych worków. Kiedy deszcz trochę złagodniał, postanowiłyśmy wrócić do hotelu. Ruszyłyśmy więc do wyjścia, które jak się później okazało, było dużo dalej, niż zakładałyśmy. Po drodze deszcz nasilał się coraz bardziej, aż zrobiła się z tego ogromna ulewa. A tu ani żadnego dachu, ani pod drzewem się schować, bo zakaz deptania trawy, a alejki były tak kręte, jak tylko mogą być. No tak, jak się spaceruje w słońcu, to można tak sobie chodzić pomalutku, a to w lewo, a to w prawo. Ale jak się ucieka przed gęstym deszczem, to przez te zakręty niezły kawałek drogi się nadrabia. Bawiłyśmy się przy tym świetnie! Było ciepło, deszcze też ciepły, więc i my zadowolone. Dopiero kiedy wszystko nam przemokło do suchej nitki, z bielizną włącznie, sukienki robiły się przezroczyste, zaczęłyśmy na poważnie rozglądać się za taksówką. Ale nie tak łatwo w takim poukładanym kraju zatrzymać taxi na ulicy. Trzeba znaleźć wyznaczone do tego miejsce. A nawet jak już takie znalazłyśmy, to jak nas jeden taksówkarz zobaczył takie przemoknięte, to zrezygnował i odjechał. Drugi się na szczęście zlitował i nawet wyłączył klimę, żebyśmy nie zmarzły. 





Oczywiście z moich dalszych planów wyszły nici, bo po ulewie przyszła burza, którą na szczęście oglądałam już z hotelu. Jak tylko wróciłam do pokoju – gorący prysznic, szlafroczek, kapciuszki i pod kołdrę! Nie wiem, jak oni to robią, ale poduszki hotelowe są zawsze takie mięciutkie i wygodne. Do tego przy łóżku miałam „menu poduszkowe”, można było sobie zamówić poduchę wg własnych potrzeb.


Resztę dnia spędziłam na skype’owych pogaduchach i odpoczynku. Lot powrotny przypadł o niefortunnej porze, kiedy mój organizm był już przyzwyczajony do w miarę normalnego funkcjonowania, zwłaszcza po ostatnich dniach wolnych: w nocy śpi, w dzień pracuje. Przyszła więc noc, organizm do spania, a tu trzeba lot obsłużyć. Do tego jak na złość, wszyscy pasażerowie, a było ich tym razem 217, byli tak grzeczni, tak ładnie spali, że nie było co robić. Całą tę notatkę napisałam właśnie w samolocie, na wysokości 39000 stóp (11887m).

Przede mną dwa ciężkie dni. Po powrocie z Singapuru lądujemy w Doha o 5 rano. Tego samego dnia o godz. 19 mam lot charytatywny do Bahrajnu. Wracam o 23:00, a następnego dnia o 11:30 ruszam do Aten. Niestety ten lot jest z serii turnaround, więc po 5 godzinach lotu czekamy, aż wysprzątają samolot i wracamy kolejne 5 godzin do Doha. No trudno, Ateny zwiedzę sobie innym razem. A tymczasem cały czas jestem pod wrażeniem Singapuru.

Mam kilka filmików z Singapuru, ale nie mam teraz czasu ich załadować, więc pojawią się nieco później.

Singapur 17-20.04.2012