obraz

obraz
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słońce i plaża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słońce i plaża. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2018

Za 50 wielbłądów

Dżibuti. Gdzie to jest, to Dżibuti? Jak to się prawidłowo pisze? W jakim to kraju? A, państwo-miasto w Afryce? No dobrze, ale gdzie w Afryce? Te i inne pytania przychodziły mi do głowy, kiedy zobaczyłam ten lot w grafiku. Dżibuti to niewielki kraj we wschodniej Afryce, tuż obok Etiopii, Somalii i Erytrei. Normalnie lot tam trwałby góra 3 godziny, więc po szybkiej wymianie pasażerów wracalibyśmy do Kataru. Ale że nas Arabia Saudyjska pół roku temu przyblokowała, zamknęłaa swoją przestrzeń powietrzną, mówiąc "Wara! Bo zestrzelimy!" (Nie żartuję, na dowód oficjalne video wypuszczone przez Arabię Saudyjską), no to musimy latać na około Półwyspu Arabskiego. Lot wydłuża się do prawie 5 godzin, więc i pobyt nam się należy. No to super. Będzie kolejne miejsce na mapie do odhaczenia.




Lot prawie pusty. W biznesie co prawda sześć osób na dwanaście miejsc, ale z tyłu na 120 tylko 28 siedzeń było zajętych. No tak, bo kto słyszał o tym żeby znajomy/znajoma wybrała się na wakacje do Dżibuti? Tym bardziej, że Somalia niedaleko. A jak już Somalia, to i piraci i te sprawy. Brr, lepiej omijać z daleka.

W hotelu w nas umieścili pięknym, bo Kempinski to wysokiej klasy hotel. A tam pełno mówiących po hiszpańsku żołnierzy, w piaskowo-kawowych mundurach. Jak się później okazało Dżibuti to dość strategiczny punkt na mapie i stacjonuje tam sporo wojsk. Nie wszystkie kraje jednak otwierają tam swoją bazę, niektóre umieszczają żołnierzy w hotelach. I tak na przykład robi Hiszpania, stąd tylu mundurowych tam się przewijało. Jak się później dowiedziałam podczas szukania informacji w Internecie, bazy wojskowe i ich personel tojedno z podstawowych źródeł dochodu w tym kraju. Opłaty za ziemię i użytkowanie infrastruktury, wpływy z handlu oraz.. prostytucja.

Zdjęcie ze strony hotels.com

X lat temu zdałam maturę z geografii na 5, ale dziś już nie pamiętałam, że najniżej położony punkt Afryki znajduje się właśnie tu, w Dżibuti. Mało tego, punkt ten mieści się w Jeziorze Asal (150 m.p.p.m.), które również jest jednym z najbardziej zasolonych zbiorników wodnych na świecie - ma 34% zasolenia. Bardziej nawet niż Morze Martwe, które ma 28%. No i jak tu się nie wybrać, skoro tu taka perełka. Co prawda jezioro znajduje się około 2 godziny jazdy samochodem od miasta Dżibuti, ale hotel pomógł nam wszystko zorganizować. Zebrałyśmy się we cztery po śniadaniu, Yi Hsie z Tajwanu, Anushka ze Sri Lanki, Anupama z Indii i ja. A przed hotelem już czekał na nas Omar z Dżibuti. Jego kolega - kierowca, którego imienia nie pamiętam - nie mówił po angielsku. Czasami tylko wtrącił jakieś pojedyncze słowo. W Dżibuti w szkole uczę się arabskiego i francuskiego.



Podróż jeepem była dla mnie (niestety) bardzo emocjonująca. Jechałam wręcz z sercem w gardle. Sama jestem kierowcą od 14 lat, więc automatycznie patrzę na drogę okiem kierowcy. Pierwsze 50 km jechaliśmy tą samą trasą, co ciężarówki z Etiopii. Etiopia nie ma dostępu do morza, dlatego korzysta z portu w Dżibuti. Samo Dżibuti wszystko sprowadza z zewnątrz, bo tu mało co rośnie. Skały wulkaniczne nie są dobrym gruntem pod uprawę, dlatego nawet podstawowe warzywa i owoce muszą być sprowadzane. Za to dużo tu kóz. Spacerują sobie po ulicach miast i wiosek, a przez drogę przychodzą jak święte krowy. Trzeba się zatrzymać i porządnie zatrąbić, a czasem i to nie pomaga. Dopiero muśnięcie zwierzakiem coś zadziała. Ale wracając do jazdy samochodem - sporo tam tirów na drodze. A te czasem jadą dużo wolniej, bo droga pod górę i kręta. Kierowca chciał utrzymać tempo jazdy i dawaj te tiry wyprzedza. Nie miałabym nic przeciwko, ale przed nami co chwilę a to zakręt, a to wzgórze i za Chiny nie widać czy coś nadjeżdża z naprzeciwka. Do tego ciągłe na jezdni, a nasz jeep wcale się super szybko nie zbierał. Zapytałam czemu tak pewnie wyprzedza, skoro nie widać, co jedzie z naprzeciwka, a on na to (przy tłumaczeniu kolegi), że przecież trąbi, jak wyprzedza, no to wszyscy słyszą, że jedzie. Fakt, trąbił sporo. No cóż, ja zacisnęłam zęby i tylko patrzyłam, jak mu parę razy ktoś z naprzeciwka mrugał długimi z dezaprobatą.. Krajobraz dookoła był niczym z innej planety. Ciemne wulkaniczne skały, pustynia, prawie żadnej roślinności, tylko jakieś pojedyncze drzewa, czy krzaki. "Wirujące diabły pustynne", czyli wiry pyłowe - kolumny wirującego powietrza wraz z pyłem i piaskiem - są tu na porządku dziennym. To tu zostały nakręcone plenerowe sceny do filmu "Planeta małp".




Kozy szukające liści NA drzewie

Pierwszy przystanek - Wielki Kanion. Przewodnik Omar bardzo obrazowo nam opisał jego powstanie: "Miliony lat temu było tu trzęsienie ziemi - i trach! Pękła, otworzyła się i powstał kanion." Ponoć w Dżibuti trzęsie się codziennie ze względu na znajdujące się tu płyty tektoniczne, ale na szczęście nie jest to odczuwalne przez człowieka, tylko przez urządzenia sejsmiczne. Wiatr wiał dosyć mocno, rozwiewając nam włosy na wszystkie możliwe strony i utrudniając przy tym zrobienie zdjęcia. Teraz już zdjęcia nie są robione na pamiątkę, że się było w danym miejscu. Teraz zdjęcie musi być zaakceptowane do umieszczenia na Facebooku, Instagramie, Snapchacie i innych serwisach. Dlatego każde ujęcie robi się conajmniej 30 razy.. A Jeśli uda nam się zrobić zdjęcie profilowe, to już w ogóle bajka.. Takie czasy..







Kolejny przystanek w punkcie widokowym, skąd było widać Jezioro Goubet. Według Omara dalej było już Morze Czerwone. Ale jak sprawdziłam później na mapie, to do tego morza jeszcze kawałek. Za tym jeziorem jest Zatoka Tadżura, ta z kolei wpada do Zatoki Adeńskiej, a dopiero tam, za cieśniną Bab-al-mandab jest Morze Czerwone. Niedaleko z wody wyłaniał się wysoki pagórek, który nazywany jest Wyspą Diabła. Podobno jest tam mnóstwo złota i diamentów, ale ktokolwiek odważy się na tą wyspę popłynąć - ginie.

Po prawej stronie - Wyspa Diabła

WOLVERINE - tylko sztyletów brakuje



Kolejne kilometry już na pustej drodze. Zjechaliśmy z trasy dla TIRów, więc mogłam odetchnąć. Zatrzymaliśmy się na chwilę w małej wiosce, gdzie zostawiliśmy zapasy dla ludzi, wybierających się na kemping - worki z kilogramami ziemniaków i ryżu. Właściwie wioską trudno było to nazwać. Były co prawda jakieś murowane budynki z obdrapaną farbą, z mnóstwem dzieci biegającymi pomiędzy, które zobaczywszy nas w samochodzie zaczęły... wytykać do nas języki. Jak odpowiedziałam jednemu tym samym, to zaczął się śmiać i pogroził mi palcem. No to przestałam, bo jeszcze jakiś wódz zaraz wyjdzie i mnie na pal nadzieje.. Oprócz budynków dookoła porozstawiane były szałasy, w których mieszkali ludzie. Nie mogłam się nadziwić, że są miejsca, gdzie ludzie jeszcze mieszkają w takich warunkach.. Szkielet takiego szałasu jest najpierw skręcany z kijów i patyków, a następnie nakrywany materiałem utkanym przez kobiety. I tyle.. 



Zaczęliśmy zbliżać się do Jeziora Asal. Z daleka było widać białe, mieniące się w słońcu brzegi. Wyglądało to zupełnie jak śnieg, tylko coś temperatura nie taka. Zanim dotarliśmy do celu podróży, zatrzymaliśmy się przy gorących źródłach. Płytka woda otaczała ogromną skałę, ukazując przeróżne odcienie zieleni na dnie. Woda rzeczywiście była ciepła, niczym podgrzewana, ale na tyle, że jeszcze można w niej nogę zamoczyć. Poszliśmy w górę nurtu rzeki, co chwilę sprawdzając temperaturę wody. Ta cały czas rosła. W pewnym momencie była już tak gorąca, że nie dało się dalej sprawdzać ręką. Doszliśmy do źródła. Tutaj woda miała 80°, a u samego źródła nawet więcej - wrzała niczym w garnku. Ktoś wcześniej wpadł na pomysł, żeby zrobić eksperyment i wrzucił do wody jajko, które już teraz leżało ugotowane. Cóż za kreatywność.









W końcu jednak dojechaliśmy do samego jeziora. Zazwyczaj na brzegu jest piasek, na zmianę opłukiwany przez fale i osuszany przez słońce. Ślady stóp odciskane na piasku znikają dopiero, gdy przykryje je woda. Ale nie tutaj. To woda jest tak słona, że kiedy paruje, zostaje sama sól. I to nie sypka i miękka, jaką znamy z kuchni, ale ostra i skalista. Dlatego na boso tu się chodzić nie da. Uprażona przez słońce sól rozciąga się na długo zanim dotrze się do wody. A w oddali tylko biały horyzont. Wchodzimy do wody i od razu odzywają się wszelkiego rodzaju cięcia i zadrapania. A nie daj Boże, jak któraś ogoliła z rana nogi - sól od razu chce wszystko oczyszczać. Z daleka widzimy ludzi, którzy kładą się na wodzie i testują wyporność. No i faktycznie unoszą się, jak piórka na powierzchni. Ja testuję smak. W końcu w niejednej słonej wodzie się kąpałam. Ale jezioro Asal przerosło nawet moje oczekiwania. Słona woda, to za mało powiedziane. Smakowało to tak, jakby do łyżeczki soli dodać kilka kropel wody i zjeść. Jezioro powinno być raczej spokojne, ale przy dzisiejszym wietrze fale regularnie rozbijały się o nogi. Lubię te momenty podziwu dla natury, to  stanie bez ruchu i wpatrywanie się przed siebie, nie myśląc tak naprawdę o niczym. Jedynie ciche "wow" przebiega gdzieś w myślach. I dopiero nawoływania innych osób sprowadzają cię na ziemię i przywracają do rzeczywistości; Co? Zdjęcie? Jakie zdjęcie? Aha! Zrobić! No tak. Ale moje ulubione to i tak te, które robione są bez wiedzy innych. Naturalne i niepozowane.













Przed jeziorem na prowizorycznych stołach porozstawiane są pamiątki i różnego rodzaju formacje skalne. Czaszki zwierząt (wydaje mi się, że kóz), celowo są pozostawiane na brzegu, aż obrosną solą. Wtedy jak nic nadadzą się dla turystów. Woreczki z solą, figurki z soli i mnóstwo drobiazgów. Tylko, ku mojemu niezadowoleniu, magnesów na lodówkę brakowało. A sprzedawcy - w większości nastoletnie dzieci - ożywiają się, kiedy ktoś podchodzi do ich ekspozycji. A wtedy już niełatwo się im wywinąć. 


W planie mieliśmy jeszcze „poczęstunek” przygotowany przez naszych przewodników. Kanapka z kurczakiem wystraszyła jedną dziewczynę, która nie zdecydowała się jej spróbować. Ja zjadłam i nic mi nie było. Do tego mieliśmy colę i jabłko. A wszystko to przy stoliku na wietrznej, wulkanicznej płazy. Potem już ruszyliśmy prosto do hotelu. Na koniec przy drodze pięknie nam zapozował do zdjęcia wielbłąd. Ale kiedy tylko to zobaczył właściciel, czy raczej syn właściciela, który wielbłąda wyprowadzał, szybko złapał go za uzdę i zaprowadził do domu. No tak, wielbłąda trzeba pilnować. W końcu jak się ma ich 50, to można wziąć sobie drugą żonę..





wtorek, 22 listopada 2016

California dreaming...

Jak już się oswoiłam ze zmianą systemu operacyjnego z Windowsa na Maca, to teraz zmuszają mnie do kolejnej zmiany. Od początku prowadzenia bloga przechowywałam zdjęcia w Picasa Web Albums. Wszystko mam już obcykane co i jak, a tu nagle zmuszają mnie do przejścia na Google Albums. Wiem, że jeśli ktoś już z tego korzysta, to powie, że to lepsze, bardziej przejrzyste, bla, bla, bla. Ale ja znowu przez jakiś czas się będę musiała przyzwyczaić, więc jak będą jakieś chochliki przy udostępnianiu albumów, to bądźcie dla mnie cierpliwi ;) 

Wreszcie mogę napisać o słonecznej Kalifornii. Jak dotąd to nasza najdłuższa trasa. Lot trwa ponad 15 godzin, a trasa przebiega nad biegunem północnym. Wiele osób zadaje pytanie, dlaczego akurat taka trasa. Dlaczego lecimy "łukiem" z Kataru, nad biegun północny i w dół do Kalifornii. Dlaczego nie można lecieć po prostu na zachód w linii prostej, gdzie trasa byłaby krótsza. Otóż tak się tylko wydaje. Ale kiedy się spojrzy nie na płaską mapę, a na okrągły globus, to już będzie widać, że ta trasa wcale nie jest dłuższa. Poza tym dobrze, żeby podczas lotu (oczywiście w miarę możliwości) było zawsze jakieś lotnisko pod ręką, na wypadek konieczności awaryjnego lądowania. 


Oczywiście nie mogłam przegapić momentu, kiedy będziemy przelatywać tuż nad Biegunem Północnym. Nawet jeśli nie nad samym Biegunem, to i tak najbliżej jak kiedykolwiek będę. Widoki, tak jak się tego spodziewałam, były fantastyczne. Najpierw szeroka woda przykryta śniegowym lodem, pękającym na drobne kawałki. Kry dryfujące blisko siebie z góry wyglądały, jak rozkruszony i rozsypany styropian.. Potem połacie lodu z głębokimi pęknięciami, które krzyczą wręcz o ocieplającym się klimacie. Aż w końcu stały ląd z grubą pierzyną śniegową. Aż by się chciało w niej zanurzyć... Ale tylko na chwilę. Bo tak na dłużej, to nawet kombinezon polarny, który mamy na pokładzie na wypadek awaryjnego lądowania w takich warunkach, by nie pomógł. 






Dotarliśmy do hotelu w Anaheim, miejscowości położonej około 45 km od Los Angeles. Miasto to jest dość popularne wśród turystów, bo znajduje się tu Disneyland. Dlatego po ulicach spaceruje pełno turystów, zwłaszcza rodzin z dziećmi, z czego co druga osoba ma czapkę lub opaskę z uszami Myszki Miki. Część mojej załogi też się tam wybierała. Ja miałam jednak inne plany. 

Dookoła wysokie palmy, jedna koło drugiej. Hotel jak zawsze imponujący, ale tym razem jedna rzeczy przykuła moją uwagę. Winda. Żeby ją przywołać nie było guzików ze strzałką w dół i w górę, jak to zazwyczaj bywa. Był panel z numerkami. Trzeba było od razu podać, na które piętro chce się jechać, a na wyświetlaczu pokazywał się numer windy, do której trzeba wsiąść. Po wejściu do środka już żadnych guziczków (oprócz alarmowego) nie było, więc nie można było zmienić zdania. Winda zabierała nas na wcześniej wybrane piętro. Myślałam, że tylko dla mnie to jest nowość, ale kiedy widziałam inne osoby nerwowo rozglądające się dookoła, bez przekonania, czy aby na pewno winda zabierze ich na właściwe piętro, to trochę się lepiej poczułam. 






Na zwiedzanie jak zawsze czas ograniczony. Chciałoby się zobaczyć wszystko, zatrzymać w każdym miejscu, zobaczyć coś z bliska, pobyć przez chwilę bez ciągłego spoglądania na zegarek. Może na emeryturze, ale na pewno nie teraz. Teraz część przez szybę autobusu, bo najpierw trzeba do miasta dojechać. Kierowca, a zarazem przewodnik wycieczki - Meksykanin Guido - umilał nam czas opowieściami. Wiadomo, że jak się jest już tak blisko Hollywood, to cała okolica jest jednym wielkim planem filmowym. I tak przejeżdżaliśmy obok poplątanych wstążek autostrad, gdzie kręcono "Speed: Niebezpieczna prędkość" z Sandrą Bullock i Keanu Reeves, albo "60 sekund" gdzie Nicolas Cage kradł moją wymarzoną Eleanorę - Mustanga Shelby GT 500 z 1967. 






Kiedy już wjechaliśmy do miasta, w opowieściach Guido pojawiało się jeszcze więcej znanych nazwisk. A to miejsce, gdzie Marylin Monroe się zaręczyła. Ta restauracja należy do Leonardo DiCaprio. A w tym studiu Angelina Jolie robi swoje tatuaże. A tutaj poznała się z Bradem Pittem. A to na tym budynku się wzorowali, tworząc rezydencję Tonny'ego Starka w Iron Manie. A w tym sądzie Michael Jackson miał rozprawę. I tak dalej.. i tak dalej.. a my tylko raz na lewą stronę autobusu, raz na prawą. 



Wejście do sądu, gdzie rozprawę miał Michael Jackson




Niepozorne studio tatuażu, gdzie tatuuje się Angelina Jolie

Ale w końcu doczekaliśmy się pierwszego przystanku, Hollywood Boulevard i Aleja Gwiazd. Jakby to magicznie nie brzmiało, to zwykła ulica z chodnikiem, na której znajdują się gwiazdy z nazwiskami znanych osób. Dookoła ruch, pełno przebierańców i artystów na ulicach. Sporo początkujących muzyków sprzedających swoje pierwsze płyty. Ciężko powiedzieć, kto z przechodniów jest mieszkańcem. Raczej przeważająca liczba turystów. No i znów te wysokie palmy po obu stronach ulicy. Pierwszym miejscem do którego się wybrałam był punkt skąd już widać słynny znak HOLLYWOOD. 




Nie ma chyba osoby, która by tego znaku nie kojarzyła - wysokie na 14m białe litery wyróżniają się na tle zielonego wzgórza. Nie każdy jednak zna jego ciekawą historię. Znak postawiono w 1923 r., początkowo brzmiał on "Hollywoodland" i miał być reklamą nowo powstałego osiedla mieszkaniowego. Napis był wtedy podświetlany przez 4000 żarówek. Zatrudniono nawet osobę, pana Alberta Kothe, który miał dbać o to, żeby każda przepalona żarówka została jak najszybciej wymieniona. Pan Albert opiekował się znakiem przez kilka lat. Któregoś razu wypił zdecydowanie za dużo i w drodze do pracy, zjechawszy z drogi, przekoziołkował przez zbocze wzgórza i wylądował swoim Fordem na literze H. Panu Albertowi nic się nie stało, ale Ford i litera H były skasowane. Literę naprawiono, a panu Albertowi zapewne podziękowano za współpracę. Nieszczęsna litera "H" zasłynęła raz jeszcze, kiedy to w 1932 roku młoda aktorka Peg Entwistle, zniechęcona słabym rozwojem swojej filmowej kariery, wdrapała się po drabinie na szczyt litery, skąd rzuciła się w dół wzgórza, ginąc na miejscu. Niektórzy podobno widywali później jej ducha, spacerującego pomiędzy literami. 

Przez kolejne lata napis niszczał, skradziono nawet wszystkie żarówki podświetlające. Osiedle było już zamieszkane, więc nikt nie potrzebował reklamy, która pochłaniała pieniądze. Napis zaczął szpecić okolicę. Ziemię razem ze znakiem sprzedano więc miastu. W 1949 roku zrezygnowano z końcówki "LAND" i odrestaurowano pozostałe litery. Tak zadecydowali mieszkańcy miasta, którzy zdołali się już do znaku przyzwyczaić. Kolejna renowacja miała miejsce niespełna 25 lat później, na 50. urodziny napisu. Niestety, niedługo po "urodzinach" wprowadziły się tam... termity. I po raz kolejny napis został zdewastowany. Litera "O" runęła w dół, a ktoś podpalił literę "L". Miasto nie kwapiło się do wydawania kolejnych pieniędzy na odrestaurowanie napisu. I tu z pomocą przybył Hugh Hefner, właściciel "Playboya", który zorganizował zbiórkę pieniędzy wśród sławnych i bogatych. Dzięki temu każda literka znalazła swojego sponsora, m.in. są to wokalista Alice Cooper, firma Warner Bros, czy Gene Autry, który zyskał sławę jako śpiewający kowboj w radiu, telewizji i filmach. Sam Hugh zafundował "'Y". Stary napis został zniszczony, a na jego miejsce wylano betonowe podłoże, postawiono stelaże, a następnie helikopterem przetransportowano każdą literę z osobna. Dlatego teraz mówi się, że napis został uratowany przez playboya, rockmena i śpiewającego kowboja. 

Ale dosyć już o napisie. Następnym razem spróbuję podjechać do niego trochę bliżej. Jak na pierwszy raz zdjęcie z daleka i ta garść informacji musi wystarczyć. 

Gdzieś przeczytałam taką opinię, że Hollywood to bardziej stan umysłu. I chyba się z tym zgadzam. Z zewnątrz wale nie widać, żeby była to fabryka gwiazd, czy miejsce, gdzie spełniają się marzenia o karierze. Wyobrażam sobie ile muszą się nachodzić i nastarać osoby, które chcą się wybić. Ci słabsi szybko się zniechęcą, potykając się o kolejne przeciwności losu. Ci którym szczęście trochę pomoże rozpoczną wspinaczkę po szczeblach kariery i może nawet doczekają się różowej gwiazdy ze złotym napisem na chodniku. Ludzie wpadają tu co chwilę na siebie, bo wzrok mają wlepiony w ziemię, w poszukiwaniu nazwisk swoich ulubieńców. Co ciekaw, nawet fikcyjne postaci mają tu swój ślad, np. Kubuś Puchatek, czy Kaczor Donald. Pooglądałam ich trochę, zrobiłam sobie zdjęcie z gwiazdą Marilyn Monroe i poszłam do ogromnego sklepu z pamiątkami, bo przecież trzeba przywieźć magnes na lodówkę. A w sklepie niespodzianka. Replika błękitnego Cadillaca Eldorado Biarritz 1959, jakim jeździł kiedyś Elvis Presley. Nic dziwnego, że panny kiedyś tak za nim piszczały. Też bym pewne piszczała. Ale bardziej za samochodem. 



















Jedziemy dalej, kierunek Beverly Hills. Niestety od jakiegoś czasu autobusy wycieczkowe mają zakaz parkowania w tej dzielnicy, dlatego zwiedzam ją tylko przejazdem. Ale tu znowu kilka ciekawostek. Beverly Hills to miasto bogatych. Można tu spotkać gwiazdy kina, celebrytów w eksluzywnych restauracjach, czy butikach. Do niektórych sklepów trzeba się umawiać wcześniej na wizytę, nie da się wejść ot tak, z ulicy. Nic dziwnego, skoro skarpetki kosztują tam $50, a garnitury do $15000. Miasto kreuje się na miejsce idealne, dlatego nikt tam się nie rodzi i nikt nie umiera. Teoretycznie, bo wiadomo, że natura zawsze i tak robi swoje. Ale w Beverly Hills nie ma ani szpitala, ani cmentarza. Akty urodzenia są więc wystawiane gdzieś indziej, a i akty zgonu są odpowiednio przez lekarzy wypisywane. Pacjent zawsze jest zabierany w karetce i umiera już poza granicami miasta. Czas interwencji policji po przyjęciu zgłoszenia nie przekracza 2 minut. Nie ma tu reklam i bilbordów, ani też słupów telefonicznych, czy drutów wysokiego napięcia. Nawet tutejsza poczta oferuje usługi parkowania samochodu. Po odebraniu paczki wręcza się portierowi kluczyk, a on podstawia samochód pod drzwi. 





Ostatnim przystankiem mojej podróży była Santa Monica, miasto modne wśród turystów i wczasowiczów. Szerokie, długie plaże, liczne sklepy i historyczne molo - Santa Monica Pier - dla tego wszystkiego warto tu chwilę zostać. Z tym miastem wiążą się też dwie ważne trasy w USA. Tuż przy plaży prowadzi droga nr 1, łącząca Los Angeles z San Francisco, na pewno dostarczająca niesamowitych wrażeń, jadąc zachodnim wybrzeżem Ameryki. Już stąd widać było plaże Malibu, gdzie kręcony był znany serial "Słoneczny Patrol". Natomiast na molo w Santa Monica kończy się słynna trasa 66, mająca swój początek w Chicago. Także stałam już przy jej początku i przy końcu. Kiedyś wypadałoby się jeszcze środkiem przejechać. Ale wróćmy do Santa Monica. Większość czasu spędziłam na molo, bo po prostu nie chciało się z niego schodzić. Piękna pogoda, szum oceanu, liczni muzycy umilający czas grą na instrumentach, stragany, restauracje. Mieści się tu nawet park rozrywki z diabelskim młynem i kilkoma karuzelami. Idealne miejsce na wakacje nad morzem. Co ja mówię, nad oceanem! 

Droga stanowa nr 1, prowadząca do San Francisco




Widok na Malibu w oddali










Pamiętajcie, jak prosić kogoś o zrobienie zdjęcia, to tylko Japończyka :)

Podczas lotu powrotnego do Doha spotkała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Dogadałam się wcześniej z pilotami, żeby szybko po mnie zadzwonili, jeśli tylko zobaczą pewne zjawisko. Tak jak pisałam na początku, nasza trasa przebiega blisko Bieguna Północnego. Miejsce, pora roku i czas, w jakim lecieliśmy zdecydowanie sprzyjał powstawaniu zorzy polarnej, którą do tej pory znałam tylko z książek. Ale kiedy pilot zadzwonił, złapałam szybko za aparat i pobiegłam do kokpitu. A tam za oknami coś niesamowitego - z lewej strony widać, jak wstaje świt, a z prawej, na czarnym jeszcze niebie tańczyły zielone strumienie światła... Nie mam nawet do czego tego widoku porównać, bo był tak wyjątkowy. Jakby z góry ktoś strzelał mnóstwem zielonych laserów. Jak już zebrałam swoją szczękę z podłogi, pozmieniałam ustawienia w aparacie, bo nie łatwo było złapać to zjawisko na zdjęciu. Inne dziewczyny próbowały z telefonami, ale żaden nie dał rady utrwalić tego efektu. Moim aparatem coś się udało, chociaż dobrej jakości zdjęcia to to nie są. Ale do dziś kiedy zamknę oczy, zielone, błękitne i fioletowe promienie tańczą na wysokości 12000m... 






A na koniec tradycyjnie link do całego albumu. Niestety z nowymi ustawieniami albumów Google, nie wiem jak wstawić miniaturkę albumu, tak jak to robiłam poprzednio. Jeśli jakaś mądra głowa informatyczna wie, to proszę o podpowiedź :)