obraz

obraz

sobota, 20 kwietnia 2013

N.A.S.A.

Podczas lotu do Houston zgadałam się z kilkoma dziewczynami, które też chciały pojechać do centrum NASA. Fakt, wszystkie statki kosmiczne startują z Przylądka Canaveral na Florydzie, ale w Houston jest centrum, gdzie monitoruje się wszystkie loty i szkoli astronautów. Tu też pierwsi astronauci powracający z Księżyca przechodzili kwarantannę i tu składuje się próbki gruntu i skał księżycowych.

Z pięciu osób chętnych następnego dnia zostały trzy. Tak to czasem bywa. Ludzie wykruszają się po przyłożeniu głowy do miękkiej poduszki. Koreanka i Japonka odpadły, więc zostałyśmy z dziewczynami z Rumunii i Indii. Jedna z nich skontaktowała się z jakimś swoim dawnym szkolnym kolegą, który przyjechał po nas samochodem. Pomyślałam, że sprawę dojazdu mamy z głowy. Ale nie koniecznie, jak się okazało. Kolega owszem, miał samochód, ale wypożyczony z GPS-em, którego nie za bardzo umiał obsługiwać. Był mało rozmowny, przynajmniej w stosunku do mnie i koleżanki z Indii. Rozmawiał tylko ze swoją rodaczką w ich języku ojczystym. No dziwne to, przecież mieszka w Stanach, więc nie powinien mieć blokady rozmawiania po angielsku. Ale nie będę wnikać. Koleżanka Rumunka siedziała z przodu na miejscu pasażera, co w moim mniemaniu automatycznie czyniło ją pilotem kierowcy, więc ja się nie wtrącałam. Jak już GPS został rozgryziony, adres wpisany, ruszyliśmy w drogę. Kiedy po 45 minutach jazdy i kilku przekalkulowaniach trasy przez GPS (a żeby było ciekawiej, wszystko przy dźwiękach jednej płyty Roxette), usłyszeliśmy, że jesteśmy u celu, rozejrzeliśmy się po okolicy. NASA to to na pewno nie była. Nie mniej jednak miasteczko Kemah okazało się bardzo urokliwym miejscem. Zrobiliśmy więc nieplanowany przystanek. Wszystkie domy postawione nad brzegiem były drewniane, wzniesione na palach wysokich na jedną kondygnację budynku. Ciekawe. Jeżeli to ma chronić przed wodą, przypływami, to dlaczego między tymi belkami stawiane są samochody? To wszystko wygląda naprawdę lichutko i niestabilnie. Ale skoro wszystkie domy są stawiany w taki sposób, to pewnie to tylko moje mylne wrażenie. Ale wcale się nie dziwię, że jak przechodzi huragan, to straty w takim  miasteczku są ogromne. Niemniej jednak domki były malownicze.








Podeszliśmy do tutejszego pana policjanta, pytając o drogę do Centrum NASA. Pan zaczął tłumaczyć starym, dobrym sposobem, wymachując rękami.
- Przejedzie pan przez most, zaraz za mostem w lewo na NASA Street i cały czas prosto.
- A nie ma pan adresu, żeby w GPS wpisać?
No tak, młode pokolenie i elektronika :P Ruszyliśmy w drogę, która ze słów policjanta wydawała się dziecinnie prosta. I taka też była, ale kolega kierowca musiał po drodze jeszcze zadzwonić do koleżanki, żeby mu wygooglała dokładny adres. W każdym razie, kiedy na poboczu nazwy wszystkich sklepów miały coś "kosmicznego" w sobie (np. Apollo Tire and Wheel albo Nasa Hair), a na dachu McDonalda stał wielki kosmonauta trzymający frytki, wiedzieliśmy, że to już blisko.


Samo centrum... no cóż. Troszeczkę mnie rozczarowało. Ale tylko troszeczkę. Na początku wszystko przypominało bardziej Kosmiczne Centrum Zabaw Dla Dzieci. Pełno atrakcji, symulatory, nawet kosmiczne Angry Birds. Pochodziliśmy trochę i porobiliśmy zdjęcia. Na szczęście było kilka pomieszczeń z naprawdę ciekawymi wystawami. W jednej gablocie znajdował się nawet kawałek skały z księżyca. Każdy mógł tej skały dotknąć. Skała była czarna i gładka, ale to pewnie przez tysiące głaszczących ją dziennie rąk.



Model kokpitu wahadłowca








Model stacji kosmicznej SkyLab

Model stacji kosmicznej SkyLab - "pojemnik" na prysznic

Model stacji kosmicznej SkyLab - astronaucie mieli przyczepione do butów specjalne trójkąty, który pasowały do tych w ścianie. Dzięki temu mogli "przyczepić się" w dowolnym miejscu pomieszczenia.
A tu dotykam skały z księżyca!

Oto i sama skała księżycowa

Model pojazdu księżycowego



Z tego miejsca tramwaj zabrał nas do centrum szkoleniowego. Przewodnik tłumaczył, w którym budynku co się robi. Z zewnątrz niestety nie wyglądało to ciekawie. Wielkie, kwadratowe budynki, zamknięte dla zwiedzających. Ale jedno miejsce treningowe można zobaczyć ze specjalnie przygotowanego balkonu za szybą. Znajdowała się tam ogromna ilość maszyn i symulatorów. Na jednych przyszli astronauci uczyli się poruszać w braku grawitacji, na innych sterować skomplikowanymi maszynami i wysięgnikami, których nazw i zadań nawet nie powtórzę. Ale pamiętam jednego robota, który potrafi tak precyzyjnie poruszać palcami, że może bez problemu napisać smsa na smartfonie, nie robiąc przy tym żadnych błędów ortograficznych. Czyli lepiej, niż miliony dzisiejszych nastolatków, jak skomentował przewodnik.










Po czasie spędzonym w Centrum wszystkim zaczęło burczeć w brzuchu. Postanowiliśmy więc wrócić do owej malowniczej miejscowości na obiad. Okazało się to znakomitym pomysłem. W porcie znajdował się mini park rozrywki, gdzie wszystko zrobione było na wzór teksańskiego rancza. Była nawet kolejka górksa, nad którą się zastanawiałyśmy, ale jej konstrukcja z drewna jakoś mnie nie przekonała. Za to zjedliśmy obiad w restauracji, gdzie tuż za oknem był jeden ze spadów owej kolejki, więc co kilka minut za oknami śmigały wagoniki z krzyczącymi ludźmi. Zjadłam też pysznego steka z krewetkami zapiekanymi w boczku i sosie barbecue. Najlepsze krewetki, jakie kiedykolwiek jadłam!













Wyjazd do Houston udany, NASA zaliczona. Teraz szykuję się na kolejny lot ze zmienionego SBY - Colombo na Sri Lance. Może być ciekawie. Ale najważniejsze, że będzie cieplutko. Tak już się przyzwyczaiłam do wysokich temperatur, że jak jest poniżej 20, to się źle czuję.


Na koniec jeszcze album z wszystkimi zdjęciami z Houston i Centrum Kosmicznego:
Houston, USA 05-07.04.2013

czwartek, 4 kwietnia 2013

Kuala Lumpur

A tak marudziłam ostatnio, że nic nowego się nie dzieje. Latanie spowszedniało, zmęczenie często wygrywało z wybieraniem się do miasta, aż tu w końcu coś nowego - Malezja, Kuala Lumpur.Od razu pojawił mi się w głowie jeden oczywisty punkt do zaliczenia - Petronas Twin Towers.

Przylecieliśmy do Malezji wieczorem. Hotel tuż przy lotnisku, do miasta pieruńsko daleko. Do tego na następny dzień jest zaplanowany lot do Phuket w Tajlandii, z powrotem tego samego dnia. Postanowiłam więc tego wieczoru tylko sobie odpocząć. Nie chciałam zasypiać za szybko, żeby nie obudzić się w środku nocy i wpatrywać w sufit do rana. Włączyłam więc TV, skaczę z programu na program i co widzę? Mecz piłki nożnej, eliminacje do Mistrzostw Świata 2014 w Brazylii, gra Korea Południowa i... Katar! To Katarczycy grają w piłkę? Myślałam, że tylko wydają pieniądze na organizację MŚ w 2022. No ale nie w tym rzecz. Ponieważ to był początek meczu, odśpiewano hymny obu krajów. I kolejne zaskoczenie. Katarski hymn narodowy nie brzmi ani trochę w arabskim stylu. Posłuchajcie sami.


Niestety, Katar przegrał mecz.

Następny dzień minął szybko, dwa loty, odpoczynek i przygotowanie planu zwiedzania. Lotnisko i nasz hotel znajdują się tuż obok toru wyścigowego F1. Gdyby lot trafił się kilka dni wcześniej, trafiłabym na odbywające się tam wyścigi. Może i coś udałoby się obejrzeć. Ale nie tym razem. I o dziwo, kiedy pytałam kolegów z załogi, czy wiedzą coś na ten temat, jak tam dojechać, czy można zwiedzać, kiedy nie ma żadnych rajdów, żaden z nich (jeden z Tajlandii, drugi z Indii) nawet nie wiedział o co pytam. "F1? Tor wyścigowy? A ty się interesujesz takimi rzeczami??" Hmm, może to tylko ja jestem taka dziwna.

No nic, wybrałam się do miasta. Znów okazałam się dziwadłem, bo mając dwie opcje transportu do wyboru: jedną ze zniżką dla cabin crew i drugą, dwa razy droższą, ale zaoszczędzającą wiele czasu - wybrałam tę drugą. Różnica w cenie wyszła może około 20 zł za bilet, ale do miasta dojechałam w godzinę, a nie w 2:17 jak pokazywała mi Google Map. Do tego pociąg przyjemny, czyściutki, darmowe wifi na pokładzie, więc po drodze dopracowałam sobie kilka szczegółów mojego planu. Przesiadka z pociągu do metra i pierwsze starcie z maszyną do biletów. Poszło gładko, ale forma biletu dość nietypowa - żeton. Przez chwilę się zastanawiałam, czy aby na pewno wszystko dobrze zrobiłam, bo panu przede mną ta sama maszyna wydała bilet kartonikowy. Ale postanowiłam zaufać swojemu zmysłowi turystycznemu i iść dalej. I dobrze zrobiłam. Żeton zadziałał bez zarzutów.


Przejechałam 5 przystanków w 20 minut i wysiadłam na stacji, przy której z ziemi wyrastały dwie ogromne wieże. Petronas Twin Towers - do 2004 roku były najwyższymi budynkami na świecie (451,9 m), przebite przez wieżę Taipei w Tajwanie. Ciekawostką jest fakt, że wieże zostały wybudowane przez dwa różne przedsiębiorstwa. Jedna wieża jest więc japońska, a druga koreańska. Ciekawe co z mostem łączącym wieże. Wybudowali po połowie, czy jak? ;) Popstrykałam kilka zdjęć z zewnątrz i gotowa do wjazdu na górę, poszłam po bilet. I tu przykra niespodzianka. Bilety były dostępne, ale na następny wtorek, czyli za 3 dni. Sezon turystyczny się zaczął, zainteresowanie duże. Tego niestety nie przewidziałam. Zazwyczaj z punktami obserwacyjnymi na wysokich budynkach jest tak, że kupuje się bilet, wjeżdża na górę, zostaje kilkanaście minut, robi zdjęcia i zjeżdża na dół. I tak cały dzień, ciągły przepływ ludzi, więc nie trzeba rezerwować miejsc, co najwyżej można postać w kolejce godzinę lub dłużej. Ale tym razem zostałam odprawiona z kwitkiem. Na chwilę humor mi się popsuł, ale tylko na chwilę. Wybrałam się do drugiego puntu wycieczki - wieży KL.







To tak jak w Paryżu wszyscy pędzą, żeby wejść na Wieżę Eiffela, ale ci bystrzejsi (nie obrażając nikogo) jadą na wieżowiec Montparnasse, skąd można zobaczyć panoramę miasta z Wieżą Eiffela włącznie. Tak samo w Kuala Lumpur można zobaczyć panoramę miasta razem z Petronas Twin Towers z wieży telewizyjnej, wysokiej na 421 m. Tu na szczęście problemu z biletem nie było. Można dostać się na dwa poziomy, niższy, oszklony oraz wyższy, otwarty. Oczywiście kupiłam bilet na poziom wyższy. Przed wejściem trzeba było podpisać formularz, że ponieważ jest to miejsce wysokiego ryzyka, bierze się odpowiedzialność za bezpieczeństwo na siebie i w razie wypadku nie wniesie się oskarżenia przeciwko firmie. Do biletu dostałam butelkę wody w kształcie wieży, różową przypinkę i jazda na górę. Na najwyższym poziomie w tym samym czasie znajdowało się może 6 osób zwiedzających. Kilku strażników podążało za każdym pilnując, żeby nie podchodzić za blisko krawędzi. Uśmiechali się przy tym, odsłaniając szczerbate zęby i oferując pomoc przy robieniu zdjęć.






Po zrobieniu rundki dookoła, zeszłam na niższy poziom, żeby kupić magnesik na lodówkę, czy jakąś inną pamiątkę. Trafiłam zupełnie przypadkowo na pokazy jakiejś tutejszej grupy artystycznej. Pan wymalowany jak ta lala skakał po scenie i robił dziwne miny. Na szczęście następny taniec z wachlarzami wyglądał już całkiem ciekawie, wiec zostałam. Do momentu aż zaczęli wyciągać ludzi z publiczności do tańca, wtedy się zmyłam. Tak na wszelki wypadek. Gorąca temperatura razem z dusznym powietrzem zaczęły dawać się we znaki. Zjechałam więc na sam dół i przeszłam przez mini skansen, pokazujący dawne chatki malezyjskie i złapałam taksówkę do miasta.






Bardzo kolorowy malezyjski banknot - 20 ringgit 
Dojechałam na plac Merdeka Square, tutejszy Plac Niepodległości. To tutaj po ogłoszeniu niepodległości Malezji w 1957 roku ściągnięto z masztu flagę brytyjską i wciągnięto flagę Malezji. Maszt ma aż 100 m wysokości, co czyni go jednym z najwyższych na świecie. Tuż obok znajduje się gmach Sułtana Abdula Samada, mauretański pałac z błyszczącymi, miedzianymi kopułami. Obecnie mieszczą się tam biura Ministerstwa Informacji, Komunikacji, Kultury Malezji oraz Sąd Najwyższy, niedostępne dla zwiedzających. Zupełnie przypadkowo weszłam do Galerii Miasta Kuala Lumpur. W środku zastałam sporo informacji na temat samego miasta i jego powstawania, miniatury różnych budynków, a także ogromną makietę całego miasta. Podświetlona makieta robiła naprawdę spore wrażenie. Dalej można było przejść do pomieszczeń, gdzie takie makiety się wykonuje. Kilka osób nawet było w trakcie składania takich budynków. Wśród skończonych już miniaturek znalazłam nawet Muzeum Sztuki Islamskiej, które znajduje się w Doha. Na zamówienie są w stanie wykonać miniaturę każdego budynku. Szukałam Mariackiego albo Pałacu Kultury i Nauki, ale widocznie nikt się jeszcze nie pokusił o takie zamówienie ;)

Gmach Sułtana Abdula Samada

Gmach Sułtana Abdula Samada

Maszt z flagą na Placu Niepodległości




Makieta centrum Kuala Lumpur

Miniatura Muzeum Sztuki Islamskiej z Kataru



I tu zakończyło się moje zwiedzanie. Wyruszyłam w drogę powrotną. Podczas krótkiego spaceru do stacji metra, kilka starych, obdrapanych budynków, kryjących się pomiędzy tymi nowymi, wysokimi i lśniącymi wieżowcami, aż prosiło się o zdjęcie. Dotarłam do stacji, kupiłam kolejny żeton i ruszyłam w drogę powrotną. I spodobała mi się jeszcze jedna rzecz: gęsty, zielony las po obu stronach pociągu. Prawie jak w Polsce. Tylko drzewa jakieś takie inne.







Kuala Lumpur, Malezja 28-30.03.2013

środa, 27 marca 2013

Nie taki Polak straszny

Przyleciałam do Polski, a tu śnieg, biało, mróz, -13 stopni szczypie w policzki, mili ludzie dookoła i tak się poczułam do tego, że muszę trochę wybronić swojego narodu.

Odnośnie ostrzeżenia z Ambasady: owszem, może i zdarzyło się kilka niemiłych incydentów, może i ktoś faktycznie przesadził z alkoholem, może i kogoś ochrona wyprowadziła, a ktoś inny popalał w toalecie. ALE. To wcale nie jest tak, że owe nazwijmy je "wyjątkowe" sytuacje zdarzają się tylko podczas lotów do Warszawy. To na locie do Hajdarabadu pijany pan zasnął i skulał (sturlikał) się napodłogę, blokując przejście innym. To na locie do Bombaju pan kucnął przed drzwiami do toalety, rozłożył chusteczkę i, przepraszam za bezpośredniość, zrobił kupę. Co prawda na locie warszawskim podpita i zbuntowana pani, zniecierpliwiona długą kolejką do toalety w klasie ekonomicznej, nasikała na podłogę w klasie biznesowej. Ale siku to nie kupa ;) To w Singapurze zirytowany pan wziął dwie poduchy pod pachę, otworzył drzwi i wyskoczył na płytę lotniska. Także moi drodzy, wszędzie zdarzają się "wyjątkowe" sytuacje, ale że akurat Ambasada RP na to szybko zareagowała, to się zrobiło głośno.

Kilku pasażerów z mojego przedwczorajszego lotu nawet zapytało, czy rzeczywiście pasażerowie są tak okropni. Tymczasem ten lot był cichutki i spokojniutki. Zeszło nam zdecydowanie więcej herbaty, niż alkoholu. Jeden z dwóch załadowanych barów został nieruszony. Można? Można. Od dziś nie będę generalizować. Nie ma reguły, każdy lot jest inny.

Po wylądowaniu przeszliśmy przez punkt imigracyjny wyjątkowo szybko. Kierowca autobusu hotelowego, który zabiera nas z lotniska, zawsze ten sam pan Zenek, poczęstował nas cukierkami Wedla. Robi to za każdym razem. Za pierwszym razem w grudniu, pomyślałam, że to taki gest przedświąteczny, za drugim razem, że to zbieg okoliczności, ale teraz widzę, że to po prostu polska gościnność! Nie spotkałam się z takim gestem w żadnym innym kraju na świecie, a trochę już ich na swoim koncie mam.

W hotelu nas poinformowano, że niestety nasze pokoje nie są jeszcze gotowe i trzeba poczekać jeszcze pół godziny. Za to zostaliśmy zaproszeni na darmowe śniadanie. Mmm, nie ma to jak polska jajecznica z rana, smażony boczuś i świeże bułeczki.

Po wyszykowaniu się do wyjścia, poszłam złapać tramwaj. Miałam do przejechania dwa przystanki, więc kupiłam bilet jednorazowy za 4,40, a dopiero później się zorientowałam, że 20-minutowy kosztuje złotówkę mniej. Przejechałam jeden przystanek, kiedy do tramwaju zajrzał pan w żarówiasto-pomarańczowej kamizelce i krzyknął "Koniec trasy, proszę wysiadać!". Widziałam co prawda na przystanku zmieniony rozkład na żółtej kartce, ale zmiana obowiązywała tylko we wtorki i piątki (hę?!?), do tego przystanek Dworzec Centralny cały czas był na liście. W kalendarzu sprawdziłam szybko, że jest niedziela, więc mi to nie grało, ale nie będę się przecież kłócić z panem w żarówiasto-pomarańczowej kamizelce. Tramwaj nie jedzie dalej, to nie jedzie. Jedna oburzona pani zapytała o przyczynę, pan odparł, że to przez odbywający się tego dnia maraton. Pani się zdziwiła: -Heeee?? Nic nie wiedziałam! - na to pan odparł -Czeba czytać, psze pani!

Hotel Sobieski na Pacu Zawiszy






Wracam do Kataru, zadowolona z pobytu w Polsce, siadam do komputera, przeglądam niusy, a tu kolejny artykuł "Czy leci z nami flaszka". Ajajaj, no cóż zrobić...


PS. Jeszcze raz bardzo dziękuję mojemu kochanemu bratu - Mądrej Głowie Informatycznej - który naprawił mi mojego niesfornego bloga :)

sobota, 23 marca 2013

No i doczekaliśmy się

Polecam przeczytać artykuł w serwisie gazeta.pl albo odwiedzić stronę Ambasady RP w Doha. Pojawiło się oficjalne ostrzeżenie dla Polaków podróżujących Qatar Airways. Niestety nie potrafimy się zachować na pokładzie samolotu.Artykuł mówi o piciu, paleniu i złym zachowaniu wobec załogi. Osobiście potwierdzam picie, ale że tak powiem, spodziewałam się tego jeszcze przed otwarciem trasy do Warszawy. Takim już jesteśmy narodem, a jeszcze jak ktoś za darmo proponuje drinka, to niby dlaczego nie wziąć? Tym bardziej, że jesteśmy przyzwyczajeni do latania tanimi liniami lotniczymi, gdzie za mini-puszkę pepsi trzeba zapłacić 5 EUR. Więc kiedy wydajemy spore pieniądze na bilet jednych z linii znad Zatoki (bo problem pojawił się nie tylko w Qatar Airways), to chcemy wykorzystać to jak tylko się da.

Na szczęście osobiście nie doświadczyłam dwóch pozostałych - palenia na pokładzie i złego zachowania. Ok, raz musiałam poprosić grupkę ludzi o rozmawianie o pół tonu niżej, bo inni pasażerowie skarżyli się, że za głośno. Ale to, że ja tego nie widziałam na pokładzie, nie znaczy, że problem wcale nie istnieje. Poza tym, jak już się pojawia oficjalna wiadomość na stronie Ambasady, to już przestaje być śmieszne. A w Katarze rzeczywiście przepisy srogie. Jak już się coś na pokładzie przeskrobie, to nie ma szans się z tego wywinąć, żeby nie wiem jak wielką skruchę się okazywało.

Właśnie szykuję się na kolejny lot do ojczyzny. Wyspałam się porządnie, walizka spakowana, płaszcz zimowy i kozaki są. Stalowe nerwy także.


Dwa Bugatti Veyron pakowane na pokład cargo.

piątek, 15 marca 2013

Ciężkie życie cabin crew


Odwiedziła mnie niedawno moja dobra znajoma, Pani Rzeczywistość. 

I tak dla wszystkich, którzy patrzyli na mój grafik było oczywiste, że lecę do Francji. Paryż - piękne uliczki, bagietki i wino. Spacer pod Wieżą Eiffela  Pola Elizejskie, wizyta w Muzeum de Louvre, Wersal, czy co jeszcze się komu z Paryżem kojarzy. A tymczasem jak było naprawdę? Po nocce spędzonej na lotnisku w Abu Dhabi powinnam się przespać w dzień, ale organizm jakoś się buntował. O 23.00 byłam już gotowa do lotu do Paryża, spać (jeszcze) się nie chciało. Start zaplanowany na 1:40 niestety opóźnił się z powodu opóźnionego załadunku cargo. Niestety pilot nie poinformował o przyczynach opóźnienia ani załogi, ani pasażerów, co zazwyczaj robi, żeby się ludzie nie wiercili niecierpliwie na siedzeniach. To przysporzyło nam jednego oburzonego pasażera, który przyszedł specjalnie na to się pożalić. Biedny nie mógł spać, bo nie wiedział jaka jest przyczyna 50-minutowego opóźnienia. Na trasie nadrobiliśmy 20 min, ale lądowanie i tak zamiast 6:55 było o 7:30 rano, czasu lokalnego. Zanim pożegnaliśmy wszystkich pasażerów, uwinęliśmy się ze sprawdzeniem samolotu i przejściem przez kontrole na lotnisku, minęło trochę czasu. W hotelu byliśmy o 8:30, gdzie razem z kluczem do pokoju dostaliśmy rozpiskę - pobudka o 18:30, godzinę później wyjazd na lotnisko. 10 godzin w Paryżu. Nie, przepraszam, 10 godzin w hotelu obok lotniska oddalonego o 30 km od Paryża.

Awaria boeinga namieszała wszystkim w planach, pisałam już o tym nie raz. Nasze linie też musiały wprowadzić dwie duże zmiany, z czego jedna dotknęła także mnie. Po pierwsze, nowe połączenie Doha - Chicago otwierane w kwietniu, będzie początkowo obsługiwane cztery razy w tygodniu, a nie siedem, tak jak planowano. Ponieważ dreamliner jest cały czas uziemiony  trzeba wykorzystać Boeinga 777, który mógłby w tym czasie obsługiwać inną trasę, dlatego to komplikuje sprawę. I tak wróciłam wymęczona z Paryża, sprawdzam swój grafik, a tam przy locie do Chengdu pojawiła się tajemnicza literka "U". Oznacza to "unfinalized", czyli cały czas coś jest kombinowane przy tym locie. Zniknęło też oznaczenie samolotu Airbusa A330, który był wcześniej przypisany do tego lotu. Pomyślałam, że może zastanawiają się który samolot tam posłać. Niestety, następnego dnia lot zniknął całkowicie z mojego grafika, a w jego miejsce pojawił się nieprzewidywalny stand by. Oficjalnie zostało ogłoszone, że trasa do Chengdu zostanie otwarta... we wrześniu. Do tego czasu Boeing powinien się uporać z naprawą 787. Więc nie dla mnie misie panda. Czekam grzecznie na jakiś nowy kraj w moim grafiku.

I tak latam ciągle w te same miejsca, przez co nie mam o czym pisać. Waszyngton odwiedziłam po raz czwarty, z wielkimi chęciami do wyjścia na miasto. Niestety zostały ostudzone przez ulewny deszcz, który padał przez cały dzień. Dwie dziewczyny z załogi nie chciały sobie zamoczyć butków, więc zamówiły taksówkę, żeby zabrała je do centrum handlowego oddaloneo od hotelu o... 270m (nie przesadzam!). Jutro Kuwejt - godzinka lotu, więc pójdzie szybko. Mały problem: wśród załogi jest osoba i imieniu HUI. Nie wiem jeszcze, czy to chłopak, czy dziewczyna, ale zwracanie się do niej/niego po imieniu może być ciekawe ;)


Jeszcze jedna sprawa. Jakiś chochlik wdarł mi się ostatnio na bloga, przenosząc na dół strony wszystko, co miałam na pasku bocznym. Według ustawień wszystko jest w porządku, informacje powinny być po prawej stronie, ale z jakiegoś nieznanego mi powodu pojawiają się na spodzie. Jak będę miała chwilę, zwrócę się do jakiejś mądrej, informatycznej głowy po pomoc.