obraz

obraz

niedziela, 21 lutego 2016

Przygoda, przygoda... cz.1

Czy po tylu latach podróżowania i odwiedzonych tylu wspaniałych miejscach na świecie można się jeszcze tak ekscytować podróżą, żeby zapomnieć o bagażu? Można. Ale po kolei.

W styczniu zrobiło się w Doha bardzo zimno. Nie ma co prawda porównania z tym, co porobiło się w Polsce. Ale biorąc pod uwagę to, że tutejsze budynki nie są ocieplane i nie ma też ogrzewania, dłonie i stopy zaczęły mi marznąć dość szybko. Na szczęście styczniowe wakacje były już zaplanowane od pół roku. Ile się nasiedziałam przed komputerem, przebierając w hotelach, czytając opinię za opinią i rozważając różne możliwości, to tylko ja wiem. Zawsze kiedy organizuję wakacje dla kogoś, staram się, żeby wszystko wypadło jak najlepiej. A potem się stresuję aż do wyjazdu, żeby wszystko było tak, jak obiecują strony internetowe. Tak już mam. Nie wszystko jednak da się przewidzieć. Kiedy więc pod koniec grudnia zaczęłam sprawdzać dwutygodniowe prognozy pogody, ciemne chmury zawisły mi nad głową - pomimo tak zwanej "krótkiej pory suchej" na Zanzibarze będzie padać...

Na tydzień przed wyjazdem udało mi się nie sprawdzać pogody przez dwa dni. Co ma być to będzie, pomyślałam. Ale niestety mając przy sobie moje małe ustrojstwo - telefon z aplikacją pogodową i Zanzibarem ustawionym zaraz na początku, nie dało się dłużej powstrzymywać. A tam chmury, burze i ponad 30 stopni. Idealne warunki dla komarów, które w Tanzanii są jednym z głównych sposobów przenoszenia chorób. Zaraz obok brudnej wody i lokalnego jedzenia. Jak tak się zacznie czytać o niebezpieczeństwach czyhających na nas w wakacyjnych destynacjach, to się odechciewa urlopowania. Straszą malarią, żółtą febrą i innymi cudami. Na malarię szczepionki jeszcze nie wynaleźli. Można profilaktycznie zażywać tabletki anty-malaryczne, które mają sporo skutków ubocznych. Jak wyczytałam, że jednym z nich są ataki paniki, to stwierdziłam, że pozostanę przy sprayu przeciwko komarom. Natomiast z żółtą febrą jest tak, że po zaszczepieniu dostaje się żółtą książeczkę, potwierdzającą dawkę, która ma nas chronić przez następne 10 lat. Na lotnisku w Tanzanii czasami robią wyrywkowe kontrole. Jeśli nie ma się książeczki, to od razu kierują na szczepienie, które odbywa się na lotnisku. Szczepionka zaczyna działać po 10 dniach, więc ta przyjęta na lotnisku wcale by nas nie uchroniła, a do tego nie do końca wierzyłam w czystość i przestrzeganie norm sanitarnych na lotnisku na Zanzibarze. Więc nie tyle co dla żółtej febry, ale żeby uniknąć ewentualnego szczepienia w spartańskich warunkach, zapłaciłyśmy po 170 zł każda i otrzymałyśmy żółte papiery. O przepraszam, książeczkę.

Tym razem do dwuosobowej ekipy mama-córka dołączyła Ewa, moja kuzynka, córka chrzestna mojej Mamy. Wyrwać się z zimowego otoczenia, jakie zrobiło się w Polsce, prosto na plaże Zanzibaru to byłby szok termiczny. Dlatego zorganizowałam dziewczynom jednodniowy przystanek w Doha, gdzie temperatura waha się w okolicach 20 stopni, czyli takie nasze polskie lato. Miło spędziłyśmy cały dzień spacerując a to po Perle, sztucznie usypanej wyspie - marinie, nie do końca wiem, jak to nazwać. Popijałyśmy kawę wśród wystawnych jachtów i przechodniów w białych i czarnych sukniach. Wieczorem obowiązkowo spacer po Cornishe, naszej katarskiej promenadzie i wizyta w souqu - lokalnym markecie, który akurat był nieziemsko zaludniony. W piątki zawsze tam tłoczno. Sobota rano - jedziemy na lotnisko o wschodzie słońca. Oczywiście zadowolone i podekscytowane. Znacie to uczucie, kiedy po jakimś czasie, ni stąd ni zowąd przypomina się coś, co było do zrobienia, ale z jakichś powodów zostało przeoczone? Na przykład zapomniałam wysłać tego maila albo nakarmić kota. Oby nigdy nie chodziło o wyłączenie żelazka. Otóż Ewie w samolocie się przypomniało, że w hotelu w Doha zostały jej buty zimowe. Na Zanzibarze się nie przydadzą, ale powrót w sandałach do Polski może być trudny...

Perła - Doha, Katar

Perła - Doha, Katar

Perła - Doha, Katar

Perła - Doha, Katar

Perła - Doha, Katar


Perła - Doha, Katar

Souq Wakif - Doha, Katar

Souq Wakif - Doha, Katar

Souq Wakif i piątkowe tłumy

Souq Wakif - Doha, Katar

Souq Wakif - Doha, Katar

Trafił nam się jeden ze starszych modeli samolotu, który nie miał indywidualnych ekranów na każdym z siedzeń. Były tylko takie podwieszane pod sufit. Wyświetlano akurat film "Praktykant". Ja marudziłam, ale dziewczyny i tak były przyklejone do okna. Mieliśmy międzylądowanie w Kilimandżaro, więc była szansa na wypatrzenie majestatycznej góry ponad chmurami. Niestety, w miarę zbliżania się do Tanzanii, niebo pokryte było coraz gęstszymi chmurami. Pal licho tę górę, ale co my będziemy roić kilka dni na plaży bez słońca? Dziewczyny w super wakacyjnych nastrojach, ja ze stresem ukrytym pod uśmiechem. Po wylocie z Kilimandżaro szczytu dalej nie widać, pozostaje zatopiony gdzieś w szarych kłębach. Na szczęście te zostały za nami, kiedy tylko wzlecieliśmy ponad wodę. O naturo złośliwa, trzymasz mnie do końca w niepewności i napięciu!

Wschód słońca w Doha przed wylotem

Na lotnisku w Doha

Zachmurzone niebo nad Tanzanią

Wylądowałyśmy po 30 minutach na małym, ale międzynarodowym lotnisku na Zanzibarze. Nasz mały Airbus A320 i jeszcze jeden taki sam z Oman Air, to dwie największe maszyny na lotnisku. Z uśmiechami na ustach weszłyśmy do niewielkiego terminalu. Oj jakby nas mieli tu gdzieś za firanką szczepić, to nie byłoby za ciekawie. Pierwsza sprawa do załatwienia - wiza. Wypełniłyśmy druczek, zapłaciłyśmy po 50 dolarów każda i odesłano nas do kolejnego okienka. A tam przyjazny Tanzańczyk w mundurze, zerknął na paszport i powiedział "Jumbo, dzień dobry"! No tego się na pewno nie spodziewałam. A już tym bardziej dalszego popisu lingwistycznego: "Prawa ręka" powiedział, kiedy trzeba zeskanować palce prawej ręki. "Ciuk!" - chodziło o kciuk oczywiście. Lewa ręka i kolejny "ciuk" nastroiły nas jeszcze bardziej pozytywnie. Przeszłyśmy dalej już z pieczątkami w paszporcie. Tuż za stanowiskiem imigracyjnym znajdowały się budki z wymianą waluty. Kilka obok siebie, wszystkie miały ten sam kurs. I z każdego okienka wystawał kasjer. Dosłownie i w przenośni. Gdyby mogli, to by wyskoczyli z tych budek, tak intensywnie machali rękami i nawoływali, żeby przyjść i wymienić walutę właśnie u nich. No i teraz jak tu wybrać jednego? No to ja wymieniłam pieniądze u jednego, Ewa u drugiego, żeby było sprawiedliwie.





Kolejnym kluczowym punktem wycieczki był wynajem samochodu. Nasz hotel był po drugiej stronie wyspy, więc szukanie taksówki za każdym razem kiedy chcemy się gdzieś ruszyć, było by trudne i zbyt kosztowne. Wynajem wydawał się więc najlepszą opcją. Oczywiście wszystko było załatwione wcześniej, łącznie ze zorganizowaniem pozwolenia na powadzenie pojazdu w Tanzanii, które trzeba mieć przy sobie razem z prawem jazdy. Jak już kiedyś wspominałam, nie prowadziłam jeszcze nigdy samochodu nie po tej stronie drogi, co trzeba. Ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. Padło na Zanzibar. Na lotnisku miał na nas czekać ktoś, kto przekaże nam samochód. Po wymianie waluty ruszyłyśmy prosto do wyjścia. Jeszcze nigdy nikt nie czekał na mnie na lotnisku z tabliczką z moim imieniem. Szybko ją wypatrzyłyśmy wśród grupki czekających ludzi. Podchodzimy zadowolone i roześmiane, a pan widząc nas od razu pyta "A gdzie wasze bagaże?" O żesz ty, nie odebrałyśmy ich z lotniska! To wszystko przez tych nawoływaczy walutowych! I teraz w normalnej sytuacji to byłby problem. Bo jak już się wyjdzie z lotniska, to nie ma wejścia z powrotem do strefy z bagażami. Trzeba by albo dyskutować ze strażnikami albo przejść przez całą kontrolę bezpieczeństwa jeszcze raz. Ale tam z kolei można wejść tylko z ważną kartą pokładową na lot. Nie wiem więc, jak na jakimś europejskim lotnisku ta sytuacja byłaby załatwiona. Ale halo, halo, jesteśmy w Afryce. I to na wyspie. Cała tutejsza kontrola to była jedna Afrykanka przy kości, siedząca na składanym plastikowym krześle gdzieś pod ścianą. Zatrzymała nas pytając, gdzie idziemy. My na to, że zapomniałyśmy bagaży, więc ta machnęła ręką i nas puściła. No to jedną przygodę mamy za sobą. Chciałyśmy zacząć wakacje bez bagaży.

Przywołałyśmy się do porządku, zabrałyśmy walizki, wypełniłyśmy resztę dokumentów, odebrałyśmy pozwolenie na prowadzenie pojazdu na Zanzibarze, kilka porad od wynajmującego i w drogę! Wsiadłyśmy do naszego Suzuki Escudo, pierwsza generacja 1988-1998. Na moje to ten nasz był bliżej '88 niż '98, ale nic to. W Afryce widocznie panują nieco inne zasady wynajmowania samochodów, a mianowicie dostaje się auto z prawie pustym bakiem. Paliwa było na tyle, żeby dojechać do stacji benzynowej, która miała być tuż za rogiem. No to jedziemy, ja z prawej, Ewa z lewej, mama z tyłu. W głowie sobie powtarzałam "lewa strona, lewa strona, lewa strona", zwłaszcza przy każdym zakręcie. Wyjechałyśmy z lotniska we wskazanym kierunku, ulice jakieś takie ciasne, po bokach chodzili ludzie, jeździły rowery, skutery, samochody, nie mogłam się na początku połapać co i jak. Ewa obok cisnęła nogami w podłogę i co chwilę próbowała złapać niewidzialną kierownicę. Mama podłapała klimat i piszczała przy każdym wyminiętym pieszym. Ok, no może i byłam trochę bliżej pobocza, niż zazwyczaj, ale nikt lusterkiem nie oberwał, więc nie było o co krzyczeć. Ale stresa miałyśmy wszystkie trzy, więc było wesoło. Dojechałyśmy do wskazanej stacji benzynowej, a ta owinięta żółto-czarną taśmą z wywieszonymi tekturowymi znakami 'CLOSED'. No to teraz już koniec. Nie wiadomo kiedy następna stacja, nie wiadomo ile jeszcze z rezerwy zostało, bo kontrolki nie ma, a wskazówka leży na dnie. Ale jechałyśmy dalej przed siebie, plecy mokre. Paru na mnie zatrąbiło, chyba za wolno jechałam. A może za blisko środka, nie wiem. W głowie już układałam scenariusz co zrobić, jak samochód nam nagle stanie. Czy dzwonić po gościa, który nam wynajął? Pewnie byłby gdzieś w okolicy. Czy prosić przechodniów o pomoc, ruszyć w drogę z baniakiem? Dobra chwila minęła zanim zauważyłyśmy kolejną stację, a muszę powiedzieć, że te wcale nie są tak widoczne, jak by się tego można było spodziewać. Ale w końcu jest. Zatankowałyśmy do pełna, zjechałyśmy na bok, żeby trochę ochłonąć i zastanowić się gdzie dalej jechać. I po raz kolejny sprawdziło się Google Maps w trybie offline. Ewa z moim telefonem w ręku została mianowana nawigatorem wycieczki, Mama dostała zakaz piszczenia, żeby nie straszyć kierowcy i w drogę. A żeby było ciekawiej - pierwsza część trasy była całkowicie rozkopana. Podążałam za sznurkiem samochodów to z lewej, to z prawej strony po jakichś wertepach. Zdaje się, że zakładali kanalizację, bo było widać grube rurociągi w niektórych miejscach. Domy po obu stronach drogi wyglądały jakby przecięte w połowie. Zupełnie jakby poszerzono drogę. A że akurat przy niej budynki stały, to ciachnięto trochę z jednej strony, trochę z drugiej i tak oto droga stała się szersza.

Ostatnie papierki do podpisania...

... i jedziemy!












Jak tylko przejechałyśmy tą budowlaną strefę, można było w końcu odetchnąć i pozwolić adrenalinie nieco opaść. I chyba za bardzo się zrelaksowałam i nie zauważyłam pierwszego progu zwalniającego na czas. Zaliczyłyśmy wyskok z twardym lądowaniem, ale przeprosiłam moich pasażerów i bardziej skupiłam się na drodze. No skąd mogłam wiedzieć, że gdzieś w środku lasu będą hopki kłaść na drodze. Dopiero później doszukałam się znaku, że to dla często przechodzących przez jezdnię... małp.

Dojechałyśmy na miejsce. Już sama nazwa Makuti Beach Bungalows brzmi wakacyjnie. Szybko okazało się, że wszyscy tu są bardzo przyjaźni. Właścicielem jest Hiszpan, który mieszka tu już od ponad dwunastu lat. Kursuje kilka razy w roku między Zanzibarem i Barceloną. Żyć, nie umierać. Styczeń nie jest szczytem sezonu. Oprócz nas w ośrodku były może dwie lub trzy inne pary. Dostałyśmy więc kilka opcji pokoi do wyboru. Na początku się zmartwiłam, że coś nie tak, bo rezerwowałam jeden pokój czteroosobowy, a tu już nam chcą inne pokazywać. Ale jak zobaczyłyśmy pierwszą z oferowanych opcji - dwa pokoje obok siebie ze wspólnym balkonem i widokiem na ocean - nawet nie oglądałyśmy reszty. Zrzuciłyśmy torby w pierwszym pokoju, podziwiając przygotowane wnętrze z kwiatami rozsypanymi na łożu z baldachimem, a raczej moskitierą (siatką, która chroni od komarów). Wysoko na ścianie chłodziła się mała jaszczurka. "Ooo, jaszczurka" powiedziałam z zachwytem. "JASZCZURKA?!" Powtórzyła Mama i w mgnieniu oka zniknęła z pokoju, przenosząc się do tego obok. Tak oto ustalono kto gdzie śpi.

Relaks na balkonie, rozpoczęcie naszej własnej profilaktyki antymalarycznej (czyt. gin z tonikiem) i plany na następny dzień. Tak oto minął nam pierwszy dzień na Zanzibarze. A następnego dnia postanowiłyśmy nie robić nic. Z tym że w słońcu i na plaży...















Na koniec album ze zdjęciami (część 1)
Wakacje na Zanzibarze, styczeń 2016 cz.1

sobota, 23 stycznia 2016

Trwaj chwilo, jesteś piękna...

Czy to tak zwane Prawo Murphyego sprawiło, że przeziębienie przypałętało się do mnie tuż przed lotem na Phuket? A może to ta szczepionka na żółtą febrę teraz daje o sobie znać? W końcu jak pielęgniarka wymieniała wszystkie jej efekty uboczne, to prawie uciekłam z gabinetu. Na szczęście na koniec wspomniała, że najprawdopodobniej dopadną nas tylko objawy grypowe. No i właśnie mnie dopadły. Dwa dni przed lotem długo wyczekiwanym. Bo w końcu coś nowego, w końcu miejsce, w którym jeszcze nie byłam.

Początek roku zaczął się pracowicie. Tuż po powrocie z Polski  miałam trzy loty pod rząd, a między nimi ledwie 12 godzin, żeby się w Doha wyspać i przygotować na kolejny. Więc jak mnie jednego dnia dopadł atak kichania, to myślałam, że winny jest kurz, który się w pokoju nazbierał. Mieszkając w mieście otoczonym przez piaszczystą pustynię, nie trudno i kurz i pył w mieszkaniu. Wysprzątałam więc wszystko, wyprałam pościel i koc i trochę mi ulżyło. Ale szybko okazało się, że to nie alergiczne kichanie. No to niech już będzie, że to ta szczepionka. Na coś trzeba zrzucić.

Na czas lotu udało mi się jakoś nos zatamować. Na pokładzie panował nastrój wakacyjny, bo któż wybiera się na Phuket służbowo. Nawet 2,5-letnia Hania podróżująca z rodzicami radośnie oznajmiała, że jedzie na wakacje "płiwać", po czym odśpiewała piosenkę o przedszkolaku, nie zważając na pozostałych, śpiących już pasażerów. Wśród załogi pięć Koreanek, cztery Tajki, dwie Rumunki, dwie Kenijki, Polska, Litwa, Filipiny i Jordania. Taki przekrój. Koreanki wybrały się na masaż, Tajki na lokalne zakupy, bo w końcu są u siebie. Reszta zamierzała rozłożyć się na plaży i korzystać ze słońca. I ja miałam taki zamiar, chociaż wiem, że dookoła jest tyle cudownych miejsc do zobaczenia. Ale nocny lot w połączeniu z przeziębieniem sprawiły, że opcja minimum snu i maksimum aktywnego zwiedzania tym razem nie przeszły.

Dotarliśmy do naszego resortu tuż po wschodzie słońca. Pierwsze wrażenie - recepcja jest na zewnątrz! Tutejszy klimat sprawia, że nie trzeba obwarowywać się ścianami ze wszystkich stron. Wystarczy na przykład tylko z dwóch. Żadnych drzwi obrotowych. Ba! W ogóle żadnych drzwi! Wrażenie, że jest się pod gołym niebem. Mundurek poszedł do szafy, a krótkie spodenki i klapki na nogi. Przeszłam się do bankomatu, żeby sprawdzić, czy mi polska karta zadziała, bo katarskiej sobie nie odblokowałam. Zadziałała. Można wydawać. Ale najpierw sen. Jednak w drodze do pokoju postanowiłam zajrzeć, jak wygląda basen i plaża. Dochodziła 7 rano. Przy basenie kręciło się kilku pracowników sprzątających teren, zanim dzień rozpocznie się na dobre. Pogoda była idealna, poranne 24 stopnie, bez upału i duchoty. I ten uśmiech rysujący się na twarzy w miarę zbliżania się do morza (Andamańskiego, gdyby ktoś się zastanawiał). Dzięki wschodzącemu za moimi plecami słońcu, woda miała różne odcienie. Ciemno-granatowy gdzieś tam daleko, daleko i srebrzysty bliżej brzegu. Dookoła panował niesamowity spokój i cisza. Do tego słodki zapach tutejszych kwiatów i poranne śpiewy ptaków - po prostu idealny, urlopowy poranek. Wróciłam do pokoju po aparat fotograficzny, ale jak tylko zobaczyłam w lustrze swoje odbicie, stało się oczywistym, że potrzebuję odpoczynku i kolejnej dawki aspiryny.







Po odpoczynku przyszedł czas na plażowanie. Ale tym razem wytrzymałam na słońcu tylko godzinę, co w moim przypadku jest dziwne, bo zazwyczaj mogę plackiem przeleżeć cały dzień. Cały resort był pełen turystów z Rosji, tudzież innych krajów rosyjskojęzycznych. Mało tego, wszelkiego rodzaju znaki, instrukcje, nawet bilbordy były w języku tajskim, angielskim i właśnie rosyjskim. Od godziny 15 upał zaczął łagodnieć i coraz więcej ludzi pojawiało się na plaży. Ja w tym czasie przeniosłam się do cienia, gdzie spokojnie mogłam nacieszyć się lekkim obiadem i nie do końca fortunnie wybranym drinkiem z palemką (jednak połączenie rumu, ananasów i bananów do najlepszych nie należy). Po obiedzie cóż lepszego, jak nie spacer. A spacer brzegiem plaży to już w ogóle. Butelka wody w rękę, w drugą aparat i ruszam. Stopy zapadały się w ciepłym piasku z każdym krokiem. Woda od czasu do czasu łaskotała po nogach, dając przyjemne ochłodzenie. Lotnisko musiało być niedaleko, bo od czasu do czasu widać było startujące i podchodzące do lądowania samoloty. Do tego na bardzo niskiej wysokości, więc pas startowy musiał kończyć się niedaleko od plaży. To brzmi jak dobry cel podróży. Dochodziła godzina 16:30, a około 17:30 miała lądować kolejna maszyna z Kataru. Plan więc był taki, żeby dotrzeć na miejsce na czas, zrobić ciekawe zdjęcie lądującego Katarczyka i wrócić do resortu przed zachodem słońca.







Szłam plażą powoli, nigdzie mi się nie spieszyło. Cel był w zasięgu wzroku i wydawał się tak blisko. Obserwowałam śmigające bokiem małe kraby, które zawsze skutecznie uciekały sprzed obiektywu aparatu, zanim ten zdążył dobrze złapać ostrość. Szłam, szłam i szłam, a lotnisko nie zdawało się przybliżać ani trochę. Chyba to jednak będzie dłuższy spacer, niż przypuszczałam. Kiedy nadeszła pora lądowania samolotu z Kataru, ja cały czas szłam, teraz już szybszym krokiem i z przygotowanym aparatem. Niestety, lądowanie musiało być od strony lądu, a nie wody, więc nie byłam w stanie go zobaczyć. Kiedy w końcu udało mi się dojść na miejsce, widziałam już tylko ogon zaparkowanego samolotu z charakterystycznym wymalowanym Oryxem (to ta koza w naszym logo).


Cóż, plan się nie powiódł, należało więc go szybko zmodyfikować. Mało tego, spacer zajął mi tyle, że słońce zaczęło się coraz bardziej zniżać. Usiadłam więc sobie na piasku i czekałam, aż pomarańczowo-czerwony kolor zabarwi resztę oceanu. Warto było czekać. Im niżej słońce schodziło, tym piękniejszy pejzaż malował się przed oczami. To niesamowite, jak takie chwile potrafią człowieka wyciszyć i jednocześnie pozytywnie naładować. I co dziwne, nie skłoniło mnie to wcale do jakichś rozmyślań nad życiem. Wszystkie myśli wyłączyły się całkowicie, pozostało tylko podziwianie tego, co widzę. To był jeden z tych momentów, kiedy chce się powiedzieć "Trwaj chwilo, jesteś piękna..."












Po całkowitym zanurzeniu się słońca za horyzontem szybko zrobiło się ciemno. I żeby nie wiem jak nocny powrót plażą do hotelu wydawał się kuszący, zdecydowałam się podejść do najbliższego resortu i stamtąd wrócić do siebie taksówką. Czasami trzeba iść za głosem rozsądku i wybrać to, co bezpieczniejsze. Wróciłam do hotelu z małym odciskiem na palcu od mojego plażowego spaceru i z żalem, że nie mam jeszcze jednego dnia do spędzenia w tym pięknym miejscu..


Phuket, Tajlandia 08-09.01.2016

niedziela, 10 stycznia 2016

Uprzedzenia

Nowy Rok, nowa ja, nowe wyzwania? Czy raczej bez zmian, poza datą w kalendarzu? Jakkolwiek by nie było, życzę Wam, żeby wszystkie plany i założenia się spełniły, a postanowienia noworoczne wytrwały dłużej, niż jeden tydzień.

Uprzedzenia - każdy z nas je ma, mniejsze, czy większe. I jeśli ktoś mi powie, że nie, to przykro mi bardzo, ale nie uwierzę. Z góry zakładamy, że czegoś/kogoś nie lubimy, nie mając tak naprawdę konkretnego do tego powodu. Często jesteśmy w tym kierowani na przykład przez opinię publiczną. Sami nie znamy tematu, więc wierzymy w to, co inni mówią. Bo skoro kilka osób powtarza to samo, to musi to być prawda. Albo jakieś wydarzenie z przeszłości - nieprzyjemny zapach z dzieciństwa, ot taki gotujący się kalafior - i do końca życia twierdzimy, że nie lubimy kalafiora, nawet go nie próbując.

Ale o co właściwie mi chodzi?
Zadowolona wybrałam się pod koniec grudnia do Polski. Cztery dni wolne pozwolą mi na dwudniowy, poświąteczny pobyt w domu. Szybka przebieżka przez lotnisko, bo jak leci się do domu, to chce się być na pokładzie jak najszybciej. Do samolotu podwoził nas autobus. Chociaż dystans do pokonania był niewielki, pojazd zatrzymał się w połowie drogi, ustępując dwóm samolotom kierującym się na pas startowy. Postój trwał prawie 10 minut, bo wypchnięcie dwóch maszyn trochę trwało. Byłam za to świadkiem takiej sytuacji: małżeństwo w wieku 50+, a właściwie to już bliżej 60, najwyraźniej wracali z wakacji. Mąż oswajał się z myślą, że już wracają, ale z zadowoleniem cieszył się z ostatnich chwil poza domem, słusznie zauważając, że "słoneczko miło grzeje, nawet przez szybę autobusu". Żona natomiast niespokojnie rozglądała się po lotnisku. Mąż zajął się rozpoznawaniem samolotów innych linii lotniczych, zaparkowanych dookoła.
"A-ir Arabia. To pewnie z Arabii Saudyjskiej" - czytał nazwy zupełnie spolszczone przez siebie. - "A ten jaki śmieszny..." - wskazał na Gulf Air, którego samoloty przód mają pomalowany na ciemno-złoty kolor, a reszta jest biała - "... do połowy brązowy, jakby go ktoś przeciął". Żona spuściła głowę i cicho, łamiącym się głosem powiedziała coś do męża. Ten czule ją objął, pogładził dłonią po szyi i zapewnił "Nie martw się. Nic nam nie grozi". To chyba jednak małżonki nie uspokoiło, bo cały czas coś szeptała, pociągając nosem. W pewnym momencie małżonek nie wytrzymał i zmienił się w ułamku sekundy. Przestał obejmować żonę, przykleił się z powrotem do szyby i powiedział "No teraz to już przesadziłaś! Sama siebie nakręcasz!". Tylko się mogłam domyślać o co chodziło, ale kolejne zdanie potwierdziło moje przypuszczenia. "No przecież sami sobie bomby nie podłożą!". No tak. Boimy się tego, co nieznane. Nawet pomimo tego, że to "nieznane" może zabrać nas prawie w każde miejsce na ziemi, czasami za bardzo promocyjną cenę, bo przecież konkuruje z innym "nieznanym", walcząc cenami o pasażera. Ale w telewizji mówią, że wszystko co z "nieznanym" i wokół "nieznanego" to złe i niebezpieczne, więc telewizji trzeba słuchać.

Mam nadzieję, że wszyscy wyłapią mój sarkazm..

A tam w górze przecież tak pięknie...