obraz

obraz

wtorek, 13 września 2011

EVACUATE! EVACUATE! EVACUATE!

Cabin Services to był pikuś w porównaniu z tym, co się dzieje na SEP. Tam przy nauce obsługi baru mogliśmy przynajmniej się czegoś napić (oczywiście bezalkoholowego), przy nauce serwowania śniadania, lunchu, obiadu, czy ciepłej przekąski mogłyśmy to później wszystko zjeść, świeżo podgrzane :) Poniżej zdjęcia z ćwiczeń z serwowania przekąski Warm Sandwich.



A teraz od nowej technicznej terminologii głowa mi pęka i język się łamie. Że nie wspomnę o samym przedmiocie tego działu – sytuacje awaryjne. Tutaj nie można popełnić błędu. Przy Cabin Service jak zapomnisz podać serwetki albo podasz nie tą ręką co trzeba, to tak naprawdę nic się nie stanie (o ile na pokładzie nie będzie „szpiega”, który będzie sprawdzał jak się sprawuję). Jeśli przy zasadach bezpieczeństwa ominie się jeden krok, może się z tego zrobić katastrofa. Dlatego kładą tak wielki nacisk na tą część szkolenia.
Okazuje się, że sceny filmowe, gdzie pasażera wysysa przez okno, czy dziurę w samolocie nie są wcale zmyślone. Może trochę przesadzone, bo wiadomo, hollywoodzkie kino lubi pokazywać kraksy z wielkim rozmachem. Ale niestety jest to możliwe. Raczej żadna z nas nie chciałaby się zmagać z pożarem na pokładzie, a już na pewno nie z dekompresją. Na szczęście ten drugi przypadek zdarzył się tylko raz w historii Qatar Airways w ciągu ostatnich 14 lat, więc jest szansa, że teoria pozostanie teorią. Ale żeby nie było za wesoło – w co drugim locie będziemy zmagać się z jakąś niebezpieczną sytuacją. Mogą to być za równo ostre turbulencje, jak i pasażer popalający papieroska cichaczem w łazience. Swoją drogą w tego drugiego nie radziłabym próbować. W QA nie ma przebacz dla palaczy. Przez cały lot grzecznie im się przypomina, że palenie jest surowo wzbronione, a jeśli znajdzie się odważny (albo raczej zdesperowany), może być pewny, że po wylądowaniu na lotnisku  będzie czekać na niego ochrona. Stamtąd albo za kraty (bo złamanie tego przepisu jest obrazą dla państwa Kataru) albo horrendalnie wysoka kara.

Z innych ciekawych przepisów warto napisać, że na pokładzie mogą przebywać dwa rozdaje zwierząt: psy (tylko jeśli są przewodnikiem osoby niewidomej) i… sokoły. Tak, sokoły. Może ich być maksymalnie 6 na pokładzie podczas jednego lotu. Okazuje się, że bogaci arabowie kupują sobie te ptaki za ogromne kwoty i trzymają jako zwierzątka domowe. Oczywiste jest więc, że wybierając się w podróż, chcą zabrać swoje zwierzątko ze sobą. Od razu zaczęłyśmy z dziewczynami żartować i pytać, czy taki sokół ma swoją kartę pokładową albo czy podczas dekompresji przysługuje mu maska tlenowa. Ale jedyne co możemy dla niego zrobić podczas sytuacji awaryjnej, to schować w toalecie :D

Jeden dzień szkolenia był dość przerażający. Mówiliśmy o niebezpieczeństwach takich jak porwania, bomby na pokładzie, itp. Muszę powiedzieć, że trochę nas ten temat wystraszył. Manosh opowiedział kilka historii z życia wziętych. I każdej z nas przeszła przez głowę myśl o powrocie do domu. Jeśli na przykład (nie daj Boże) powtórzy się sytuacja z 11 września 2001 nad terytorium USA, wojsko bez namysłu zestrzeli taki samolot.  Po tamtych wydarzeniach wprowadzono przepis, który pozwala na wybranie mniejszego zła. Poświęcenie życia 350 pasażerów jest w tym momencie lepsze, niż śmierć 2000 ludzi na ziemi.
Ale ja twarda jestem! Nie dam się, nic mnie nie odstraszy ;)

Jestem już po pierwszym egzaminie z SEP. Zdany na 98%. Jeden błąd. Nie jest źle.

Po teście pojechałyśmy gdzieś poza miasto, do ośrodka, gdzie przeprowadza się kursy przeciwpożarowe itp. Dostałyśmy po pięknym, szarym kombinezonie (mi przypadł rozmiar 44, gdzie normalnie noszę 38, ale nie było wielkiego wyboru). Wszystko znamy już w teorii, teraz czas na praktykę. Każda musiała ugasić pożar piekarnika i pożar w łazience. Ogień był prawdziwy, ale nie wielki. Taki, który można zgasić w kilka sekund małą gaśnicą. Zajęcia się nam bardzo podobały, bawiłyśmy się przy tym świetnie. Na koniec instruktor zaprezentował nam pożar w kabinie, dokładnie takiej wielkości, jakie mamy w samolotach. To niesamowite, jak szybko kabina wypełnia się dymem. Najpierw gęsta, czarna chmura zawisła pod sufitem, potem zaczęło jej przybywać i schodziła coraz niżej. Potrzeba dosłownie kilkunastu sekund, żeby połowa całego pomieszczenia wypełniła się dymem. To dlatego pasażerów trzeba wtedy „rzucić na kolana”, bo właśnie przy podłodze jest najlepsza widoczność.




Nie zawsze trzeba być na pierwszym planie ;)






Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia przed tym ośrodkiem, bo dookoła była tylko piaszczysta pustynia. Pomyślałam wtedy, że gdyby mnie na takiej zostawili, to szanse na przeżycie niewielkie. Przypomniała mi się też bajka „RANGO” i hasło ‘Blend in!’ :) Polecam!

Pojutrze miałyśmy jechać na jedną z publicznych plaż, ale dziś się dowiedziałyśmy, że bikini jest tam zabronione. Ok., zawsze można ubrać jednoczęściowy strój kąpielowy. Ale nie tutaj. Taki też jest zabroniony na plaży publicznej. To jak inaczej to zrobić?! Pozostaje chyba ubrać się jak płetwonurek :P Jest jeszcze inne rozwiązanie i chyba z tego skorzystamy. Trzeba wykupić wejście na prywatną plaże przy jednym z hoteli, wtedy będzie można i drinka z palemką się napić. A jako załoga QA mamy zniżki w wielu hotelach, więc na pewno będzie miło.

Pozdrawiam wszystkich, których męczą jesienne deszcze i chłody, a w szczególności mojego nowego czytelnika, który przez tyle czasu dbał o moje podniebienie każdego ranka!
:))))

piątek, 9 września 2011

Piątek wolny

Mam dziś wolne, więc postanowiłam odespać cały poprzedni tydzień. Ale jednak spanie do południa nie jest dobrym pomysłem i w cale nie dlatego, że reszta dnia ucieka o wiele szybciej. O godzinie 12 woda w zbiornikach na dachu jest już tak nagrzana, że aż parzy! Zdążyłam się szybciutko umyć, ale już do mycia zębów musiałam wziąć wodę mineralną, bo inaczej poparzyłabym sobie całą buzię.


Na zdjęciu - zbiornik z wodą na dachu jakiegoś bunkra przed naszym mieszkaniem ;)


Od dwóch dni dosyć mocno u nas wieje. Chyba jesień idzie :P Co nie oznacza, że temperatura spadła, o nie. Cały czas mamy po 40 stopni w ciągu dnia i 35 w nocy. Różnica polega na tym, że idąc ulicą można dostać piachem po oczach od czasu do czasu. Ale nie ma co narzekać, słyszałam, że w Polsce prawdziwa jesienna pogoda, a temperatura zaczyna się od jedynki z przodu, więc w tym momencie Doha to zdecydowanie lepsze miejsce dla mnie. Zawsze to powtarzałam, że wolę się pocić, niż marznąć.

Czwartki są chyba jednak lepsze, niż piątki. A to dlatego, że po powrocie ze szkolenia nie ma świadomości, że trzeba się uczyć. Mało tego, można wyjść na miasto, a po powrocie o 22 imprezować w jednym z mieszkań, nie martwiąc się o to, że wcześnie rano trzeba wstać. Już po raz drugi udało nam się zorganizować wyjście całą 17-osobową grupą. A w Krakowie był zawsze problem z frekwencją powyżej 3 osób (dodaję na razie tylko kilka zdjęć, resztę muszę zgrać od dziewczyn). Za to w piątek, jak już wstanę w połowie dnia, zjem śniadanie, to cały czas chodzi za mną myśl, że już powinnam siadać do nauki. Zwłaszcza że dział, który teraz zaczęliśmy będzie dosyć trudny. Oprócz ogromu wiedzy do przyswojenia i faktu, że niektóre rzeczy będzie trzeba wykuć na blachę, słowo w słowo z podręcznika, dochodzi jeszcze język angielski. Sporo nowej terminologii, typowej dla tego tematu. Bo jak powiedział nasz nowy instruktor – Manosh – każdy sprzęt, każdy element sprzętu i czynność, jaką trzeba wykonać mają swoją nazwę, więc nie można swoimi słowami opowiedzieć, np. co robić w wypadku pożaru na pokładzie. Na to jest spisana procedura i koniec. Na tą część szkolenia kładą duży nacisk. Wszystko po to, by w razie niebezpiecznej sytuacji nie zastanawiać się „Kurcze, co tam było w punkcie trzecim? Co trzeba było dalej zrobić?” tylko automatycznie zadziałać według wcześniej wykutej instrukcji. Zajęcia praktyczne w tym temacie mogą być ciekawe, kiedy trzeba będzie wykrzyczeć wszystkie te komendy ewakuacyjne: OPEN SEAT BELTS!! LIFEJACKET ON!!
Po trzech dniach nauki zasad ogólnych będzie egzamin (13.09). Tego samego dnia też będą zajęcia Real Fire Fighting (walka z prawdziwym ogniem). Zapowiada się ciekawie J. Później cztery dni nauki bezpieczeństwa w Airbusie A320 i egzamin (19.09). Jeden dzień na Airbus A319 i A321, trzy dni na największy, jakim na razie będę mogła latać – Airbus A330. Kolejny egzamin (25.09), po nim sprawdzenie naszych praktycznych umiejętności  (2 dni), w międzyczasie dostaniemy swoje mundurki!!! W tej części szkolenia poznamy też techniki obezwładniania niegrzecznych pasażerów ;) i podstawowe zasady działania w sytuacjach ekstremalnych, np. bomba na pokładzie. Kolejny dział (Pierwsza Pomoc) zacznie się 5 października. Wszystko to zapowiada się bardzo ciekawie, ale mam nadzieję, że nie będę miała wielu okazji, żeby ją później stosować w praktyce.





I które oczka są najbardziej zielone? ;)


Cała nasza grupa 632 + najzabawniejszy instruktor na świecie :)

czwartek, 8 września 2011

Villaggio Mall

Wizyta w wielkim centrum handlowym Villaggio – zaliczona! Przed wyjazdem z Polski przeglądałam stronę www tego centrum i rzeczywiście wyglądało imponująco. Okazuje się, że na żywo wygląda jeszcze lepiej J Jest mnóstwo sklepów, prawie wszystkie moje ulubione z Polski i dodatkowo jeszcze kilka innych, pełno niezdrowych fastfoodów, przyjemnych kawiarni i eleganckich restauracji. Ale najlepszy jest sam wystrój. Nie będę wiele opisywać, wrzucam poniżej zdjęcia. Wbrew pozorom, nie są zrobione na zewnątrz, ale w wielkim centrum handlowym, w pełni klimatyzowanym.










Cały sufit przypomina niebo, a promienie słońca przebijające się przez cały dzień jeszcze potęgują ten efekt. Po zachodzie słońca sztuczne oświetlenie robi swoje. Spaceruje się tam jak po małym miasteczku. A pod tym "niebem" widać kolorowe balony z helem, które uciekły małym dzieciom i zatrzymały się przy samej górze :) 

W dzisiejszych czasach samo centrum handlowe to przeżytek. Musi być jakaś dodatkowa rozrywka. W Villaggio jest IMAX, centrum rozrywki, lodowisko, gondole i wesołe miasteczko z kolejkami górskimi, itp. Tylko dlaczego dekoracje przypominają budynek z nazistowskimi okienkami? Czy może to tylko moje skojarzenie?





środa, 7 września 2011

Koniec Cabin Services

Nauki było sporo, bo trzeba opanować wszystko, co mieliśmy do tej pory. I nie wiem, czy ja jestem jakaś dziwna? Bo ilekroć siedzimy z dziewczynami i powtarzamy materiał, moja współlokatorka (z resztą nie tylko ona) ze zdziwioną miną pyta „Dlaczego wy się tyle uczycie?”. I w zasadzie nie wiadomo, co odpowiedzieć ;)
Egzamin zdany, 96/100, dwa błędy na 50 pytań. No cóż, widocznie za mało czasu poświęcam na naukę, widocznie cztery godziny snu to za dużo, trzeba to zmienić.

Oczywiście żartuję ;) Nie można przesadzać. Poza tym dostałyśmy dziś podsumowanie swojej pracy od początku pobytu tutaj, takie streszczenie na temat swojej osoby, napisane przez instruktora. Okazuje się, że obserwowane było wszystko: przygotowanie do zajęć, cechy charakteru, nastawienie do innych, swoboda wypowiedzi po angielsku, ilość zadawanych pytań, zgłaszanie się na ochotnika na zajęciach praktycznych, a nawet to, czy po zajęciach zostawia się za sobą czyste stanowisko pacy, wsunięte krzesło itp. Także wysłuchałam kilka bardzo miłych rzeczy na swój temat, dowiedziałam się, że jestem ‘model student’ – firma ma taki zwyczaj, że wszystko jest notowane, każde zachowanie pracownika, dobre, czy złe – więc wszystko to poszło do moich akt.

Jutro kolejna porcja badań medycznych, tym razem nie dla Qatar Airways, ale dla władz Kataru. Jestem rezydentem State of Qatar, więc muszą mieć wszystkie moje dane medyczne, a nawet odciski palców. Po badaniach zaczynamy kolejny dział – General Safety Procedures, więc wszystko co związane z sytuacjami awaryjnymi, ewakuacją itp. Zajęcia będą z nowym instruktorem. Szkoda, bo przywiązałyśmy się już do Zena, polubiłyśmy jego żarty. Jego hasła i powiedzenia powtarzane kilka razy dziennie wpisały się już do naszych słowników, więc jeśli ktoś z Was zobaczy dziwny, niezrozumiały post bądź konwersację z dziewczynami na Facebook, to prawdopodobnie  będą to jego hasła J Chalo, chalo… it’s okeeeeeeyyy i cockoo zostaną już z nami na zawsze J

I właśnie sobie zdałam sprawę, że jestem tu już 18 dni. Niby niewiele, a jednocześnie tak długo. Ale mam wrażenie, jakbym mieszkała tu od zawsze. Chociaż cały czas kilka podstawowych rzeczy mam jeszcze niezaliczonych. Mapa i przewodnik kupione, niestety nie ma zbyt wiele czasu, by z tego korzystać odkrywając miasto. Poczta  - nie mam pojęcia gdzie jest. A kiedy zapytałam koleżanki z grupy (akurat trafiło na Japonki), czy czasem nie widziały w którymś sklepie pocztówek, to popatrzyły tylko na mnie zdziwionymi oczami. Pocztówek?! Takich zwykłych, papierowych? Poczta?! Taka, żeby wysłać papierową pocztówkę z papierowym znaczkiem, które prawdopodobnie trafią w miejsce przeznaczenia po co najmniej 3 tygodniach? To ludzie jeszcze robią takie rzeczy? Przecież można wysłać emaila, SMS, MMS, cokolwiek! W ich oczach znalazłam nawet politowanie, biedna dziewczyna z jakiejś tam Polski, chce się kontaktować z rodziną przez POCZTĘ. Szybko im wyjaśniłam, że obiecałam kilka pocztówek, które mają być swego rodzaju pamiątką, miłym gestem, a nie jedyną formą kontaktu. Naprawdę, czasami trzeba tu uważać, co się mówi, bo ludzie mogą mieć niewłaściwe wyobrażenie o naszym kraju i kulturze.

Kiedy już zacznę latać, będę mogła też rezerwować loty. Pod koniec miesiąca można sobie wybrać do 10 miejsc, w które chciałoby się polecieć. Nie ma gwarancji, że dostanie się wszystkie, ale przeważnie kilka z nich zostaje zaakceptowanych. Więc zaczynam tworzyć swoją listę, którą będę rezerwować na listopad.

1. MLE – Male (Malediwy). Mam w grupie dziewczynę stamtąd. Pokazała nam zdjęcia – myślałam, że oglądam jakieś nowe tapety Windowsa ;) Niebieściutkie niebo, biały piasek, przezroczysta woda, palmy… zdecydowanie muszę tam polecieć.

2. KUL – Kuala Lumpur (Malezja). To miasto już dawno jest na mojej liście do odwiedzenie. A przez ostatnich klika miesięcy nawet miałam je na tapecie w poprzedniej pracy.

3. TXL – Berlin – wiadomo: bliziutko, parę godzin i będę u brata. A jak nie, to się gdzieś w połowie drogi spotkamy J

4. NBO – Nairobi (Kenya) – safari i te sprawy

5. DME – Moskwa – też od zawsze na liście miejsc do zobaczenia.
6.
7.
8.
9.
10.

Na razie tyle. Mam jeszcze sporo czasu, więc na pewno resztę pozycji też wypełnię. Dalekie loty (USA, Japonia, Australia) na razie odpadają, bo nie mam szkolenia na Boeinga 777. Jakieś propozycje?

niedziela, 4 września 2011

Dziś uczyliśmy się o różnych posiłkach serwowanych na pokładzie. Jest ich mniej więcej milion pięćset sto dziewięćset, więc sporo do zapamiętania. I jedna ciekawa sytuacja: podczas lotów do USA, Południowej Ameryki i Melbourne serwujemy przekąskę, która nazywa się ANYTIME SNACK, między innymi są to kanapki. Zen mówi, my wszystkie grzecznie notujemy. "Dwa rodzaje kanapek do wyboru"... notujemy...dwa rodzaje... "jedna to sandwich z serem, a druga to sandwich z jajkiem".... notujemy...z serem... z jajkiem... "Czyli jedna wegetariańska i jedna nie wegetariańska"... yyyyy?! Ja zdębiałam. Może ktoś, kto się w to bawi od razu by załapał, ale dla mnie obie te kanapki są wegetariańskie, bo nie mają mięsa. Odwróciłam się z pytającą miną do dziewczyn siedzących za mną, przekonana, że Zen się pomylił i pewnie podał nam złe menu. Ale Akangsha szybko mi wyjaśniła, właściwie to dla niej było oczywiste, że wegetariańska jest kanapka z serem. Jajko pochodzi od zwierzęcia, więc wegetariańskie nie jest. Ale czy sera nie robi się czasem z mleka? No cóż, człowiek się uczy całe życie ;)

A ostateczny egzamin z Cabin Service mam we wtorek, nie w środę, jak pisałam wcześniej. Więc kończę kawę i wracam do nauki.

A poniżej - przed wyjściem do Gloria Jean's Coffee
Priya (Indie), Paulina (Polska), Miki (Japonia), moja skromna osoba, Erica (Japonia)


A to cała nasza grupa - Batch 632 :)


sobota, 3 września 2011

Perfect score!!!

Zaliczone! I to bezbłędnie! Dzięki za wszystkie kciuki :)) I proszę o następne w środę! Mam podsumowanie całego serwisu w klasie ekonomicznej.

W drodze do kawiarni Gloria Jean's Coffee - naszego tymczasowego dostawcy internetu ;)

I kilka zdjęć z dance party ;)




I jeszcze taki mały apel do wszystkich, bo przypomniała mi się sytuacja mojego przyjaciela, który wyprowadził się do Anglii. Zanim ktoś pomyśli „Ech, ta wredna Martyna, wyjechała i przestała się odzywać, ma mnie gdzieś. Jestem obrażony(na)”, to pomyślcie, że to działa w dwie strony! Tak samo ja się mogę odezwać, jak i każdy inny :) Ja też bardzo się cieszę z każdego maila, z każdego SMSa od kogoś znajomego. Więc jeśli ktoś jeszcze nie ma mojego katarskiego numeru, to proszę bardzo +974 66040107. Polski też sprawdzam od czasu do czasu.

Pozdrawiam :)

piątek, 2 września 2011

Kilka ostatnich dni


31.08.2011 - Bar & Meal Services
Mam już za sobą bardzo ciekawe zajęcia – obsługa baru podczas lotu.  Nauczyłam się przyrządzać kilka ciekawych drinków. Serwujemy też whisky, brandy, gin i 4 rodzaje wina (francuskie i chilijskie). Oczywiście wszystkie te rodzaje musimy znać. Nie jest źle, obsługa klas Premium (pierwszej i business) wymaga znajomości aż 42 rodzajów win! Ale to dopiero za pół roku. Najpierw trzeba spędzić trochę czasu w klasie ekonomicznej. Tak samo jeśli chodzi o najdłuższe loty (USA, Australia, Ameryka Południowa itp.) – te są obsługiwane przez Boeinga 777 i Airbusa A340, na których będzie nam wolno latać dopiero po jakimś czasie.

Na razie szkolimy się z 7 rodzajów samolotów (Airbus A319, A320, A321, A321 bi-class, A330 bi-class, Bi-class extended, tri-class) i to naprawdę wystarczy. Jest całe mnóstwo informacji, które trzeba sobie przyswoić o każdej z tych maszyn. Zaczynając od ilości pasażerów, miejsc dla poszczególnych członków załogi, stref pracy, a kończąc na rozmieszczeniu takich drobiazgów, jak rozkłady lotów, poszewki na poduszki, czy torebki w razie choroby lokomocyjnej. A przypominam, że cały czas jesteśmy w dziale Cabin Service. Nauka otwierania różnego rodzaju drzwi przyjdzie później.

Okazuje się, że kciuki trzeba będzie trzymać szybciej, niż mi się wydawało. W sobotę (03.09) mamy egzamin z obsługi baru. Część teoretyczna i praktyczna. Nie wiem jeszcze jak to będzie, bo dziś obsługa pasażera (JEDNEGO!), który poprosił o Krwawą Mary zajęła mi kilka minut. I to jeszcze dostał 5 kropli Wooster Sauce (nie wiem jaki jest polski odpowiednik) zamiast przepisowych dwóch, tak mi jakoś za dużo skapnęło, więc po takim drinku mógłby zacząć zionąć ogniem ;) A gdzie pozostali pasażerowie? To wszystko trzeba robić tak sprawnie, tak skoordynować ruchy, najlepiej robić kilka rzeczy jednocześnie, do każdego pasażera zwracać się imiennie (w końcu jesteśmy 5-star Cabin Crew) i pamiętać, żeby czasem nie podać arabskiemu pasażerowi lewą ręką, nawet jeśli siedzi po naszej lewej.

Jakie było nasze zdziwienie, kiedy dziś rano idąc na kawę w budynku, gdzie mamy szkolenie, nie było żadnych zasłon na drzwiach wejściowych do kawiarni. To oznacza, że Ramadan się skończył! Życie stanie się teraz łatwiejsze. Przypomnę, że podczas Ramadanu przez cały dzień obowiązuje ścisły post – zakaz jedzenia, picia i palenia w miejscach publicznych. Obowiązuje wszystkich. Ci którzy nie poszczą mogą jeść, ale najlepiej w swoim domu, żeby nikt nie widział. Dlatego wszystkie restauracje, bary i fastfoody w mieście były zamknięte do godz. 18:00 i dlatego na drzwiach wejściowych do kawiarni w budynku szkoleniowym były zasłony, żeby czasem jakiś arabski pracownik nie widział, jak inni nie-arabscy pracownicy jedzą. To by tylko wodziło go na pokuszenie. Teraz, skoro Ramadan się skończył wreszcie nie trzeba czekać ze zrobieniem zakupów do godziny 20, można legalnie chodzić sobie po mieście z butelką wody.

Z kawiarnią w budynku szkoleniowym wiąże się jeszcze jedna zasada wprowadzone przez samego CEO, szefa najwyższego z najwyższych w QA. Kiedy w kawiarni są dziewczyny z grup treningowych, to w tym samym momencie nie mogą tam przebywać chłopcy, którzy się szkolą. Załoga już przeszkolona – ok., trenerzy – ok., ale uczestnicy szkolenia przeciwnych płci – zabronione. Ktoś musi wyjść. Na początku myślałyśmy, że to dotyczy wszystkich osobników płci przeciwnej, niezależnie od ich stanowiska. Więc kiedy pewnego razu podczas lunchu usiadł koło nas chłopak w mundurze cabin crew, popatrzyłyśmy tylko na siebie pytająco, nie wiedząc czy już mamy wyjść, czy za chwilę. Kiedy zaczął z nami rozmawiać, to już całkiem byłyśmy osikane ze strachu. Powiedziałyśmy, że niestety ale nasza przerwa dobiegła końca i musimy już iść. Uciekłyśmy szybko, wyrzucając niedokończone posiłki. Później dopiero się okazało, że niepotrzebnie :) Nasz instruktor wyjaśnił: „Cabin Crew – ok., trainee – NO”.
Jest sporo zasad do przestrzegania, ale skoro już tu jesteśmy, to głupio byłoby wylecieć za coś, czego można łatwo uniknąć. Dobra lekcja z dyscypliny.

01.09.2011
Kolejne praktyczne zajęcia – tym razem z przygotowywania posiłków. Kolejna porcja wiedzy. To niesamowite ile różnych menu ma jedna linia lotnicza. W każdy rejon świata – inne menu. Bo przecież co innego zaserwujemy pasażerowi indyjskiemu, japońskiemu i jeszcze co innego europejczykowi. W każdym locie do wyboru są dwa dania i jedno wegetariańskie. A nazwy są takie, że można sobie język połamać. I znowu trzeba uważać na tyle szczegółów przy serwowaniu – to trzymaj w prawej ręce, nalewaj lewą, najpierw podkładka – logo na spodzie, potem taca, koniecznie po lewej, nie zapomnij położyć na niej ciepłej bułeczki (szczypcami, bo przecież nie ręką), zapytaj o wino, jeśli chce, to jakie, jeśli nie chce, to zaproponuj co innego, jeśli puszka – kapselek cały zdjęty, puszki nie kładź na stoliku, ale butelkę koniecznie postaw, kawę i herbatę podaj na podstawce, ale sok i wodę z ręki, kubeczek uszkiem w stronę siedzenia, logiem do pasażera i tak dalej, i tak dalej…

Piątek mamy wolny, do tego dziś Mahika miała urodziny, dlatego postanowiłyśmy popołudniu wybrać się całą naszą grupą (17 osób) do Souq Waqiuf. To taki otwarty market, coś w rodzaju targu, gdzie można kupić różne różności. Ale my tym razem nie skupiłyśmy się na zakupach, tylko na spędzeniu wspólnie czasu. Czaiłyśmy się na shishę, ale jakoś nie mogłyśmy się zdecydować. Może następnym razem. Wieczór zakończył się bardzo miło, bo po powrocie do mieszkań (jak zawsze przed 22) spotkałyśmy się wszystkie w jednym pokoju i zrobiłyśmy imprezę. Były i tańce i jedzenie, duuużo jedzenia. Erica (z Japonii) jest świetną kucharką, o czym wszystkie się mogłyśmy wczoraj przekonać. Jak widać, do dobrej imprezy nie są nam potrzebni ani chłopcy, ani alkohol ;)

Zdjęcia z samej imprezy wrzucę następnym razem, bo nie mam ich jeszcze zgranych od koleżanek.