obraz

obraz

poniedziałek, 21 maja 2012

Jak mnie Chińczycy zdenerwowali

Nie ukrywam, że zaplanowanie zwiedzania Pekinu było dla mnie wyzwaniem. Zazwyczaj zaczynam od przeglądu ciekawych miejsc i zabytków, potem szukam opinii internautów, w ten sposób dowiaduję się, które są przereklamowane, a które faktycznie warto zobaczyć. Kiedy ma się ograniczoną ilość czasu, można wybrać tylko kilka. Później sprawdzam gdzie co jest na mapie, jak daleko od mojego hotelu i jak tam najłatwiej dojechać. I tu powstał problem, bo Google Maps postanowiło podawać nazwy przystanków i kierunków w języku chińskim, co znacznie utrudniło sprawę. Ale na szczęście przystanki metra były już przełożone na normalny alfabet, więc stwierdziłam, że będę podróżować właśnie metrem. Ale zanim opiszę całe zwiedzanie, kilka słów o locie.


Przez własną nieuwagę zapewniłam sobie niezły początek lotu. Na briefingu dostałam pozycję R5A. Według naszego podręcznika do tej pozycji nie ma przypisanej żadnej strefy w samolocie, za którą jestem odpowiedzialna. Jest to tak zwany floater, czyli dodatkowa osoba, która pomaga w pracy innym, według zaleceń CS podczas lotu. Czasami jednak CSD (w dużych samolotach mamy dwójkę przełożonych: CS i CSD) lubi sobie zamienić pozycję i wstawić R5A do mid galley (środkowej kuchni), ale w takiej sytuacji zawsze o tym wspomina na briefingu. Tym razem nic takiego nie padło, więc po wejściu do samolotu na spokojnie i na luzie zaczęłam pomagać dziewczynie w kuchni na końcu samolotu. Minęło jakieś 15 minut, ja bez stresu, zadowolona, że nie mam żadnej strefy do pilnowania, szykowałam koszyczek z cukierkami do poczęstunku pasażerów przed lotem. Nagle wpada CS i pyta "Kto jest na R5A??", "Ja, a dlaczego?", "To co ty tutaj robisz? Powinnaś być w mid galley!". Okazało się, że CSD zapomniał wspomnieć, że puszcza mnie na środkową kuchnię, a ja trąba nie zapytałam, chociaż wiedziałam, że czasami taka zamiana ma miejsce. Pędem poleciałam na swoje miejsce i zaczęłam przygotowania. Za chwilę słyszę, że pasażerowie zaczynają wchodzić na pokład, a ja jestem ze wszystkim daleko w polu. Zasłoniłam więc zasłonki, wzięłam dwa głębokie wdechy i włączyłam dodatkową turbinę. Do przygotowania były 4 wózki z mojej kuchni i 4 z tylnej, bo pasażerów prawie 300. To było chyba moje najszybsze przygotowanie kuchni kiedykolwiek! Byłam z siebie dumna, że w tak krótkim czsie udało mi się wszystko zrobić. Zanim CSD kazał nam zająć swoje miejsca do startu samolotu, byłam ze wszystkim gotowa. Ale na przyszłość muszę być bardziej ostrożna, żeby nie fundować sobie takiego ciśnienia zanim samolot w ogóle się wzbije w powietrze.

W hotelu trafił mi się pokój na 13 piętrze. Ucieszyłam się, bo im wyżej, tym lepszy widok z okna. Szkoda tylko, że na tą wysokość chyba już nie docierają sprzątacze do mycia okien, bo te były bardzo zabrudzone od zewnątrz i zdjęcia wychodziły nieciekawie. Ale i tak udało mi się zrobić kilka ciekawych ujęć ze słońcem.




Zazwyczaj nie mam problemu z przestawianiem się na inny czas, ale tym razem było inaczej. Po przylocie (16:30 czasu lokalnego, 10:30 czasu polskiego) czułam się bardzo zmęczona. Wykąpałam się więc i około 18:30 położyłam spać. Obudziłam się przed 4 rano i za nic nie mogłam już zasnąć. Na zewnątrz robiło się już jasno, chciałam więc przeczekać te 4 godzinki i wyruszyć na zwiedzanie. Włączyłam TV, żeby zająć czas, ale po 3 godzinach zasnęłam przy kolejnym odcinku serialu dokumentalnego o katastrofach lotniczych. Obudziłam się po 10:00, więc już wiedziałam, że całego planu zwiedzania nie zrealizuję. No ale zebrałam się szybko i podążając za nawigacją w telefonie, udałam się do stacji metra. To mój ulubiony środek miejskiego transportu. Łatwo i szybko dotrze w każde miejsce. Nie trzeba się użerać w kolejce do kas, bo przeważnie wszędzie są automaty biletowe. Tak miało być i tym razem, łatwo, szybko i przyjemnie. Ale po 10 minutach sterczenia przy takim automacie, który z jakiegoś powodu nie chciał mi wydać biletu, chociaż robiłam wszystko według instrukcji, byłam już wkurzona. Myślałam, że głupi automat do biletów mnie przechytrzył. Postanowiłam więc zadziałać starą metodą i podeszłam do okienka. Ale pan tylko wymachiwał rękami i biletem, więc stwierdziłam, że chyba szybciej się dogadam z tą maszyną. I faktycznie, dostrzegłam miniaturowy obrazek, że akceptowane są banknoty od 5 yuanów w górę i monety o wartości 1 yuana, a ja dawałam po 1 yuanie w papierku. Swoją drogą, jaki kraj ma ten sam nominał pieniężny jednocześnie w papierku i w monecie?! Udało mi się w końcu wydrukować bilet. Przeszłam przez bramki i podążyłam za znakami do swojej linii metra. Od tej pory szło już gładko. Przez pierwszą godzinę.


Wysiadłam na przystanku, z którego wystarczyło przejść przez plac i bramy Zakazanego Miasta stałyby otworem. Ale ponieważ podczas jazdy metrem zgubił mi się sygnał GPS w telefonie, nie wiedziałam, w którym kierunku iść. Po obu stronach ulicy stały ogromne chińskie bramy. Wybrałam sobie jedną z nich i poszłam. Jak się później okazało, wybrałam niewłaściwą. Z każdym krokiem oddalałam się od Zakazanego Miasta. Ale nic złego się nie stało, zmieniła mi się tylko kolejność zwiedzania. Przeszłam się uliczką Quianmen pełną straganów, sprzedających jakieś chińskie smakołyki, których nie odważyłam się spróbować. Kiedy już się zorientowałam, że idę w złym kierunku, obrałam inny cel - Świątynia Nieba, która też była na liście. I tu spotkałam pierwszego z Chińczyków, którzy mnie zdenerwowali.

Chińczyk #1
Na końcu owej uliczki stała grupka Chińczyków na rowerach czyhająca na turystów. Rower wyglądał jak riksza, więc był to dla mnie kolejny ciekawy środek transportu. Chińczyk podszedł z rysunkiem Świątyni Nieba, proponując podwiezienie. Na pytanie "Ile?" pokazał trzy palce. Zapytałam po angielsku "Trzydzieści?", a ten potwierdził, kiwając głową. Wsiadłam i rozkoszowałam się przejażdżką po krętych, bocznych uliczkach. Przez chwilę przeszła mi przez głowę myśl "A co, jeśli on ma na myśli 300? To trochę dużo", ale jakoś szybko mi ta myśl uciekła.

Po przybyciu na miejsce wyciągam 30 yuanów, a skośnooki kiwa głową, że nie i tłumaczy po swojemu, że trzy rozłożone palce na dłoni to owszem, trójka, ale dwa pozostałe złożone palce, to dwa zera, więc rachunek wynosi 300. Dla porównania, ostatnim razem w Pekinie wzięłyśmy taksówkę z hotelu, która zabrała nas pod Mur Chiński (ponad godzina jazdy w jedną stronę), kierowca czekał, aż skończymy zwiedzanie, po czym zawiózł nas z powrotem do hotelu. Za całość zapłaciłyśmy 800 yuanów. A tu na jakimś rowerku 10 minut i trzy stówy! Nawet tyle przy sobie nie miałam, bo nie wypłacałam jeszcze żadnych pieniędzy, miałam tylko to, co mi zostało z ostatniej chińskiej ekspedycji. Próbowałam negocjować, ale za Chiny (hahaha) nie mogliśmy się dogadać. Pan się stawał coraz bardziej poddenerwowany, jeszcze by mi jakimś Jackie Chanem wyskoczył, a w spódnicy ciężko by było się bronić ;) Dałam mu więc to, co miałam i poszłam w swoją stronę.








Park i Świątynia Nieba to idealne miejsce, żeby uciec od gwaru miejskiego. Cały kompleks zbudowano w latach 1406-1420. Był odwiedzany przez cesarzy z dynastii Ming i Qing podczas corocznych ceremonii. Składa się z trzech głównych zabudowań, wzniesionych według ścisłych reguł filozoficznych. Jest Pawilon Modlitwy o Urodzaj, Cesarskie Sklepienie Nieba i Okrągły Ołtarz. Długo można by pisać o każdej tej części, co symbolizują i co się tu odbywało, ale wtedy mój blog wyglądałby jak mała encyklopedia i połowa czytelników zrezygnowałaby po kilku akapitach. Zainteresowanych odsyłam więc do Wikipedii. Ja natomiast napiszę ciekawostki zauważone przez siebie. Na przykład świątynię Cesarskie Sklepienie Nieba otacza mur, zwany Murem Echa. I daję słowo, co druga osoba stawała przy murze i krzyczała coś po chińsku, czekając, aż echo odpowie. A tymczasem cały myk polega na tym, że słowa wypowiedziane szeptem na jednym krańcu muru są wyraźnie słyszane na drugim. Na nic się więc zdały krzyki skośnookich.


Pawilon Modlitwy o Urodzaj

Pawilon Modlitwy o Urodzaj

Wnętrze Pawilonu Modlitwy o Urodzaj


Widok na Cesarskie Sklepienie Nieba

Cesarskie Sklepienie Nieba

Mur Echa i krzyczący przy nim ludzie

Pomiędzy świątyniami rozciągają się zielone alejki, pełne cudownie pachnących róż, a dookoła rozpościera się zielona trawa. Podobno można tu spotkać grupy ćwiczące tai chi. Niestety, nie udało mi się takich znaleźć, ale wypatrzyłam za to grupę... uczącą się tańca towarzyskiego. No i jedno z zabawniejszych zajęć w takich miejscach - obserwowanie mnichów z parasolkami i w szarych skarpetkach :)








Spędziłam tam ponad dwie godziny spacerując, podziwiając i jednocześnie się relaksując. Kilka osób koniecznie chciało zrobić sobie ze mną zdjęcie. Chyba europejska dziewczyna spacerująca sama, bez żadnej grupy zwiedzającej, nie jest tam często spotykana. Jeden miły człowiek o imieniu Tasun próbował mi nawet zrobić kilka zdjęć z ukrycia. Oczywiście zauważyłam jak się czaił i się do niego uśmiechnęłam. Zmieszał się biedny i zapytał, czy może mi zrobić zdjęcie. Zgodziłam się i w zamian za to dostałam owe zdjęcia na maila :)



Tuż za wyjściem z terenu świątyni na turystów czekali naciągacze z mnóstwem pamiątek, mniej lub bardziej ciekawych.

Chińczyk #2
Podszedł do mnie jeden z nich, proponując za 80 yeanów puzzle drewniane, z których można sobie złożyć model Świątyni Nieba. Odmówiłam i szłam dalej, ale sprzedawca był dość uparty. Szedł za mną dobre 5 minut, opuszczając cenę co chwilę i nie reagując na moje odmowy. Kiedy zszedł do ceny 35, zgodziłam się wziąć pamiątkę dla świętego spokoju. Dałam mu banknot 100Y, bo tylko taki miałam. Ten grzecznie wydał mi 50, 10 i 5. Po chwili wyciąga ze swojego portfela 100Y w dosyć zniszczonym stanie i lekko przedarte po środku mówiąc, że ten, który mu dałam jest zniszczony i muszę dać inny. Już miałam sięgać po pieniądze, ale zaświeciła mi się żarówka nad głową, że to przecież nie mój banknot. Moje pieniądze były dopiero co wyjęte z bankomatu i wyglądały jak prosto z drukarni. Nie dałam się więc nabrać, a i Chińczyk szybko zmienił temat, jak zobaczył, że nie ze mną te numery. Zadowolona ruszyłam w kierunku taksówki. Po drodze zaczepiło mnie jeszcze trzech takich sprzedawców, ale szybko uciekłam do samochodu. Poprosiłam o podwiezienie do Zakazanego Miasta, tym razem za 70Y. Wyciągam więc pieniądze, które dostałam jako resztę za model świątyni i uwierzcie mi, że zaczęłam się na głos śmiać w taksówce. Śmiać z siebie, a właściwie ze swojej głupoty. Bo wielce zadowolona, że nie dałam się nabrać na podmiankę stówy, nie zauważyłam, że reszta za moje zakupy to 15Y i... 50 rubli białoruskich. Już miałam wyrzucić mój zakup, ale w końcu zapłaciłam za niego 85Y! Ale nie złożę tego badziewia za Chiny!

Do tego po dotarciu do Zakazanego Miasta okazało się, że bramy są już zamknięte, bo było już po godzinie 17. Mogłam zrobić tylko kilka zdjęć z zewnątrz. Po raz kolejny zostaje mi coś do odwiedzenia następnym razem. Udałam się na Plac Tian'Anmen, zwany też Placem Niebiańskiego Spokoju. Jest to największy publiczny plac na świecie z 1417 roku. Kiedyś odbywały się tu ceremonie religijne i parady wojskowe. Na maszt znajdujący się na placu, codziennie o wschodzie słońca wciągana jest flaga Chińskiej Republiki Ludowej. Jest to też miejsce wielu wydarzeń politycznych, a także krwawo stłumionych protestów z 1989 roku, gdzie zginęło 241 osób (według oficjalnych danych), a wielu protestujących zostało zamkniętych w więzieniach lub skazanych na śmierć.

Brama Niebiańskiego Spokoju

Wejście do Zakazanego Miasta

Plac Niebiańskiego Spokoju

Brama Niebiańskiego Spokoju

Pomnik Bohaterów Ludu

Mauzoleum Mao Zedonga

Byłam już dosyć zmęczona chodzeniem, więc usiadłam sobie na murku, żeby dać nogom odpocząć i poczekać, aż się ściemni, żeby porobić kilka ciekawych zdjęć oświetlonego placu.

Chińczyk #3, #4, #5, #6...
Przechodziło obok dwóch młodych chłopaków, z czego jeden rozmawiał przez telefon. A raczej udawał, że rozmawia, bo kiedy byli na mojej wysokości, z jego telefonu dobiegł dźwięk migawki aparatu. Jak już tak chłopak kombinował, to mógł chociaż telefon wyciszyć, żebym się nie zorientowała. Po całym dniu pozowania do zdjęć w parku, zarówno do tych przyczajonych, o których i tak wiedziałam, jak i do tych, o które mnie proszono, miałam już trochę dosyć. Zaczęłam się czuć jak miś panda, fotografowany przez wszystkich dookoła. Do tego byłam jeszcze poddenerwowana tymi pięćdziesięcioma rublami białoruskimi. Za chwilę podeszło do mnie dwóch chłopaków i poprosiło o zdjęcie. Zgodziłam się, więc pstrykali, raz z jednym, raz z drugim. Zaraz po nich podeszła kolejna dwójka z tą samą prośbą. Gdybym miała czapkę, to bym ją chyba rzuciła na chodnik i dołączyła kartkę z ceną za zdjęcie. Jak już tych czterech gości odeszło zadowolonych ze zdjęciem, pojawił się nastolatek proszący o zapozowanie do zdjęcia.. z jego mamą. Po tym zdjęciu wstałam i uciekłam do metra. Zdjęć placu nocą nie będzie. Ja też mam granice swojej cierpliwości. Z tego wszystkiego na koniec przejechałam swoją stację metra. Ale na szczęście z tym nie ma problemu. Co kilka minut jedzie kolejny pociąg, więc nie trzeba było długo czekać na powrót.

Chyba w sumie zrobiłam sporo kilometrów, bo mięśnie na udach i łydkach bolą mnie do dziś. Nie ukrywam, że miewałam lepiej przygotowane organizacyjnie wyprawy, ale nikt nie jest idealny.

Po powrocie do Doha mój telefon przywitał mnie taką oto informacją pogodową:


Oficjalnie można chyba powiedzieć, że lato w Doha się zaczęło. Skończyło się spacerowanie w ciągu dnia i zaczęły się kilkuminutowe prysznice, zanim woda stanie się parząco gorąca. Ale i tak lubię to miejsce. I po raz kolejny zapraszam do Kataru: Praca w katarskich liniach lotniczych.

Album ze zdjęciami z Pekinu:
Pekin, Chiny 17-19.05.2012

środa, 16 maja 2012

Mrowisko

Odpoczęłam sobie. Od pracy, samolotów i pasażerów, od upałów, które w tej chwili w Doha stają się już nie do wytrzymania. Naładowałam baterie i musi mi to starczyć do jesieni albo i zimy.

Urlop zaczął się od nieplanowanej wycieczki krajoznawczej, w zasadzie za moją przyczyną. Miałam szczęście, że z lotniska w Krakowie odebrała mnie rodzinka z Bydgoszczy. I w drodze do domu ja, która ostatnie 9 miesięcy spędziłam w innym kraju, pewnie pokierowałam wszystkich nie tam, gdzie trzeba. Zamiast pozwolić kierowcy zaufać instynktowi i skręcić w lewo na rondzie przy wyjeździe z lotniska, tak jak podpowiadała mu intuicja, upierałam się, że trzeba jechać prosto. I tym sposobem wylądowaliśmy na płatnej autostradzie do Katowic, przemierzając trasę 70 km, zamiast 15 ;) Ale i tak było miło i nikt na mnie nie krzyczał :)

Oczywiście czas leciał co najmniej dwa razy szybciej. Spędziłam cudowny czas z rodziną. Zaliczyłam w końcu krakowskie zoo, wizytę u dentysty i szaleństwo na torze gokartowym ELIKART. Pierwsze i ostatnie szczerze polecam! Nie odwiedziłam tym razem mojego ukochanego Wawelu, ale myślę, że za parę miesięcy będzie dalej stał w tym samym miejscu.

Podczas lotu powrotnego z Krakowa do Frankfurtu po raz kolejny miałam okazję zaobserwować i docenić pozytywne aspekty mojej pracy. Szczegóły niby niewielkie, drobne, ale robiące wielką różnicę. Na przykład boarding, czyli wejście pasażerów na pokład. Leciała z nami grupa muzyków, z czego każdy miał ze sobią torbę z instrumentem, po kształcie wnioskuję, że smyczkowym. Nikt nie pomagał im w umieszczaniu bagaży w schowkach nad siedzeniami. Wszystkie stewardessy gdzieś wcięło na cały czas boardingu. Pasażerowie radzili więc sobie sami, marnując przy tym sporo miejsca. Przestawiali torby na różne sposoby, blokując jednocześnie przejście innym pasażerom. Jednak odprowadzenie klienta do jego siedzenia, czy pomoc w załadowaniu bagaży, co dla nas jest codziennością, bardzo usprawniają przygotowanie do lotu. Co do reszty nie mam zastrzeżeń.

We Frankfurcie miałam sporo czasu do kolejnego lotu. Spędziłam więc trochę czasu w kawiarni z tarasem widokowym na płytę lotniska (oczywiście darmowym, w przeciwieństwie do tarasu na lotnisku w Krakowie, gdzie za wejście płaci się 2 zł). Przez godzinę siedziałam przy kawie i jak zaczarowana wpatrywałam się w to, co działo się za szybą. Mrowisko. Mrowisko pełne poruszających się w każdym kierunku mrówek. Samochody, autobusy, cysterny z paliwem, przyczepy pełne bagaży, ciężarówki z cateringiem i oczywiście ogromne samoloty, które czasami muszą ustąpić pierwszeństwa małej mróweczce, która spieszy się, by na czas wypchnąć inny samolot na pas startowy. A wszystko idealnie skoordynowane, zsynchronizowane. Jedna wielka, mechaniczna symbioza.




Jeden samolot ląduje, aż dym spod opon idzie przy pierwszym zetknięciu kół z ziemią. Za kilka minut widać go, kiedy jedzie w przeciwnym kierunku - zdążył już zawrócić i udaje się na wyznaczone miejsce parkingowe. To w tym czasie większość pasażerów zrywa się z siedzeń i rzuca do swoich bagaży, mając nadzieję, że to pozwoli im szybciej wysiąść z samolotu, co jest oczywiście nieprawdą. A biedna stewardessy tylko wołają "Sit down, please!". Za chwilę samolot dociera na miejsce, gdzie już go oczekują. Podkładają kliny pod koła, żeby go unieruchomić. Nadjeżdżają wózki z przyczepami na bagaż, otwierają cargo, przystawiają rękaw prowadzący do wnętrza lotniska, czeka też już ekipa sprzątająca. Raz, dwa, trzy, posprzątane, catering wymieniony, zużyte koce przerzucone do cargo. Zaczyna się boarding, holownik już czeka, żeby wyprowadzić samolot spod budynku. Wszystko współgra idealnie. Samolotu lądują co kilka minut i przy każdym z nich cały proces się powtarza. Nie da się tego opisać słowami, ani też pokazać na zdjęciach. Dlatego jeśli ktoś z Was będzie miał kiedyś okazję przesiadać się na jakimś lotnisku, polecam przyklejenie nosa do szyby i obserwowanie.










Doha przywitała mnie 31 stopniowym upałem (o godzinie 22:30) i prawie dwugodzinnym pobytem na lotnisku, w oczekiwaniu na moją walizkę. We Frankfurcie, kiedy wchodziłam na pokład samolotu, upewniłam się u obsługi, że mój bagaż też został załadowany. Więc kiedy nie pojawiał się przez długi, długi czas na taśmie z bagażami w Doha, nie wiedziałam, co jest grane. Okazało się, że moja walizka pojechała razem z innymi tranzytowymi bagażami do innego terminala. Całe szczęście, udało się ją ściągnąć, zanim wysłali ją gdziekolwiek indziej. Dotarłam do siebie po godzinie 1:00 i przed położeniem się spać sprawdziłam grafik, bo przecież czeka mnie trzydniowy stand by. Przypisali mi jeden lot do Dubaju i jeden do Bahrajnu. O zgrozo! Po raz setny, dwa króciutkie loty, na które tylko stracę czas. No ale co zrobić. Położyłam się spać. Wstałam grubo po dwunastej w południe, a w moim grafiku - niespodzianka! Zabrali mi loty do sąsiadów i zamienili na... Pekin! Świetnie! Mur Chiński zaliczyłam ostatnim razem, więc tym razem uderzę w Zakazane Miasto.

środa, 2 maja 2012

Mediolan - na sportowo

Już po samym briefingu można było stwierdzić, że ten wypad do Mediolanu nie będzie taki odjazdowy, jak ostatnio. Ale tamten to był wyjątek. Tak zgrana ekipa trafia się naprawdę bardzo rzadko. O wyjściu do klubu też można było zapomnieć, bo cała kilkunastoosobowa załoga składała się z dziewczyn, a je zawsze trudniej namówić na wyjście. Do tego na pokładzie były dwie dziewczyny, które latają dopiero od tygodnia i były tak zagubione i bezradne, jak ja na początku. Poczułam się więc jak starsza siostra i zaczęłam im tłumaczyć to, co dla mnie już jest oczywiste, a czego nie uczą na treningu. Lot przebiegł spokojnie, pasażerowie grzeczni, jedni cichutko oglądali sobie filmy, a inni spali.

Do Mediolanu dotarliśmy popołudniu, przywitało nas piękne słońce. Udało mi się namówić kilka osób na wyjście do tej samej włoskiej restauracji, co ostatnio. Jedzenie przepyszne, domowy makaron, na przystawkę podają chipsy dopiero co zrobione ze świeżych ziemniaczków - pycha! Klimat restauracji też jest bardzo przyjemny. Dotarliśmy tam jakieś 15 minut po otwarciu, więc było jeszcze spokojnie. Ale już po 30 minutach miejsca przy stolikach wypełniły się gośćmi. W środku zrobiło się gwarno, dookoła Italiani :) Brakowało tylko lampki wina, ale była z nami CS, a do kolejnego lotu zostało nam mniej, niż 12 godzin, więc tym razem trzeba było sobie odpuścić. 





Następnego dnia obsługiwaliśmy lot do Nicei. Lot krótki, bo mniej niż godzina w jedną stronę. Przy takich krótkich lotach samolot nie wznosi się na więcej, niż 24000 stóp (gdzie normalnie latamy na około 39000), więc jeśli niebo jest pochmurne, tak jak to było tym razem, to samolotem bardzo trzęsie. I tylko było widać (i słychać), jak torebki na chorobę lokomocyjną, które każdy pasażer ma przed sobą, poszły w ruch.

Wróciliśmy z Nicei, na lotnisku przywitał nas deszcz. I niestety, taka właśnie pogoda zapowiadała się na nasze dwa dni wolne. A ponieważ był to akurat dzień wypłaty, koreańska część załogi postanowiła się wybrać na zakupy do outletu, gdzie można "tanio", bo na przykład za 300 EUR dostać torebkę Prady. No cóż, po pierwsze takie "tanio" to mnie nie interesuje, a po drugie i tak, jak będę szła przez miasto z taką torebką, to 80% osób pomyśli, że to podróbka, więc jaki jest sens? ;) Zostaję przy swoich dotychczasowych upodobaniach.

Pogoda pokrzyżowała też plany wyjazdowe do Werony. Jakoś nie uśmiechało mi się spacerować samej po mieście Romea i Julii w strugach deszczu. Znając mnie, na pewno by mnie to wprowadziło w sentymentalny, zbyt sentymentalny nastrój. A od myślenia to tylko głowa boli. Pojadę sobie innym razem, w piękny, słoneczny dzień. Postanowiłyśmy za to wybrać się z koleżanką z Syrii do miasta, bo przecież nie będziemy siedzieć cały dzień w hotelu. Rano, kiedy mój organizm sam postanowił wstać o godzinie 9:00, zaparzyłam sobie kawkę, do tego czekoladowa babeczka i śniadanie jak się patrzy! Z Samar byłam umówiona na 11:30, bo jej wewnętrzny budzik był nastawiony na trochę późniejszą godzinę. Poszłam więc do crew lounge, sprawdzić pocztę i wszystkie inne serwisy społecznościowe, które dają mi kontakt ze światem. Poznałam tam chłopaka z Australii, który pracuje w konkurencyjnej linii lotniczej znad Zatoki. Porozmawialiśmy chwilę i okazało się, że chłopak właśnie skończył pisać książkę o swoim życiu i o tym, jak w wieku dwudziestu kilku lat można się zmagać z upiorami z przeszłości. Przeczytałam pierwsze dwie strony tego, co napisał i muszę powiedzieć, że ma chłopak talent. Obiecał przesłać mi całość za około dwa miesiące. Zebrał już kilka adresów mailowych od nieznanych osób, których pewnie już nigdy w życiu nie zobaczy i liczy na obiektywne recenzje. Jestem bardzo ciekawa jego książki. Proszę, jak to nigdy nie wiadomo, kogo się w życiu spotka.

Crew Lounge - pokój do relaksu dla pracowników linii lotniczych

Crew Lounge - pokój do relaksu dla pracowników linii lotniczych

Crew Lounge - pokój do relaksu dla pracowników linii lotniczych
Podróż do miasta zajęła nam pół godziny - 30 minut wpatrywania się w mijające budynki i drzewa i krople deszczu spływające skośnie po szybie..

Zwiedzanie Mediolanu zaczęłyśmy na sportowo. Wybrałyśmy się na stadion San Siro - największy stadion we Włoszech, może pomieścić około 85 tys. kibiców. Początkowo miałam pomysł, żeby wybrać się dzień wcześniej na mecz Inter - Cesena, ale jakoś tak się ociągałam z kupnem biletu, że przepadło. Pojechałyśmy więc dzień później na zwiedzanie. I co tu mówić, stadion, jak stadion. Faktycznie duży, ale jakoś nie wywoływał we mnie specjalnych emocji. Pewnie dlatego, że aż taką fanką futbolu nie jestem. Sam mecz na pewno zrobiłby większe wrażenie. Po zwiedzaniu samego stadionu i kilku ciekawostkach na jego temat (na przykład takich, że wymiana murawy kosztuje 200 000 euro i w tym roku wymieniano już ją 6 razy. Dlatego właśnie Inter i AC Milan trenują gdzie indziej) zabrano nas do szatni obu zespołów. Oczywiście fotka w miejscu, gdzie piłkarze udzielają wywiadów po meczu była obowiązkowa. Trzeba było też posiedzieć na ławeczkach, gdzie siadają po meczu spoceni, z jeszcze buzującą krwią w mięśniach piłkarze. Z szatni przeszliśmy do muzeum owych dwóch drużyn i na koniec - sklep z pamiątkami. Magnesik zakupiony :)






Szatnia Inter Milanu

Szatnia AC Minalu - na ekranach nad siedzeniami wyświetlają się nazwiska oraz numery zawodników, żeby każdy wiedział, gdzie ma siadać.


Muzeum obu drużyn







Ponieważ deszcz nie przestawał padać, udałyśmy się do znanej mi już dzielnicy Brera. Właściwie to ja byłam przewodnikiem, co nie powinno nikogo dziwić ;) Wiele knajpek było zamkniętych, z godziną otwarcia zaplanowaną na 19:00, ale znalazłyśmy i takie, które były gotowe nakarmić głodnych o 16:30. Pizza była oczywiście wyśmienita, nawet podzieliłyśmy się z włoskimi wróbelkami, które dosłownie jadły z ręki. Na koniec udało nam się zrobić zupełnie nieplanowane zakupy. Jak już kiedyś wspominałam, SMS z banku, że wypłata właśnie wpłynęła na konto bywa bardzo niebezpieczny ;)

Zdecydowanie brakowało słońca podczas tego wyjazdu, ale nie można być takim zachłannym. 








Zrobiłam sobie małe podsumowanie rzeczy, które mam do załatwienia w Doha przed wylotem do Polski i okazuje się, że prawie na nic nie mam czasu! Wracam 1 maja późno w nocy, więc już nic nie załatwię. Następnego dnia od rana jestem na minimum rest przed lotem do Dubaju, więc wolno mi wyjść maksymalnie na 1,5 godziny. I muszę w tym czasie odebrać bilety w jednym miejscu, w innym odebrać zezwolenie na opuszczenie kraju (tak, muszę takie mieć za każdym razem, kiedy wyjeżdżam z kraju nie służbowo) i trzy rzeczy do kupienia, każda w innym miejscu. Z czegoś muszę zrezygnować.
Pasażerów lecących do Dubaju poczęstuje się gorącymi sandwiczami, a później fruuu do Frankfurtu Insha'allah*, a stamtąd już prosto do Krakowa! Oznacza to kolejną przerwę na blogu, więc już teraz wszystkich czytelników proszę o cierpliwość. Ale za to tuż po urlopie - relacja z niespodziankowego lotu, który cały czas na moim rozkładzie widnieje jako SBY.

Mediolan, Włochy 27.04 - 01.05.2012

*Insha'allah - popularny zwrot używany przez muzułmanów, oznaczający "jeśli Bóg pozwoli"