obraz

obraz

środa, 16 października 2013

Wszystkie kolory Chicago

Lot do Chicago, jak każdy lot do USA, był męczący. Do tego różnica w czasie (9 godzin różnicy do czasu w Doha) robi swoje. Po dotarciu do hotelu, pomimo szczerych chęci na zwiedzanie i sporej grupy załogi wybierającej się do miasta - zostałam w hotelu. Znalazłam sobie kilka wymówek: zmęczenie, godzina 17, więc za godzinę słońce zachodzi, do tego jakoś nie miałam tym razem ochoty na spacer po mieście w grupie, gdzie każdy chce iść w inną stronę i zobaczyć coś innego. Wzięłam gorącą kąpiel i położyłam się spać. I jak się okazało, była to bardzo dobra decyzja. Godzina 4 rano - pobudka. Oczy jak 5zł, spać się nie chce, a do śniadania jeszcze trochę, więc przeczekałam oglądając telewizję. Cztery godziny później już byłam w drodze do metra. A dzięki porannemu, trochę przymuszonemu blokowi serialowemu, na listę puntów do odwiedzenia dodałam jeszcze jedno miejsce. 

Jednak prawdą jest, że dobrze rozpoczęty dzień jest pozytywny do końca. Na stacji metra przy moim hotelu nie było żadnej budki, tylko automat do biletów. Bilet w jedną stronę kosztował $3, a ja miałam ze sobą banknot $20. Duży czerwony napis na maszynie uprzedzał, że automat nie wydaje reszty. Nie ma problemu, na takie wypadki jest karta. Ale z niewiadomych mi przyczyn ani polska, ani katarska karta nie została zaakceptowana, chochlik jakiś. Podszedł do mnie pan z obsługi i sam spróbował jeszcze raz z obiema kartami. Rozpoznał we mnie Polkę, początkowo myślałam, że z wyglądu, ale później mnie oświeciło, że trzymał w ręku moją kartę, gdzie imię i nazwisko jak byk. Sam też mówił po polsku z amerykańskim akcentem. Automat okazał się nieugięty, a w pobliżu żadnej budki z hot-dogami nie było, żeby rozmienić dwudziestkę. No to już się z kolegą żegnałam, chciałam wrócić do hotelu i rozmienić, ale ten otworzył bramkę swoją kartą i mnie wpuścił bez biletu. Mały, bezinteresowny gest, a poprawia nastrój.

W ogóle Chicago zawsze kojarzyło mi się z miastem Polaków. Pewnie przez film "Kochaj albo rzuć", trzecią część filmowej trylogii "Sami Swoi". Przy okazji cytat z filmu, kiedy to Kargul mówi do Pawlaka na pokładzie samolotu: "Człowiek czuje się jak sołtys: wysoko, najedzony i za nic nie odpowiada". Ale wracając do tematu, Chicago faktycznie było kiedyś największym poza Polską skupiskiem Polaków. Zresztą widać to było na każdym kroku: Novak Construction, Pulaski Road i wiele, wiele innych.




Metro ponad ulicami.

Samo miasto zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Owszem, wielkie z ogromnymi drapaczami chmur, ale te piętra nade mną nie przytłaczały, tłum na ulicach był mniejszy i jakoś tak bardziej obecny, niż w innych amerykańskich miastach, które do tej pory widziałam. Z kubkiem ze Starbucksa udałam się więc do Parku Millenium. Idealne miejsce na wypicie porannej kawy w promieniach porannego słońca. No i trzeba zobaczyć tą lustrzaną fasolkę, przy której wszyscy znajomi "po fachu" pstrykają sobie zdjęcia, odkąd tylko otworzyliśmy połączenie Doha-Chicago. Zanim do niej dotarłam, zatrzymałam się na chwilę przy Crown Fountain, dwóch fontannach-wieżach, na których dzięki LEDom ukrytym za warstwą szklanych cegieł wyświetlane są obrazy i animacje. Niestety (albo stety) było zbyt słonecznie, żeby to wychwycić.



Kiedy dotarłam do rzeźby o wdzięcznej nazwie Cloud Gate - Brama Chmur (która niestety została nieoficjalnie nazwana przez mieszkańców "Fasolką", ze względu na swój kształt) nie było przy niej rzeszy turystów, której się spodziewałam. Lepiej dla mnie. Ta 110-tonowa rzeźba składa się ze 168 płyt ze stali nierdzewnej, wypolerowana tak, że nie widać ani jednego łączenia! Jej twórca, Brytyjczyk o korzeniach z Indii, Anish Kapoor, inspirował się kroplą rtęci oraz formami odbijającymi niebo. Muszę powiedzieć, że wyszło mu to całkiem ciekawie, chociaż koszt całego przedsięwzięcia był nieco wyższy, niż planowano. Zamiast $6 mln wyszło... $23 mln! Jednak ani jeden cent nie pochodził z publicznych funduszy, wszystko zostało zebrane na ten cel od chętnych firm i prywatnych dobroczyńców. A teraz trzeba czyścić fasolkę dwa razy dziennie, bo paluchy się odbijają ;)







W drodze do kolejnego miejsca natknęłam się na nietypową wystawę. Cóż, jednak nie wszystkie rodzaje sztuki są mi zrozumiałe. Ale skoro ktoś kiedyś stawiał kolorowe rzeźby krów w miastach, to mogą też być dziwne, kolorowe misie (?).




Takie to moje szczęście, że jak gdzieś jadę, to muszą coś zamykać. Na szczęście tym razem pozamykane były tylko niektóre drogi i alejki. Miasto przygotowywało się na wielki Maraton Chicago, który miał się odbywać za kilka dni. I pomimo tego, że dotarłam we wszystkie miejsca, które chciałam, okrężne drogi zabrały mi trochę czasu i nabiły kilometrów (moja mądra aplikacja na telefonie do obliczania dystansu pokazała mi na koniec dnia, że zrobiłam pieszo 8,3km zwiedzając Chicago).





Kto kojarzy serial telewizyjny "Married With Children"? Nikt? A "Świat według Bundych"? O proszę, ile osób podniosło rękę ;) Serial ten gościł w wielu domach swego czasu. Otóż serial ten rozgrywał się w Chicago, w zasadzie wszystkie sceny pokazywały wnętrze domu Bundych, ALE za to w scenie otwierającej każdy odcinek widniała Fontanna Buckingham. Dla przypomnienia:


No dobra, może i wątła to atrakcja, ale pomyślałam, że skoro już tu jestem, to pójdę i zobaczę. Nie mam co prawda idealnie tego samego ujęcia, co na filmie, ale i tak widać, że sporo nowych wieżowców się od tamtego czasu pojawiło. Fontanna jest jedną z największych na świecie. A i blisko od niej do portu nad Jeziorem Michigan.







W Chicago jest wiele atrakcji i miejsc do zobaczenia, ale jak się jest ograniczonym czasem, to trzeba i ograniczyć zwiedzanie. Udałam się więc do kolejnego punktu, bez którego wizyta w tym mieście nie byłaby zaliczona - Willis Tower (Sears Tower). Ten drapacz chmur powstał w 1973 r. i stał się wtedy najwyższym budynkiem świata (442m), przebijając wieże World Trade Center. Trzymał ten tytuł aż przez 25 lat, do momentu kiedy w Tajwanie wybudowano Taipei 101. Obecnie Willis Tower plasuje się na pozycji 8. na liście najwyższych budynków świata. Budowę ukończono zaledwie w trzy lata. Przed wjazdem na 103 piętro, gdzie znajduje się punkt obserwacyjny, puszczany jest krótki filmik o powstawaniu wieżowca. Sporo tam liczb i numerów. Ja jednak zapamiętałam jedną ciekawostkę. Ostateczny wygląd budynku został zaprojektowany dzięki... papierosom. Bruce Graham, architekt, podczas lunchu z inżynierem Fazlur Khan, złapał garść papierosów i wysunął niektóre z nich wyżej, a niektóre niżej. Tak oto powstał koncept 9 wież, które do wysokości 50 piętra rosną równo, po czym dwie z nich wzbijają się do 66 piętra, trzy kolejne do 90, a dwie najwyższe - do 108. W 2009 roku jako dodatkową atrakcję dla turystów, wbudowano cztery szklane balkony w obserwatorium na 103 piętrze. Dzięki temu można stanąć na szklanej podłodze 412 metrów nad ulicami. Pomimo tego, że balkon wytrzyma nacisk 5 ton, prawie każdy wchodzi na niego powoli i z niezwykłą ostrożnością.



Chicago - widok ze 103 piętra

Chicago - widok ze 103 piętra

Chicago - widok ze 103 piętra

Chicago - widok ze 103 piętra

Niestety, paluch na zdjęciu osoby, która robiła mi zdjęcie zauważyłam dopiero w domu...


Jak już mówiłam, Chicago zaskoczyło mnie bardzo pozytywne. Do tego pogoda i wszystkie kolory jesieni dodały swoje dwa grosze. Jeśli to miasto pojawi się po raz kolejny na moim grafiku, na pewno się z tego ucieszę i zaplanuję szczegółowo kolejną wizytę.




Album ze zdjęciami z Chicago:
Chicago, USA 10-11.10.2013

niedziela, 13 października 2013

Moskwa zamknięta

Wielkie nadzieje, wielkie rozczarowanie. Ale nie samym miastem. Po prostu trafiłam na zły czas.

Po kilkugodzinnym locie, idąc przez lotnisko poczułam się prawie jak u siebie. Dookoła mówią po rosyjsku, raz, że podobne to do polskiego, a dwa, że liznęło się trochę tego języka parę lat temu (pozdrawiam całe polsko-ukraińskie towarzystwo z mojej poprzedniej pracy!!!). Podróż do hotelu zabrała nam aż półtorej godziny, takie były korki. Ale przynajmniej można było w tym czasie oko przymknąć. Później szybka zmiana ciuchów i do miasta. Oczywiście w kierunku Placu Czerwonego.

Po drodze czułam się jak pierwszoklasista, składając literki alfabetu rosyjskiego, próbując przeczytać każdy napis na bilboardzie, szyldzie, ścianie i co tylko było widoczne. W miarę upływu czasu szło mi coraz lepiej. Jednak trening czyni mistrza.

Wysiedliśmy przed Państwowym Muzeum Historycznym i jak się później okazało, to była główna atrakcja naszej wycieczki. Dookoła pełno policji, maszerującej w kolumnach jak wojsko. Barierki poustawiane wokół Kremla, dostęp do Placu Czerwonego zamknięty. Za każdym razem kiedy próbowaliśmy się dowiedzieć u któregoś ze strażników co jest grane, dlaczego nie można przejść i czy jest jakaś inna droga dostępu, każdy z nich wskazywał tylko palcem na innego strażnika, który niby miał mówić po angielsku. Niestety, bez pożądanego efektu. 






Informacji udzieliła nam dopiero pani sprzedająca pamiątki w jednej z budek poustawianych dookoła. Rozpoczynał się Festiwal Światła i trwały ostatnie przygotowania. Szkoda, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, bo by się człowiek przygotował jakoś. Podczas takiego festiwalu na pewno ciekawe rzeczy można zobaczyć. Ale my byliśmy tylko poddenerwowani, że pozamykali nam największe atrakcje. Postanowiliśmy znaleźć jakąś okrężną drogę do Cerkwi Wasyla Błogosławionego (którą wschodnioazjatycka część naszej grupy nazwała pałacem Disneya...). Dostaliśmy kilka wskazówek od naszej rozmówczyni i ruszyliśmy w drogę. 





Niestety, jak się okazało, Cerkiew była obstawiona z każdej strony barierkami i policjantami i to w taki sposób, że nie można było nawet zdjęcia z daleka zrobić. Głodni, wychłodzeni i zrezygnowani zmieniliśmy cel podróży z atrakcji turystycznych na restaurację. I tu też mieliśmy pecha, bo w jednej z restauracji, która zapowiadała się bardzo obiecująco, zachęcając swoim menu wystawionym na zewnątrz, po 15 minutach oczekiwania na menu większość grupy (a było nas 6 osób) zdecydowała, że wychodzimy. No cóż, skończyło się na hot-dogu zjedzonym na szybko po drodze i kolacji w hotelu. 




Hmm... i weź tu się człowieku zdecyduj na któryś kredyt.. ;)

Nic nie szkodzi, nie żeby mnie to zniechęciło. Poczekam do wiosny i postaram się o Moskwę jeszcze raz. Tym razem wybiorę się do miasta sama, żeby samemu sobie wyznaczać trasę. 

Miła szczegół na koniec mojej krótkiej, moskiewskiej opowieści. W każdym z samolotów w biznes klasie zarówno w kabinie, jak i w toaletach są świeże kwiaty. Małe bukieciki z czerwonych róż, które cieszą oko. Wiadomo jednak, że cięte kwiaty więdną, nawet jeśli trzymane są w gąbce nasiąkniętej wodą, więc w miarę możliwości wymieniają je nam na różnych lotniskach. I oto co zobaczyłam podczas lotu powrotnego z Moskwy:


Różowe goździki w papierowej folii. Tak, ja też się uśmiechnęłam... :)




Album ze zdjęciami:
Moskwa, Rosja 04-05.10.2013

piątek, 27 września 2013

Obywatele Świata

Przed urlopem miałam dwa loty do Stanów, oba do Nowego Jorku. Lubię to miasto. W centrum tłum ludzi, światła i neony na każdym rogu, syreny policyjne wyją co kilka minut.

Pierwszy pobyt w NYC wypadł w sobotnią noc. Nic nie planowałam, żadnego zwiedzania tym razem, jakoś tak wyszło. Sporo osób z załogi było chętnych na wspólny obiad w mieście. Time Square pełniuśki, na ulicach pośród żółtych taksówek długie limuzyny. Z szyberdachów wyglądają młode dziewczyny z różowymi uszami królika i krzyczą wniebogłosy. Wieczór panieński, urodziny, któż to wie. Niestety, okazało się, że w sobotnią noc znaleźć miejsce w restauracji dla siedmiu osób graniczy z cudem. W najlepszym przypadku trzeba było czekać na stolik godzinę. Jedynym ratunkiem dla naszych skręconych z głodu żołądków było odbicie w boczne ulice i poszukanie restauracji z dala od tłumów. W końcu się udało. I takim oto sposobem, zamiast amerykańskiego steka, na kolację było włoskie spaghetti.

Empire State Building

Dwie Polki na Time Square!




Następnego dnia od koleżanki z lotu usłyszałam informację, przez którą niemal usiadłam z wrażenia. Oczywiście zaraz po dotarciu do domu musiałam wygooglać sprawę. Otóż sobotniej nocy na Time Square, na skrzyżowaniu ulic 42 i 8 o godzinie 21:30 policja strzelała do jakiegoś podejrzanego typa, raniąc przy tym dwie przypadkowe osoby z tłumu (oficjalna wiadomość z NY Times). Nasza restauracja była trzy przecznice dalej, a o godzinie 21:20 skończyliśmy posiłek i udaliśmy się z powrotem w kierunku Time Square. Strzałów nie słyszeliśmy.. New York, New York....

Podczas lotu powrotnego na 42 dostępne miejsca w biznes klasie 30 było wykupionych przez członków jednej arabskiej rodziny: 12 mężczyzn, 14 kobiet i 4 dzieci. Bracia, siostry, mężowie, żony - nie wiem. Wiem tylko, że narobili nam bałaganu, bo poprzesiadali się według swojego widzimisię. I tak kiedy japońskie małżeństwo w podeszłym wieku przyszło na swoje miejsca i zastało tam dwie damy w czarnościach od stóp do głów, usiedli na dwóch miejscach obok. Pech chciał, że jedno z nich należało do członka królewskiej katarskiej rodziny, który zrobił z tego powodu awanturę. Jednak przy pomocy personelu naziemnego udało się sprawę załatwić. Wszyscy byli zadowoleni, a pan z katarskiej rodziny przeprosił, że się uniósł, tłumacząc to małą odpornością nerwową na latanie.

Na drugi lot do NY kilka dni później postanowiłam już sobie coś zaplanować. Wymyśliłam bliższe spotkanie ze Statuą Wolności. Żeby było sprawniej, zarezerwowałam sobie bilet online. Niestety, wejście punkt obserwacyjny znajdujący się w koronie Statuy* jest wyprzedane. Następny wolny termin w listopadzie. No nic, zamiast podrapać statuę w głowę, połaskoczę ją w stópki. W ogóle z wejściem na posąg przez ostatnie lata było różnie. 11 września 2001 roku, po ataku na WTC, zamknięto dla zwiedzających. W sierpniu 2004 turyści mogli dotrzeć tylko do podestu pomnika. Wjazd na górę był zamknięty ze względu na niewystarczającą ilość dróg ewakuacyjnych. W październiku 2011 zamknięto całość, żeby zainstalować dodatkowe windy i schody. Prace ukończono po roku i miejsce znów zostało otwarte. Niestety następnego dnia Nowy Jork nawiedził huragan Sandy, niszcząc port, do którego wpływały promy z turystami. To sprawiło, że turyści mogli podziwiać ten dar narodu francuskiego tylko z daleka. W końcu 4 lipca 2013 całość znów została otwarta. Bilety na wejście na koronę są ograniczone (240 osób dziennie) i rezerwowane z dużym wyprzedzeniem, o czym się właśnie sama przekonałam.

Pobudka o 5 rano, bo trzeba z Long Island do centrum dojechać. Orzeźwiający i świeży poranek nastroił mnie pozytywnie. Więc żeby wmieszać się w tłum, z kubkiem gorącej kawy ruszyłam do miasta z dziewczyną z Maroka. Po drodze się przekonałam, że jednak w tym mieście nie mogłabym mieszkać. Nie da się wyjść ze stacji metra bez potrącania lub bycia potrąconym przez innych ludzi i ja to rozumiem. Ale bycie staranowanym przez zamaszystego ciemnoskórego pana z taką siłą, że wykonałam obrót o 180 stopni, a pan się nawet nie raczył obrócić - to już ponad moje nerwy. Chyba przez lata moja cierpliwość się trochę ukróciła.

Ale nic to. Dotarłyśmy do Baterry Park, skąd prom miał nas zabrać na Wyspę Wolności. Po drodze minęłyśmy East Coast Memorial, miejsce upamiętniające poległych na zachodnim wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego podczas II Wojny Światowej. 4609 nazwisk wyrytych na ośmiu granitowych płytach, a po środku dumny orzeł z brązu z rozpiętymi skrzydłami, patrzący w kierunku Statuy. Swoją drogą dziwne, że ludzie polegli na zachodnim wybrzeżu, a miejsce nazywa się East Coast Memorial (east = wschód). Amerykanie lubią pomniki z rozmachem, o tym się już przekonałam nie raz. Kawałek dalej był pomnik weteranów wojny koreańskiej, ale że czas nas gonił, poszłyśmy prosto na prom. Przed wejściem na statek – inspekcja dokładnie taka sam a, jak na lotnisku. Wszystkie torby prześwietlone i przejście przez bramki wykrywające metal.

East Coast Memorial

East Coast Memorial





Wsiadłyśmy jako jedne z ostatnich, ale udało nam się dopchać do barierki. W miarę jak oddalaliśmy się od Manhattanu, panorama z drapaczami chmur rysowała swoje kontury coraz wyraźniej. Wieża One World Trade Center, o której pisałam po ostatnim pobycie w Nowym Jorku (post "New York City") jest już całkiem ukończona z zewnątrz. Trwają jeszcze prace wykończeniowe wnętrza, ale budynek już wpasował się w obrazek Manhattanu.

  


Statua Wolności to dar narodu francuskiego, upamiętniający przymierze obu narodów w czasie wojny o niepodległość USA. Pomnik został wzniesiony we Francji, następnie rozebrany na części i wysłany statkiem do Nowego Jorku. Autorem konstrukcji stalowej i podstawy był Gustaw Eiffel, ten sam od wieży paryskiej. Samą postać natomiast zaprojektował Frederic Auguste Bartholdi. W 1871 roku wybrał się do USA w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na postawienie statuy. Idealnym punktem okazała się mała wyspa u wejścia do portu Nowego Jorku. Posąg był widoczny z daleka dla każdego wpływającego do portu statku. Statua witała więc tych, którzy przybywali do Stanów w poszukiwaniu lepszej przyszłości, jak i tych, którzy wracali do domu z dalekich podróży, czy wojen.





Posąg jest skonstruowany z miedzi, więc początkowo był koloru miedzianego. W wyniku korozji atmosferycznej powłoka okryła się patyną, co daje obecnie wszystkim znany odcień koloru zieleni. Jak statua wygląda, każdy wie. Ale co tak naprawdę trzyma w lewej ręce? Dlaczego na głowie ma spiczaste kolce i czy ktoś wie, że między jej stopami plączą się łańcuchy? Posąg był prezentem z okazji setnej rocznicy niepodległości Stanów Zjednoczonych, dlatego właśnie na tablicy trzymanej z lewej strony wyryta jest data JULY IV MDCCLXXVI (4 lipca 1776). Korona z siedmiu promieni oznacza wolność rozprzestrzeniającą się przez siedem mórz na siedem kontynentów, a zerwane łańcuchy u stóp symbolizują zakończenie niewolnictwa, zerwane kajdany tyranii. Pochodnia trzymana wysoko w prawej ręce zmieniała się trzykrotnie. Pierwszą, oryginalną wersję można podziwiać wewnątrz statuy.







Pierwsza oryginalna pochodnia trzymana przez Statuę Wolności

Część wystawy wewnątrz Statuy

Twarz Statuy Wolności


Zwiedzających pełno, z każdego zakątka świata. Jak zresztą w całym Nowym Jorku. Ale przy takich możliwościach podróżowania jak dziś, Nie ma już chyba miejsca na świecie, gdzie nie znalazłoby się kilku narodowości. Dlatego wszędzie powinniśmy czuć się dobrze. W końcu jesteśmy obywatelami świata.




Album ze zdjęciami z Nowego Jorku:
Nowy Jork, USA 2013.09.19-20




_______________________________
* przy okazji pisania tego posta musiałam odświeżyć swoją wiedzę z gramatyki polskiej i wyszukać odmianę słowa "statua". Ale okazało się, że obie wersje, które miałam na myśli (statuy i statui) są poprawne. Pozdrawiam wszystkie swoje polonistki!!! :)

niedziela, 22 września 2013

Zielone na dziesiątej

Od treningu minął już miesiąc. Już od miesiąca pracuję w biznes i pierwszej klasie, zamiast ekonomicznej. Jak jest? O niebo lepiej! Myślałam, że nie da się już bardziej lubić swojej pracy. A jednak.

Nie raz po ciężkim locie tłumaczyłam sobie, że to jest cena za to całe podróżowanie i wszystkie inne zalety mojej pracy. Trzeba było swoje odpracować, żeby potem cieszyć się czasem wolnym. Zwłaszcza na trasach powszechnie wśród nas znanych, jako "ciężkie". Natomiast teraz żaden lot nie jest już taki straszny, nawet Indie, czy Bangladesz.

Praca jest zupełnie inna. Bardziej przypomina pracę w restauracji. Nie ma już papierowych podkładek pod tacę przed posiłkiem - jest materiałowy mini obrusik. Zamiast papierowych serwetek jest porządna serwetka z materiału, jaką w każdej dobrej restauracji kelner położy nam na kolana przed posiłkiem. My robimy tak samo. Żadnych plastików - chińska porcelana i srebrne sztućce. Do każdego klienta podchodzi się indywidualnie, w dłuższych lotach każdy je wtedy, kiedy chce, nie kiedy my tego chcemy. Lot można zacząć od kieliszka szampana, w pierwszej klasie kawior ossetra (drugi z najdroższych na świecie) z rosyjskimi blinami dostaje się na przystawkę. Do menu osobno dołączona jest obszerna karta win, natomiast czytając samo menu można sobie język połamać. Wszystko ą ę i bułkę przez bibułkę. Oto kilka przykładowych zdjęć z oficjalnej strony QA:






Do tego trzeba się odpowiednio przygotować. Dlatego dwutygodniowy trening skupia się wyłącznie na serwisie. Omawiany jest każdy szczegół, krok po kroku. Jak podchodzić, w którą stronę się obracać, w której ręce co trzymać, jak ustawiać rzeczy na stoliku. Trenowałyśmy nalewanie wina i szampana, bo robimy to nie cichaczem na zapleczu, tylko przed oczami pasażera, prezentując najpierw butelkę. Nawet talerz z jedzeniem ma swoje określone położenie: zielony dodatek (sałatka, warzywa) musi być na godzinie dziesiątej, a sos na piątej.

Na pewno robię więcej kilometrów na pokładzie, niż wcześniej. Prawie każdą rzecz przynosi się osobno, więc trzeba co chwilę biegać z kabiny do galley i odwrotnie. Ale koniec końców i tak jestem mniej zmęczona po całym locie, niż po pracy w klasie ekonomicznej. Dlatego zalecam wszystkim koleżankom po fachu cierpliwość. Awans na pewno nadejdzie, bo na każdego przyjdzie pora, a warto na niego czekać.

Czas jesienny to dla mnie czas treningów. Takie są wymogi, że niektóre szkolenia trzeba powtarzać co roku, inne co dwa lata. Dla mnie ten czas to wrzesień i październik, dlatego co chwilę w moim grafiku pojawia się "trening". Nie będę się o nich rozpisywać, bo kto by chciał słuchać o niebezpiecznych materiałach wnoszonych na pokład, o alarmach bombowych, porwaniach samolotów, właściwej komunikacji, wymogach, bla, bla, bla. Zamiast tego pokażę wam reklamę, która wyszła ostatnio w związku ze wsparciem FC Barcelony przez nasze linie lotnicze.


A swoją drogą ciekawe to, że stewardessa z filmiku reklamowego wszędzie chodzi w pełnym umundurowaniu, z torebką włącznie :)

wtorek, 10 września 2013

Bangladesz - nie!

Jeżeli ktoś czeka na relację z pobytu w Bangladeszu, to się niestety zawiedzie. Miałam dwa loty do Dhaki, w krótkim odstępie czasu. Jak zawsze przed lotem do nowego miejsca, robiłam małe rozeznanie w necie, chociaż od początku byłam negatywnie nastawiona do tego miejsca. Znalazłam artykuł, który zaczynał się słowami "Na pierwszy rzut oka Dhaka może zniechęcać: chaotyczna, brudna, hałaśliwa, zatłoczona. Trzeba mieć sporo samozaparcia, by się tam odnaleźć. Dlatego nie jest to miasto dla przeciętnego turysty - raczej dla poszukiwacza przygód, osoby pragnącej poznać smak prawdziwego życia." Poszukiwacz przygód w Bangladeszu? Nie, to zdecydowanie nie ja. 

To tylko potwierdziło moje zamiary spędzenia całego pobytu w hotelu. Tylko proszę mnie nie osądzać, że wymyślam. Trochę biedy i brudu, a ja już rezygnuję z wyjścia do ludzi. To nie tak. Jak się nie czuję bezpiecznie w danym miejscu, to przepraszam bardzo, ale wolę doczekać do moich kolejnych urodzin w jednym kawałku, niż pozwolić, żeby bangladeska świątynia była ostatnią rzeczą, którą w życiu zobaczę. Tyle się ostatnio słyszy, pięciu hindusów zgwałciło i zmaltretowało kobietę, kogoś tam z pociągu wypchnęli... o nie, podziękuję. Tym bardziej, że przeraża mnie sam widok niektórych bangladeskich obywateli. Wychudzeni, ciemnoskórzy mężczyźni o bujnej, czarnej czuprynie, na widok kobiety z Europy zbereźne myśli są wypisane niemalże na ich czołach, oczy szeroko się otwierają i nie spuszczają z ciebie wzroku, aż nie znikniesz z ich pola widzenia. Włos się jeży... 

Nikogo nie chcę jednak obrazić. Jestem pewna, że i w Bangladeszu można znaleźć ciekawe i warte zobaczenia miejsca. Na pewno są też dobrzy i uczciwi ludzie, ale nie mnie przyjdzie się o tym przekonać.

Zamieszki w Bangladeszu po zawaleniu się fabryki odzieżowej w kwietniu 2013. W ruinach budynku zginęło ponad 200 osób.
.