obraz

obraz

czwartek, 5 czerwca 2014

I tylko ten miś...

I stało się. Nowe lotnisko w Doha, które miało być otwarte lata świetlne temu, w końcu działa. Miało być w 2009 roku, jest w 2014. Lepiej późno, niż wcale. Od 30 kwietnia 2014 część linii lotniczych ląduje już w nowym miejscu. Ale dopiero 27 maja linie Qatar Airways, duma narodowa Kataru ;) przeprowadziły się całkiem na nowe włości. Nie miałam jeszcze możliwości pobiegania tam z aparatem, bo kiedy jestem w mundurze muszę zachować profesjonalny wygląd, a nie biegać jak turysta z aparatem, a już na pewno nie z telefonem. Wykorzystam więc zdjęcia z serwisu dohanews.com.

Nowe lotnisko jest piękne. Trochę przypomina mi to w Singapurze. Długie korytarze, ruchome chodniki, mnóstwo stanowisk check-in (dokładnie 138), sklepy, restauracje (nawet jedna ma mieć napoje alkoholowe w menu!), kawiarnie, nie wszystkie jeszcze otwarte. Dywany na podłodze, kwiaty, kilkumetrowe zielone bambusy, ściany wodne zapewniające relaksujący szum wody albo przyspieszające poszukiwania łazienki. Monitory tu, ekrany tam, znalazło się nawet kilka dzieł sztuki, o których za chwilę. Na zewnątrz fontanny, jeziora, pełno zieleni. Śmiało można powiedzieć, że Doha w końcu doczekała się reprezentacyjnego międzynarodowego lotniska. Nie będzie już wycieczki autobusem z lotniska do samolotu. Wszystkie maszyny połączone są rękawami z terminalem na czas boardingu. Nie będzie już godzinnego oczekiwania w kolejce po przylocie do Doha. Cały Katar jest dumny z tego przedsięwzięcia. Nawet powitanie, które jest wygłaszane w samolocie tuż po wylądowaniu zawiera pełno ochów i achów, przez co ciągnie się w nieskończoność (zwłaszcza, że wygłaszane jest w dwóch językach, angielskim i arabskim), co dla pasażerów może być irytujące.

Jeśli ktoś z Was wyczuł w powyższym akapicie nutkę sarkazmu, to się nie myli.


Meczet


Wieża Kontroli Lotów









Wszystko ładnie i pięknie, lotnisko jest super. Co prawda mamy teraz po każdym locie przymusowy spacer 20-minutowy, żeby wyjść z lotniska, a dojazd do domu zajmuje co najmniej 20 minut dłużej. Sporo rzeczy i rozwiązań jest jeszcze niedopracowanych, ale to wszystko przyjdzie z czasem.

No i ten miś... 
Lotnisko jest upiększone kilkoma dziełami sztuki. A to statua oryxa (antylopy), która jest również w logo Qatar Airways, więc jest to całkiem zrozumiałe. Duński artysta Tom Claassen wstawił tu swoje dzieło "Playground". Jest i "Koń pustyni" (Desert Horse) Ali Hassana. W przyszłości ma być ich jeszcze więcej. Rzeźby, fotografie, murale. Jednego tylko nie do końca mogę zrozumieć. Pan Urs Fischer ze Szwajcarii postanowił coś wyrazić swoim dziełem w postaci ogromnego, żółtego misia, z oczami z guzików i... lampką biurową nad głową. Ma to związek z dzieciństwem artysty. Najpierw zobaczcie to sami, a dopiero potem powiem, jakie było moje pierwsze skojarzenie.

Koń Pustyni Ali Hassana

Spacerujące oryxy Toma Claassena

PlaygroundToma Claassena



Powiem szczerze, że mnie to "dzieło sztuki" odstrasza. Może mam wyobraźnię skrzywioną książkami Stephena Kinga, ale moje pierwsze skojarzenie to martwy misio na krześle elektrycznym. Głowa zwisająca w dół, nad głową lampa, martwe czarne oczy... 
Ale sztukę albo się kocha albo toleruje.


I na koniec z innej beczki.

Moi drodzy, dodajecie mi skrzydeł! Od czasu do czasu dostaję wiadomości z uznaniem co do mojego bloga, czy wykonywanej pracy. Wczoraj dostałam wiadomość od Oli, która znalazła mojego bloga po artykule w Onecie i postanowiła też odmienić swoje życie. I tak rezygnując z pracy biurowej, dziś szykuje się do przeprowadzki do Dubaju, żeby pracować w tamtejszych liniach lotniczych. Gratuluję przede wszystkim decyzji, bo od tego wszystko się zaczyna. To ten najtrudniejszy moment, kiedy postanawia się zostawić dotychczasowe życie i ruszyć w nieznane. Kto ma odwagę, niech do nas dołączy!





poniedziałek, 26 maja 2014

Niebezpieczna babcia

Ale Was przeciągnęłam z tą notatką. Ponad trzy tygodnie. Ktoś kiedyś mówił, że czas szybko płynie? O nie, czas leci i to co najmniej jak Boeing 777, z prędkością 1000km/h. W każdym razie już siedzę i piszę. 

Zastanawialiście się kiedyś, jakie są granice wiekowe do latania? Nie jako pilot, czy stewardessa, ale jako pasażer. Widywałam tygodniowe maluchy z ledwo co otwartymi oczkami na rękach rodziców, dzieci stawiające pierwsze kroki, tuptające pomiędzy kabiną, a galley. Starsze osoby, które męczą się po przejściu paru kroków, więc do samolotu doprowadzani są na wózku inwalidzkim. Mamy regulamin określający jedynie dolną granicę wiekową dziecka, które podróżuje samotnie, bez opieki dorosłego i jest to 5 lat. Chociaż tak naprawdę taki młody podróżnik ani przez chwilę nie jest sam. Od momentu gdy tylko rodzic odstawi go na lotnisko, cały czas towarzyszy mu specjalnie przypisana do tego osoba. Przeprowadza go przez wszystkie formalności i dopiero na pokładzie samolotu oddaje go w nasze ręce. Dokumenty przechowuje szefowa pokładu, bo wiadomo, że dzieci nie przypisują wartości jakimś tam papierkom, czy paszportom, więc łatwo mogłyby się zawieruszyć. Po locie przekazujemy dziecko razem z dokumentami w ręce osoby z obsługi naziemnej, która prowadzi je do hali przylotów i oddaje w ręce czekającej rodziny czy opiekunów. Po locie do Montrealu zaczynam myśleć, że dla starszych osób powinni zrobić coś podobnego. Oto dlaczego.

Podczas boardingu, czyli wejścia pasażerów na pokład, oprócz witania i uśmiechania się pięknie, przyglądamy się też uważnie pasażerom, w poszukiwaniu tych, którzy mogą sprawiać kłopoty podczas lotu, np. takich, którzy już mają ostro wypite i za mocno im wieje. Albo tych, którzy wyglądają na schorowanych i kilkunastogodzinny lot mógłby im zaszkodzić. Póki jesteśmy na lotnisku można coś jeszcze z tym zrobić, wezwać lekarza, itp. Po starcie musimy sobie radzić sami. No więc (nie zaczyna się zdania od "no więc"!) tym razem wszyscy przeszli naszą weryfikację pozytywnie, nikt nie budził podejrzeń, można lecieć. Jakieś trzy godziny przed lądowaniem dostaliśmy z przodu sygnały, że jakaś starsza kobieta "rozrabia" na tyłach klasy ekonomicznej. 

Kobieta z Iranu, ale z kanadyjskim paszportem, około 80 lat, która wcześniej zachowywała się zupełnie normalnie i komunikowała się z załogą bez problemów, teraz chodziła po pokładzie, szukając znajomych, którzy w ogóle z nią nie lecieli. Patrzyła na zegarek, pytając pasażerów dookoła: "Już trzy godziny minęły, no gdzie ten pociąg!?" Aż w końcu stanęła przy ostatnich drzwiach, złapała za dźwignię otwierającą drzwi i nie chciała puścić. Po próbie interwencji naszej CS, która podczas tego lotu była szefową klasy ekonomicznej, kobieta zaczęła bić ją laską, a nawet rzucała swoimi butami. Później jak się chwyciła tej dźwigni, tak nie chciała puścić. Nie dała sobie wytłumaczyć, że to niebezpieczne. Przestała się komunikować po angielsku, z czym wcześniej nie miała najmniejszego problemu i zaczęła mówić w języku perskim. Czas płynął, pół godziny przed dotarciem do Montrealu zaczęliśmy obniżać lot. Musiał interweniować sam kapitan. Czasami poważna postawa pilota robi większe wrażenie, niż grupa próbującego zapanować nad sytuacją personelu pokładowego. Niestety, nie tym razem. Kobieta zaczęła wykrzykiwać do naszego pilota: "Czego ode mnie chcesz? Mam 90 lat, nie mam pieniędzy! Jestem bezużyteczna! Dlaczego mnie podrywasz?!" Później jeszcze padło "Chcę otworzyć te drzwi i wysiąść!". Na nic się zdały tłumaczenia, że to jest samolot i z niego się nie wysiada, kiedy się chce. Pilot musiał wrócić do swoich obowiązków, ale ostrzegł nas, że sytuacja robi się niebezpieczna, bo co prawda podczas lotu otwarcie drzwi samolotu jest fizycznie niemożliwe, tak po zejściu poniżej 10000 stóp (3000 km) można to zrobić. W tej sytuacji pasażerka, pomimo tego, że była tylko starszą, schorowaną osobą, stanowiła niebezpieczeństwo dla całego samolotu. Dostaliśmy zielone światło, żeby ją obezwładnić. No ale jak tu obezwładnić 90-letnią kobietę? Wyginając jej ręce do tyłu można ją łatwo połamać. Mieliśmy trzech chłopaków wśród załogi, więc oni się za to zabrali. Siłą odciągnęli kobietę od drzwi i usadzili na najbliższym siedzeniu. Oczywiście bez krzyku się nie obeszło. Była też walka, żeby zapiąć pasy bezpieczeństwa, które kobieta sama odpinała. Jak już widziała, że nic nie pomaga, to zaczęła uderzać głową w monitor na siedzeniu przed sobą. Jeden z chłopaków musiał siedzieć obok, trzymając jej ręce aż do wylądowania. Pasażerka, która wcześniej z naszą rozrabiaką rozmawiała, przyszła z pomocą w załagodzeniu sytuacji. Ale dostała tylko kilka obelg pod swoim adresem i życzenie śmierci pod adresem jej dzieci. A że kobieta była ubrana na czarno, po kilkunastu godzinach lotu jej siwe włosy związane w kok wysoko na głowie były w wielkim nieładzie, a czarny makijaż oczu mocno już rozmazany, pasażerka bardzo się ową "klątwą" przejęła. Sama bym się wystraszyła. 

Na szczęście chłopak, który trzymał delikwentkę przy lądowaniu, miał do niej dobre podejście, bo kobieta się uspokoiła i nie sprawiała już później żadnych problemów, poza tym, że zgubiła swój paszport. Z samolotu odebrała ją ochrona. Kiedy natomiast my wchodziliśmy do terminalu, na wózku przy ochronie i obsłudze lotniska siedziała biedna, starsza babcia, która zagubiona nie wiedziała co się stało. Wiedźma z samolotu, z szaleństwem w oczach, gdzieś zniknęła.

I bądź tu teraz człowieku mądry, co to tak naprawdę się stało. Może Alzheimer, może jakaś inna choroba i przegapiona porcja tabletek, może po prostu wiek. Nazywajcie to jak chcecie. Mnie się nasuwało tylko jedno pytanie, gdzie jest rodzina tej kobiety? Dzieci, wnuki, kuzynostwo, ktokolwiek. Nie wierzę, że nie ma nikogo. Z jakichś powodów kobieta podróżowała z Iranu do Kanady, z przesiadką w Doha. I jak rodzina mogła puścić tak wiekową kobietę samą, to mi się w głowie nie mieści. 

Cała ta sytuacja przyćmiła trochę mój pobyt w Montrealu, który do tego był prawie cały deszczowy. Udało mi się jednego dnia znaleźć chwilkę, kiedy słońce próbowało przebić się przez chmury. Ruszyłam więc do miasta, głównie do Bazyliki Notre Dame, w której to jak się później dowiedziałam Celine Dion wzięła ślub ze swoim o 26 lat starszym narzeczonym. I wcale się nie dziwię. Ten neogotycki kościół ma przepiękne wnętrze. Żywy niebieski kolor znakomicie przeplata się ze złotem. Zapytacie więc dlaczego większość moich zdjęć jest czarno białych? Takie już moje umiłowanie do tych dwóch kolorów, zwłaszcza w wysokim kontraście. 

Montreal City Hall



Bazylika Notre Dame

Bazylika Notre Dame

Wnętrze Bazyliki Notre Dame i jak dotąd moje ulubione zdjęcie












Album ze zdjęciami z Montrealu:
Montreal, Kanada 02-05.05.2014

czwartek, 1 maja 2014

Chris Botti in Houston

Houston. Nie było mowy o zwiedzaniu. Lot jakby nie istniał, tym bardziej, że nikt nie podzielał mojego entuzjazmu, nie kojarząc w ogóle Chrisa Botti. A kiedy tłumaczyłam, co to za rodzaj muzyki, słyszałam tylko pełne rozczarowania "ahaaaa". Nie ważne, wiadomo, że nie każdy lubi to samo. Ważne, że dla mnie nic innego się nie liczyło, kiedy znalazłam się w sali koncertowej, a Botti zaczął grać. Ale od początku.

Już od jakiegoś czasu w Doha moje godziny snu były poprzestawiane, spałam w dzień, budziłam się wieczorem. Dlatego w USA w końcu mogłam się wyspać, bo kiedy u nas wstaje dzień, czyli dokładnie kiedy mój organizm zaczynał się wyłączać, tam zaczynała się noc. Byłam więc we właściwym miejscu. Następnego dnia żadne zwiedzanie mi nie było w głowie. O 18:30 taksówka czekała pod hotelem. Pojechałam prosto pod Houston Symphony. I chociaż do koncertu było jeszcze ponad 45 minut, sporo ludzi już się zebrało. Wcześniej myślałam o tym, żeby zrobić rundkę dookoła i zobaczyć okolicę, ale kiedy już tam byłam, tak bardzo chciałam być już w środku. Już siedzieć na swoim miejscu w siódmym rzędzie i żeby wszystko już się zaczęło. Już, już, już teraz. Bilet kupiony online miał na mnie czekać do odbioru w okienku przed koncertem. Podniosło mi się na chwilę ciśnienie, kiedy pan po raz kolejny przebierał w pliku biletów w poszukiwaniu mojego nazwiska. Okazało się, że źle sobie spojrzał na mój dowód i nie było biletu dla osoby o nazwisku Anna (moje drugie imię). Wchodzę do środka, a tam czerwień. Czerwone dywany, czerwone obicia. W kilku miejscach rozstawione bary, gdzie można zakupić lampkę wina, szklankę whisky, czy na co kto ma ochotę. Kawałek dalej mała restauracja dla tych, którzy lubią słuchać muzyki z pełnym brzuchem. Ja poszłam prosto do sali. Przed wejściem zapytałam grzecznie, czy można robić zdjęcia podczas koncertu. Dostałam odpowiedź, że podczas występu nie, ale przed - jak najbardziej. Przynajmniej tyle zrozumiałam od krępej Afroamerykanki o mocno teksańskim akcencie. Wyjęłam więc aparat i zaczęłam upamiętniać to miejsce, ale po kilku zrobionych zdjęciach inny pracownik poklepał mnie po ramieniu i zwrócił uwagę, że robienie zdjęć jest zabronione. No dobrze, ale niech sobie ustalą jedną wersję, a nie wprowadzają mnie w błąd. Po chwili krępa Afroamerykanka o mocno teksańskim akcencie przyszła do mnie, kierowana pewnie poczuciem winy, przeprosiła i powiedziała, że kolega jest źle poinformowany i przed koncertem MOŻNA robić zdjęcia. Ale ja już tylko podziękowałam. Aparat był już schowany głęboko w torebce. Nie będę ryzykować wyrzucenia z sali, zanim jeszcze wszystko się zacznie, o nie. Na pewno nie na tym koncercie.










Sala powoli się zapełniała, muzycy wchodzili na scenę jeden po drugim i rozgrzewali instrumenty. Kiedy cała orkiestra już była na miejscu, wszedł pan-pierwsze-skrzypce, a za nim dyrygent. Przed orkiestrą było miejsce dla muzyków Chrisa Botti - pianisty, basisty, perkusisty i gitarzysty. Czegóż trzeba więcej muzykowi jazzowemu? Ja bym mu chętnie zatrudniła stylistę, bo krawat, który miał na sobie, tak mnie uderzył po oczach, że myślałam, że zepsuje mi to cały koncert. Elegancki, dobrze skrojony garnitur i krawat czarny w wielkie, rozpraszające białe grochy!! Ja wiem, że moda, że grochy też są piękne, bla bla bla. Mnie się nie podobają i już. Na szczęście, jak tylko popłynęły pierwsze dźwięki When I Fall in Love, zasłuchałam się i zapomniałam o krawacie. To niesamowite jak wielką różnicę robi słuchanie znanych już utworów na żywo.

Artysta okazał się bardzo przyjazny publiczności. Nie było bariery między publiką, a sceną. Pomiędzy utworami opowiadał anegdoty, historie swoich muzyków, żartował z publicznością z pierwszego rzędu. Atmosfera stawała się jeszcze cieplejsza. Pierwszym zaproszonym gościem była skrzypaczka Serena McKinney. Zaczęli od Emmanuel. To jeden z tych utworów, kiedy ciarki przechodzą po plecach, oczy zaczynają się szklić i człowiek przestaje oddychać, żeby czasem nie zagłuszyć żadnego dźwięku. Nie wiedziałam jednak, że przy muzyce na żywo te odczucia są dwa razy silniejsze. Możecie mówić, że jestem miękka, ale teraz sami posłuchajcie tego utworu. I przyznać mi się, komu się podobało troszeczkę, a komu bardziej?


 (nagranie z koncertu Chris Botti in Boston w 2008 roku)

Zazwyczaj podczas koncertów symfonicznych to dyrygent ma w rękach władzę. Wszyscy patrzą na niego, bo on dyktuje tempo. Tym razem jednak dyrygent Stuart Chafetz od czasu do czasu zerkał na Bottiego, bo to on miał decydujące zdanie, decydujące "trąbnięcie". Bardzo dobrze im wyszła ta współpraca. Był też czas na improwizacje jazzowe przy Flamenco Sketches, każdy z muzyków mógł popisać się swoją solówką i jestem przekonana, że nawet ktoś, kto nie jest fanem muzyki jazzowej doceni sprawność i perfekcję z jaką obchodzili się ze swoimi instrumentami muzycy. Szczególną uwagę przykuwał perkusista, Billy Kilson. To, w jaki sposób grał, jak bawił się muzyką, wręcz przechodziło ludzkie pojęcie. A wiecie, jakie było moje pierwsze skojarzenie? Jeżeli ktoś, osoba głucha, która całe życie nie słyszy żadnych dźwięków, miałaby poczuć muzykę, to właśnie patrząc na tego perkusistę. Nogi, ręce, głowa, wszystkie mięśnie twarzy i w ogóle całe jego ciało momentami nie przestawało się poruszać. Możecie sami zobaczyć, o czym mówię na poniższym filmiku. Polecam zacząć od minuty 3:35.


Było oczywiście urocze Hallelujah Leonarda Cohena, był duet z Sy Smith, gdzie moim zdaniem artystka swoimi wokalnymi umiejętnościami przebiła samego Bottiego, kiedy swoim głosem idealnie imitowała dźwięki trąbki, grane przez Chrisa. Utwór The Very Thought of You wykonali tuż po przerwie, kiedy to niespodziewanie i ku zaskoczeniu wszystkich pojawili się na środku sali, między rzędami. To był jedyny moment, kiedy sporo telefonów komórkowych poszło w górę i nawet błyskały flesze. Więc i ja wyciągnęłam swój. No co, całej sali przecież nie wyproszą. Niestety, efektem są liche, słabej jakości zdjęcia. No ale fotka Chrisa Botti jest.



Było Time To Say Goodbye oraz przepiękny utwór Italia. Oba oryginalnie wykonywane są w duecie z Andrea Bocelli, ale tym razem wystąpił tenor z Teksasu, George Komsky. Ładnie zaśpiewał, ale Bocellemu nie dorasta do pięt. Do tego urodzony w Kijowie, z ukraińskiej matki i ukraińskiego ojca, a podaje, że jest Amerykaninem. No cóż, może gdybym ja wyemigrowała w wieku dwóch lat z rodzicami do Chin, to teraz bym podawała się za Chinkę.

Podsumowując, koncert był fantastycznym przeżyciem. I tylko mi szkoda, że publiczność tak szybko się z sali zwinęła, bo ja to bym tam stała i klaskała do skutku, co najmniej na jeden bis.

I tak oto powstała moja pierwsza mini-relacja muzyczna, pisana przy dźwiękach koncertu Chris Botti in Boston...

I jeszcze ostatnie słowo do wszystkich. Nie przestawajcie marzyć. Nigdy, przenigdy. Kiedy ja po raz pierwszy obejrzałam koncert Chris Botti in Boston, prawie cały z buzią otwartą z zachwytu, nigdy w życiu nie powiedziałabym, że będzie mi dane posłuchać go kiedyś na żywo. Może gdyby jakimś cudem przyjechał na koncert do Polski (co miało miejsce w marcu 2013 r.), na pewno ciężko byłoby wydać parę stówek na bilet i dojazd/pobyt w Warszawie, czy Wrocławiu. Zawsze znajdzie się jakiś ważniejszy wydatek, wiecie jak to jest. A tu parę lat później siedzę w sali koncertowej i z gęsią skórką i zapartym tchem słucham Chrisa Botti.... Nie przestawajcie marzyć!


sobota, 26 kwietnia 2014

Bezsenność

"Czwarta nad ranem. Może sen przyjdzie..." w głowie rozbrzmiewają słowa piosenki "Czarny blues o czwartej nad ranem" Starego Dobrego Małżeństwa. Ale szybko zostają zakłócone przez nawoływania do modlitwy z pobliskiego meczetu... Przespałam może trzy godziny. Tuż po 1 w nocy oczy otworzyły mi się szeroko i tyle by było z mojego spania przed lotem do Stanów. Lodówka pusta, bo zapasy wyczerpały się podczas moich ostatnich 4 dni wolnych, a przede mną długi pobyt poza Katarem, więc zakupy odłożyłam na później. Ale uchowała mi się jedna paczka hamerykańskich ciasteczek do upieczenia. Wiecie, Amerykanie uwielbiają kupować w supermarkecie jedzenie, które już jest prawie gotowe. No to dawaj, piekarnik na 180 stopni i pieczemy. Skoro i tak niedługo przyjdzie mi się szykować do lotu, a o spaniu nie ma mowy, no to chociaż zrobię coś pożytecznego i napiszę Wam o moim grafiku, zajadając ciastka i popijając herbatkę.

Kto pamięta moją zeszłoroczną majówkę nad wodospadem Niagara? Oj co to była za podróż. Piękno natury tak mnie wtedy urzekło, dodało takiego pozytywnego kopa, że na cały rok mi starczyło. Tym razem na majówkę dostałam dokładnie ten sam lot. Ale powtórki z rozrywki nie będzie. Lot jest bowiem do Montrealu. Stamtąd nad Niagarę jest jeszcze 7 godzin jazdy samochodem. Wtedy się na to zdecydowałam, bo celem była Niagara, Niagara i tylko Niagara. Teraz zobaczę co sam Montreal ma do zaoferowania. 

Celowałam też w Europę, a dokładnie Włochy i Hiszpanię. A dostałam dwa razy Paryż i Londyn. Oba loty są znane jako dość pracowite, zwłaszcza, że są w ciągu dnia. Pasażerowie więc nie śpią, oglądają filmy, czytają książki, gazety i rozmawiają między sobą, a my tylko biegamy między nimi, dolewając szampana, prezentując nowe butelki wina, czy inne drinki z palemką. Ale nie żebym narzekała. W Londynie spotkanie z przyjacielem ze szkolnej ławy już prawie ustawione, a dwa pobyty we Francji będą wyzwaniem, żeby znaleźć tam jakieś nowe, ciekawe miejsce. Planuję też pojawić się na kilka dni w Krakowie. Nie byłam już tam bardzo długo, więc tęskni mi się za tym miejscem. Jest więc na co czekać w maju.

01 - OFF
02-05 - Montreal, Kanada
06-09 - OFF
10 - Bagdad, Irak
11-12 - SBY
13-14 - OFF
15-16 - Paryż, Francja
17/18-19 - Londyn, UK
20-23 - OFF
24-25 - Paryż, Francja
26/27-29 - Filadelfia, USA
30 - OFF
31 - Lahore, Pakistan

No i proszę, 45 minut zleciało, mogę już powoli układać włosy, nakładać obowiązkowy (łącznie ze szminką - o zgrozo!) makijaż, mundurek i w drogę. Eeee, to znaczy, w niebo! 

Madryt, Hiszpania

piątek, 18 kwietnia 2014

Good morning Vietnam!

Ach co to była za wycieczka! Tak długo wyczekiwana. Oczywiście przygotowałam się do niej odpowiednio wcześnie. W Wietnamie wylądowaliśmy w południe. Przeprawa przez lotnisko i dojazd do hotelu jak zwykle trochę zajęły. Miałam do dyspozycji popołudnie. Za namową koleżanek i kolegów z lotu, nie zabrałam ze sobą żadnej torebki, bo ponoć często wyrywają lub po prostu podcinają pasek. Upchałam więc pieniądze do kieszeni, założyłam aparat na szyję i podczas kiedy reszta załogi już smacznie spała albo układała się na stołach do masażu, ja ruszyłam w miasto. 

Pierwszym punktem był Ben Thanh Market. Podobno jest tam wszystko i tanio. Ja poszłam jednak bardziej z ciekawości samego miejsca, niż na zakupy. Całość znajduje się pod zadaszeniem. I bardzo dobrze, bo jak dotarłam na miejsce, to się rozpadało. Jak tylko weszłam do środka, to myślałam, że obrócę się na pięcie i wyjdę. Zapach, który mnie uderzył, był mieszanką wszystkiego, co możliwe: owoców, przypraw, ryb, mięsa, kawy, herbaty, zup, smażonych potraw i różnych azjatyckich dziwactw, których nie umiem nawet określić. Ale nie po to przyjechałam, żeby dać się odstraszyć zwykłemu smrodowi. Wytrzymałam więc kilka minut, aż nos się przyzwyczaił. Jedzenia nie miałam zamiaru tu kupować, bo nie wiadomo, jak mój żołądek na to by zareagował. Ale na świeżo mieloną kawę orzechową się skusiłam. Widziałam nawet kawę "eXpresso" na wystawie. Teraz już wiem skąd ci wszyscy ludzie biorą tę nazwę. Nie raz na pokładzie, kiedy ktoś prosi o podwójne eXpresso, ma się ochotę powiedzieć "Expresso niestety nie mamy, ale zamiast tego mogę podać espresso". Ale to już by było niegrzeczne. Stewardessie 5-gwiazdkowych linii wypada tylko się uśmiechnąć i odpowiedzieć "Już podaję". Nie mnie uczyć poprawności językowej.


Kawa eXpresso







Skusiłam się na zakup małego plecaka, takiego żeby mi się zmieścił aparat fotograficzny, mapa i butelka wody. Od razu poczułam się bardziej turystycznie. Ruszyłam dalej zgodnie z moim planem. Przy wyjściu z targu, chyba na oczyszczenie dróg oddechowych, stało stoisko z kwiatami. Coś naprawdę przepięknie kolorowego. 


Po drodze dało się zauważyć to, o czym wiele ludzi wspominało w internecie. W Ho Chi Minh i okolicy mieszka obecnie około 9 mln osób. Zarejestrowanych jest 340 000 samochodów i.. 3,5 mnl motocykli! Dlatego kiedy droga ma dwa pasy ruchu w jedną stronę, jeden z nich jest dla samochodów, a na drugim tworzy się kilka linii motorów i skuterów. A właściwie to nie linii, bo one wcale nie jadą równo w rządku. Przypomina to bardziej maraton biegnących sportowców, rozproszonych na całej szerokości drogi. No i jak tu przejść przez ulicę, kiedy świateł nie ma?Pewnie gdybym nie czytała wcześniej o tym w  internecie, to stałabym na poboczu, jak taka sierotka Marysia, czekając aż ktoś uprzejmie zwolni. Ale że byłam przygotowana, to małymi kroczkami weszłam na jezdnię (oczywiście na pasach, ale to chyba tam dużej różnicy nie robiło) i pozwoliłam, żeby motory mnie wymijały to z jednej, to z drugiej strony. Wszystko poszło całkiem zwinnie. Nie mogłam tylko się nadziwić, ile oni potrafią na te motory/skutery upchać. Widziałam nawet parę z dwoma sporymi psami. A o dzieciach bez kasków, wciśniętych pomiędzy rodziców nawet nie wspomnę. Dotarłam do katedry Notre Dame, wzniesionej przez kolonistów francuskich pomiędzy 1863 a 1880 rokiem. Wszystkie materiały do wybudowania katedry zostały wtedy sprowadzone z Francji. Przed budynkiem znajduje się posąg Matki Boskiej. Podobno w 2005 roku uroniła ona kilka prawdziwych łez. Nie zostało to nigdy potwierdzone, ale wtedy wystarczyło, żeby zrobiła się z tego sensacja, przez którą cały ruch dookoła katedry został zatrzymany. Środka nie udało się zwiedzić, bo po godz. 16:00 zamykali bramy, ale za to rozrywki dostarczyła mi grupa azjatyckich turystów, zgromadzonych dookoła.











Tuż obok katedry znajduje się zabytkowy budynek poczty. Nie dosyć, że budynek historyczny, z ogromnym wizerunkiem dawnego prezydenta Demokratycznej Republiki Wietnamu Ho Chi Minha (od którego swoją drogą wzięto nową nazwę dla miasta, które kiedyś zwało się Sajgonem), to poczta znajdująca się w środku jest cały czas czynna. Poszły więc pocztówki do rodziny. Wiem, że to jedna z czynności, które zanikają w dobie technologii. Ale są jeszcze takie "staroświeckie" osoby jak ja, które czasem wysyłają coś więcej niż maile. I tak jak moja lodówka jest usiana magnesami, tak lodówka mojej mamy ginie gdzieś pod pocztówkami. 




Po wizycie na poczcie wróciłam do hotelu. Następnego dnia odbyliśmy krótki lot do Phnom Penh w Kambodży, gdzie wymieniliśmy tylko pasażerów i wróciliśmy do Wietnamu. Lot z Wietnamu do Kambodży trwa zaledwie pół godziny, ale całość od wyjścia z hotelu do powrotu zajęła nam kilka godzin i to w środku dnia. Dlatego na zwiedzanie już czasu nie było. Poza tym chciałam wcześniej położyć się spać, bo rano szykowała się wczesna pobudka. Pobudka przed wyprawą nad rzekę Mekong, na którą długo czekałam.

Tuż po 6 rano podjechał po nas bus, który o dziwo miał dostęp do internetu. Z czymś takim spotkałam się jak dotąd tylko w Polskim Busie (o masz, reklama poszła). Razem ze mną jechały koleżanki z Serbii i Hiszpanii oraz wietnamska pani przewodnik. Musieliśmy najpierw dojechać do miejscowości My Tho nad deltą Mekongu. Tam zrobiliśmy mały przystanek, po czym wsiedliśmy do łodzi, która miała nas zabrać na pobliską wysepkę. Rzeka Mekong to najdłuższa rzeka na Półwyspie Indochińskim. Przepływa przez Chiny, Laos, Kambodżę i Wietnam. Jej brudny, brązowy kolor sprawia, że w ogóle nie widać co jest pod powierzchnią. Za to na powierzchni co kawałek można było zauważyć przepływające gałęzie i liście. Myślałam, że pochodzą z jakichś ściętych drzew, ale przewodniczka powiedziała, że to po prostu roślinność, która rośnie na wodzie. Czasami puszcza nawet kwiaty.










Widok nabrzeża był dokładnie taki, jak sobie wyobrażałam. Liche, drewniane chaty wśród bujnej zieloności, łodzie i rybacy zarzucający sieci. Podczas gdy koleżanki robiły sobie słynne "selfie", albo po prostu zdjęcia z rąsi, jak kto woli, łódź dobiła do brzegu. Tam mieliśmy przejść przez małą wioskę lokalną, która żyje dla i dzięki obecności turystów. Już na dzień dobry zaproponowali bliskie spotkanie z wężem. Miałam już okazję trzymać węża w Perth, ale tamten był zdecydowanie mniejszy, chudszy, no i pracownik parku trzymał mu głowę z dala ode mnie. Tym razem całego gada powiesili mi na szyi. Ja poszłam na pierwszy ogień, bo co prawda każda chciała mieć zdjęcie z wężem na szyi, ale jakoś żadna nie chciała być pierwsza. Wąż dopiero co obudzony, postanowił zobaczyć co to się wyrabia. Kiedy już był przewieszony na moich ramionach, podniósł łeb i zaczął zbliżać się do mojej twarzy, wystawiając swój język z rozdwojoną końcówką. Zbliżył się na tyle blisko, że poczułam muśnięcie języka na swoim policzku. Nie wiem czy prawdziwe, czy spowodowane moją wyobraźnią. Odchyliłam głowę delikatnie w lewo, nie robiąc żadnych gwałtownych ruchów, a wąż zwiesił łeb na dół i już do końca był grzeczny. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie, żeby zobaczyć, że co prawda się uśmiecham, ale w oczach mam przerażenie, bo wąż akurat zbliża się w moją stronę. Gdyby wcześniej mi nie powiedzieli, że nie jest jadowity, to na pewno nie byłabym taka spokojna. Po wężowej atrakcji dostałyśmy mały poczęstunek. Suszone przekąski z banana, kokosa i imbiru. Do tego herbata miodowa, bardzo słodka. Oczywiście każdą z tych rzeczy można było kupić i zabrać ze sobą. Kawałek dalej czekały na nas świeże owoce i zielona herbata. Do spróbowania był ananas, mango, melon, pitaja (dragon fruit) i jeszcze jeden owoc, którego nazwy nie zapamiętałam, a widziałam go po raz pierwszy. Wszystko to przy dźwiękach lokalnej muzyki i śpiewu, który w moich uszach nie brzmiał jak śpiew ani trochę. Ale nie będę krytykować wietnamskiej kultury. Po prostu nie wpadła mi w ucho i już.









Suszone banany, kokosy i imbir.




Następnie udałyśmy się nad brzeg, żeby wsiąść do małej, podłużnej łodzi, w której to miałyśmy przepłynąć kawałek wąską odnogą Mekongu. Jedna Wietnamka wiosłowała na przedzie, druga na tyle łodzi. Dostałyśmy okrągłe, spiczaste kapelusze i ruszyłyśmy do przodu. Poinstruowano nas też, żeby nie wystawiać rąk poza łódź. Pierwsza myśl, która przyszła nam do głowy - krokodyle? Ale tych ponoć już dawno tu nie ma. Zostały wyłapane przed laty. Stanowiły wtedy dobre źródło pożywienia dla mieszkańców. Bo przecież ile można przeżyć na samych kokosach? Na początku nasza łódź poobijała się trochę o inne przycumowane łodzie, minęliśmy też kilku Wietnamczyków bez turystów. Podróż była malownicza. Zakończyła się kiedy dobiliśmy do większej łodzi, która nas tu przywiozła. W drodze na kolejną wyspę każda z nas dostała po świeżym kokosie. Nasz motorniczy okazał się również barmanem serwującym drinki (bezalkoholowe). Zwinnie wyciął otwór w każdym kokocie, wrzucił słomkę i gotowe. Brakowało tylko palemki.


















Następnym przystankiem była kokosowa wyspa. Tak sobie ją sama nazwałam, bo znajdowała się tu mała fabryka cukierków kokosowych. Fabryka to za dużo powiedziane. Wszystko pod jednym, słomianym dachem, kilka urządzeń mechanicznych: do robienia wiórek kokosowych, do mieszania kokosowego mleka, piece do podgrzewania kokosowej masy. Kiedy już z tej masy uformuje i powycina się prostokąty (coś na kształt naszych Irysów), a te zastygną, wtedy Wietnamki biorą sprawy w swoje ręce. Dosłownie. Zawijają cukierki w papierki (nie, nie sreberka), a robią to tak szybko, że musiałam nagrać filmik, żeby się z Wami podzielić. Ze skorup kokosowych tworzą talerze, miski, łyżki, pudełka, czajniki, kubki, a nawet torebki. Nic się nie zmarnuje. Wszystko to można było kupić, a oprócz tego jeszcze inne, ciekawe rzeczy. Moją uwagę przyciągnęły butelki z wężami i skorpionami zatopionymi w płynie. Okazało się, że to snake wine (wino z węża), tutejszy alkohol. Ale sądząc po zawartości alkoholu (40%), ja bym winem tego nie nazwała. A już na pewno bym nie spróbowała. Nie tylko dlatego, że lot powrotny był za mniej niż 12 godzin.
















Nasza wycieczka przewidywała jeszcze kilka atrakcji. Jedną z nich miała być przejażdżka powozem konnym. W miejscu gdzie owe karoce się znajdowały, konie czekały na poboczu skubiąc trawę, a woźnicy odpoczywali na nisko zawieszonych hamakach. Oczywiście i my musiałyśmy je wypróbować. Kiedy moja serbska i hiszpańska koleżanka postanowiła zrobić zdjęcie z jednym z lokalnych mieszkańców, ten wydawał się być tak szczęśliwy, że nie obeszło się bez zdjęcia. Wszyscy koledzy mu wiwatowali i głośno się śmiali. Nasza przewodniczka też się śmiała, ale z jakichś powodów nie przetłumaczyła nam tego, co mówili. Przejechaliśmy pomiędzy lokalnymi domkami, minęliśmy nawet szkołę podstawową, skąd radosne okrzyki dzieci można było usłyszeć na długo przed pojawieniem się budynku.

Widok na prawo...

... i na lewo.







Dojechałyśmy do ostatniego celu podróży - restauracji położonej w ogrodach. Lunch wliczony był w koszt wycieczki, więc nie miałyśmy żadnych opcji z menu do wyboru. Wszystko było jedną wielką niespodzianką. Przyniesiono nam smażoną rybę, która była zaprezentowana w bardzo ciekawy sposób - na stojaku :) Ryba ta złowiona została w Mekongu. Tak, wiem, nie za czysta ta rzeka, ale w końcu my też w Wigilię zajadamy się karpiem, który przecież żywi się mułem. Razem z jedzeniem przyszła pani, która nam całe jedzenie przyrządzała. Wyskubała trochę mięsa z ryby i ułożyła je na wcześniej zmoczonym papierze ryżowym, wyłożony zielonymi liśćmi, dodała trochę makaronu ryżowego i wszystko zwinęła zręcznie w rulon. Były i krewetki, i kurczak, i ryż z warzywami. Najbardziej jednak z tego wszystkiego smakowała mi zupa i arbuz na deser. Tuż obok naszego stolika było małe bajoro, w którym chłodził się bawół. Zanurzony prawie cały wyglądał bardziej jak hipopotam, wystawiając nad wodę jedynie oczy i nozdrza. Jednak kiedy tylko się wynurzył i ukazał swoje pokaźne rogi, nie było wątpliwości.












Wróciłyśmy spacerkiem na naszą łódź, która zabrała nas do portu w My Tho, a tam już czekał na nas bus. Całą powrotną drogę przespałyśmy. Moją wycieczkę do Wietnamu zdecydowanie uważam za jedną z lepszych. Szkoda tylko, że jak zawsze ograniczał mnie czas, bo do zobaczenia i przeżycia jest tam o wiele, wiele więcej.








I tradycyjnie na koniec zapraszam do albumu, w którym znajdują się wszystkie zdjęcia z mojego pobytu w Wietnamie:

Ho Chi Minh, Wietnam 14-16.04.2014