obraz

obraz

wtorek, 26 czerwca 2012

Żurek za 1 euro


Czy po 8 miesiącach latania można być osikanym ze stresu podczas lotu? Można. Wystarczy usłyszeć na briefingu "Martyna, you will do the english PA's" (Martyna, wygłosisz wszystkie angielskie komunikaty). Chodzi o wszystkie komunikaty, które słychać w kabinie podczas całego lotu. Od tych na przywitanie pasażerów na pokładzie, przez przedstawienie kapitana, aż po komunikat po wylądowaniu. Przeważnie zajmuje się tym CS albo CSD, ale czasami proszą kogoś innego. Niby nic takiego, bo mamy wszystko spisane, wystarczy tylko przeczytać odpowiedni komunikat w odpowiednim momencie. Ale jak robi się to po raz pierwszy, ze świadomością, że 132 osoby usłyszą to, co mówię do słuchawki, to język sam się chce plątać, wyrazy same się przestawiają, a akapit, który przed chwilą był na tej stronie, zdaje się wyparował w tajemniczych okolicznościach! 

Lot do Wiednia zaczął się więc od małego stresiku. Nasze linie cały swój serwis mają skierowany na pasażera, to i komunikaty nie są takimi suchymi ogłoszeniami, tylko słodko-pierdzącymi wypowiedziami. "Panie i Panowie, witamy na pokładzie... bla bla bla... serdecznie witamy członków naszego programu lojalnościowego... bla bla bla... w trosce o wasze bezpieczeństwo... bla bla bla... pragniemy zapewnić Państwu... bla bla bla... bla bla bla..." I tak kilka razy podczas lotu. Po pierwszym komunikacie już się trochę rozluźniłam, bo okazało się, że nie taki diabeł straszny. No to za chwilę się okazało, że wideo z prezentacją dotyczącą bezpieczeństwa nie chce się uruchomić. No to już, łapiemy za kamizelki ratunkowe i maski tlenowe i idziemy do kabiny na demonstrację. Akurat to nie wystraszyło mnie tak, jak pozostałą część załogi, bo już kiedyś miałam okazję wykonywać manualną demonstrację, kiedy system nawalił. Ale ponieważ tym razem to ja byłam od komunikatów, przypadło mi więc czytanie instrukcji, według której moje koleżanki wywijały kamizelkami i maskami w kabinie.

Sam lot przypominał podróż do Indii. 3/4 pasażerów z tego właśnie kraju. Nie wiem, jakoś wcześniej nigdy ich nie widziałam w Europie. A może raczej nie zauważałam. A teraz są wszędzie. W każdym razie, na nudę podczas lotu nie narzekaliśmy.

Dotarliśmy do hotelu, godzinka na zmianę wizerunku i na miasto. Wybraliśmy się w 5 osób, ale to ja pierwsza dorwałam się do mapy, więc wszyscy grzecznie podążyli za mną. I pomimo tego, że po drodze jeden z chłopaków, w którym nagle budził się (błędny) zmysł orientacyjny próbował mi wmówić, że to nie tędy droga, bardzo szybko dotarliśmy do centrum. Bez konkretnych planów, po prostu chcieliśmy pospacerować, bo pogoda była przyjemna. Dwie dziewczyny odłączyły się od grupy, rzucając się w wir zakupów, a my wybraliśmy się na obiad. A co tu innego zjeść w Austrii, jak nie sznycla? Znaleźliśmy miejsce, które się reklamowało "Nasze sznycle są największe". Zamówiliśmy więc każdy po jednym. Kiedy kelner nam przyniósł dania, to tylko trzeba było wierzyć na słowo, że pod sznyclem jest talerz, bo daję słowo, nie było go widać. Jeden, ogromny sznycel z cytryną na środku. I do tego bardzo smaczny!






Po takim obiedzie trzeba było pospacerować jeszcze chwilę. Pokręciliśmy się więc po mieście, powoli kierując się w stronę hotelu. W jednym ze sklepów zauważyłam pełno koszulek i szalików polskiej reprezentacji, porozwieszanych po całym sklepie. Weszłam więc do środka, a tam pani ekspedientka rozmawiała z klientką po polsku. Kiedy przyjrzałam się uważnie produktom na półkach, to aż się miło zrobiło. Pełno polskich produktów. Zadowolona zrobiłam więc zapas jednej z moich ulubionych zup, której w Doha na pewno nie dostanę. Paczka z żurkiem w proszku kosztowała tylko 1 ojro.






Podczas lotu powrotnego wygłaszanie komunikatów już nie było takie straszne. Zostałam nawet za nie pochwalona przez CS. Następnego dnia czekało mnie parę godzin stand by. I jakieś takie miałam przeczucie w kościach, że pomimo tego, że na następny dzień mam zaplanowane Katmandu, to wyślą mnie gdzieś indziej. Pytanie tylko: gdzie? I tak o godzinie 13:20, kiedy to z pełnym makijażem oglądałam sobie TV, dostałam telefon, że lecę do Londynu. Ale o tym w następnym odcinku.. ;)

Wiedeń, Austria 21-22.06.2012

2 komentarze:

  1. Dwa razy przeczytałem i - poza tytułem - nie znalazłem informacji o żurku za 1 euro!;P

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytaj jeszcze raz akapit pod zdjęciem ze sznyclem ;)

    OdpowiedzUsuń