obraz

obraz

niedziela, 15 kwietnia 2012

Kto chce dołączyć?


Podoba się blog? Zdjęcia z podróży i opisy wycieczek po świecie? Mam coś dla wszystkich odważnych i gotowych na zmiany!

Qatar Airways organizuje Dzień Otwarty we Wrocławiu 29 kwietnia! Wystarczy przyjechać z CV w wersji angielskiej, małym zdjęciem paszportowym i zdjęciem pełnej sylwetki w stroju biznesowym. Podczas rekrutacji przechodzi się kolejno wszystkie etapy, później czeka się na maila potwierdzającego, robi badania, pakuje i zaczyna pisać bloga :D
Ogłoszenie można znaleźć tutaj. 

Naprawdę zachęcam wszystkich, którzy mają ochotę na przygodę w życiu, a nie wiedzieli do tej pory, jak ją znaleźć. No to podsuwam Wam pod nos ogłoszenie. Reszta w Waszych rękach. I uwierzcie mi, naprawdę się da! Sprawdziłam osobiście i nie żałuję.

Co do mojego kursu pilotażu, to muszę sprawdzić w biurze QA jedną rzecz, o której usłyszałam niedawno. Jeśli się nie sprawdzi, to odpuszczam i zostaję przy tym, co mam. Moja kolejna szalona decyzja zdążyła już zdobyć fanów i anty-fanów.

Kilka dni wolnego przeszło, jak burza. Miałam gdzieś pojechać, ale co chwilę coś się komplikowało, więc po raz kolejny spędziłam cztery bite dni z rzędu w Doha. Efektem tego jest mieszkanie wysprzątane na błysk, łącznie z wszystkimi oknami, które przy naszych burzach piaskowych, ostatnio bardzo częstych, będą pewnie brudne już pojutrze. Ale co tam, przynajmniej zrobiło się tak „domowo”. Nawet Paulina stwierdziła, że nastrój u mnie, jak w Polsce w sobotę – pościel suszy się na kanapach, pachnie proszkiem do prania, płynem do mycia podłóg, okien i Pronto :)

Burza piaskowa w Doha
A to już zwykła burza, która miała miejsce w ten weekend.
I na koniec gęsty deszcz za moim oknem.

Czas tak szybko leci, że okazuje się, że za chwilę znów będę w Polsce. Tym razem więcej czasu spędzę na południu. Także w okolicach 5 maja proszę szykować piweczko, winko, wieprzowinkę i co tam jeszcze haram w Katarze ;) Zostaję do 15-go.

A tym czasem zbieram się na popołudniową kawę z dziewczynami. Przygotowania do singapurskiego lotu zacznę juto.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Male!

Wróciłam! W końcu wygrzałam sobie kości! :) Jednak tam, gdzie biała plaża i błękitna woda, zawsze będzie odpowiednie miejsce dla mnie :))




Po spokojnym locie od razu wyłożyliśmy się wszyscy na plaży. I tak pierwszy cały dzień przeleciał na opalaniu, pływaniu na zmianę w morzu i w basenie, a na wieczór - piwko! Ekipa znowu sympatyczna, włączając zabawnego kapitana Alejandro, któremu ciągle śpiewałyśmy piosenkę Lady Gaga - Alejandro, co następnego dnia poskutkowało takim oto powitaniem pasażerów na pokładzie: "Good afternoon ladies and gentelman, this is captain Ale-Alejandro speaking from the flight deck!" :D






Wieczorną porą przy basenie hotelowym.

Wieczorną porą przy basenie hotelowym.

Drugiego dnia do Male (stolica Malediwów) przyleciała Zośka, jedna z moich najlepszych koleżanek z grupy i jednocześnie sąsiadka zza ściany. Wbrew pozorom nie z Polski, ale właśnie z tych uroczych malediwskich wysp. Spotkałyśmy się więc w mieście na kawę. Za dużo czasu nie było, więc pospacerowałyśmy trochę, podziwiając przy tym uroki Male, na przykład pana, który siedział na brzegu i przy pomocy malediwskiego, białego piasku robił sobie peeling :)









Udało też mi się złapać lądujący samolot, wygląda to, jakby siadał na wodzie. Na lotnisko na Malediwach przylatują piloci z tej samej kategorii, co na lotnisko w Katmandu, czyli z tych trudniejszych. (w tle filmu słychać Zośkę rozmawiającą przez telefon, jeśli ktoś rozumie język Divehi, to zapraszam).


Próbowałam też złapać surfującego gościa, ale się pan nie popisał. Chyba był jakiś początkujący, bo przepuszczał każdą lepszą falę.


Kiedy spacerowałyśmy z powrotem w kierunku promu, z jakiegoś powodu z wszystkich budynków ludzie zaczęli wychodzić na ulice i patrzeć w górę. No to my też zaczęłyśmy wpatrywać się w niebo, ale nic ciekawego tam nie było. Okazało się, że to był moment, kiedy w Indonezji miało miejsce trzęsienie ziemi i lekkie wstrząsy były odczuwalne nawet w Male. Ja spacerując po ulicy nic nie czułam, ale jak spojrzałyśmy kolejny raz na wysokie anteny na budynkach, to rzeczywiście było widać, jak drżą. Nie kiwają się od wiatru, tylko drżą od wstrząsów. Po kilkunastu minutach ludzie zaczęli wracać do budynków i zaczęły się rozmowy o nadchodzącym tsunami. Wsiadłam więc na prom i wróciłam do hotelu. Gdybym zwlekała z tym jakąś godzinę, mogłabym nie wrócić na czas. Bo pomimo tego, że nie wiadomo było, czy tsunami idzie, czy nie, wstrzymano promy, uniemożliwiając przemieszczanie się między wyspami. Na naszej hotelowej plaży też zrobili "ewakuację" wszystkich z wody i przenieśli do basenu. Ale wszystko skończyło się dobrze, niebezpieczeństwa nie było i bezpiecznie wróciłam do Doha.



A podczas lotu powrotnego, który był dość pracowity, jak na lot z Malediwów, poszłam odwiedzić kokpit. Nie zawsze jest taka okazja, wszystko zależy od pilota i od CS. Ale-Alejandro sam zapraszał, a CS nie miał nic przeciwko, więc jak tu nie skorzystać. Poszłam więc, jak skończyliśmy serwis, weszłam do kokpitu, usiadłam sobie za pierwszym oficerem. Wyłączyli oświetlenie kokpitu, tzw romantic mode ;) I to co zobaczyłam, to jeden z najpiękniejszych widoków, które w życiu widziałam. Niebo pełniuśkie, ale naprawdę pełniusieńkie gwiazd! I wszystko było widać! Oriona, Wenus, Marsa, Jupitera, niesamowite! Dostałam też lekcję który przycisk jest od czego, który wskaźnik co pokazuje. To niesamowite, że można taką maszynę opanować za pomocą sterów i przycisków znajdujących się w zasięgu ręki. I ta świadomość, że taki wielki kolos porusza się dzięki tobie...

I przyszła mi do głowy taka myśl... a może zostać pilotem?? Szalone, ale nie niemożliwe. A kto ma podejmować szalone decyzje, jak nie ja? ;) Wiązało by się to z minimum dwuletnim szkoleniem i sporym nakładem finansowym. No i ze względu na mój wiek, mam czas do września na zdecydowanie się, bo to ostatni dzwonek, żeby zacząć. No niech mi ktoś powie, że to głupi pomysł! Poza tym, jak już się zacznie latać, to ciężko później zejść na ziemię. Ja na dzień dzisiejszy nie wyobrażam już sobie siebie w 8-godzinnej pracy za biurkiem, co przecież robiłam przez poprzednie 7 lat. Może lepiej zostać w obłokach. Dosłownie i w przenośni...


Malediwy, 10-11.04.2012

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Dżakarta grzechu warta

Muszę wrzucić kolejną notatkę na bloga, bo mi oglądalność spada. A raczej "poczytalność" ;) A to chyba nie za dobrze stać się niepoczytalnym.

Towarzystwo z działu rosteringu (to ci, którzy układają nam grafik) jest mi w tym miesiącu wyjątkowo przychylne. Po zachwycającym Pekinie zmienili mi trzy dni SBY na Dżakartę w Indonezji. I to z 42-godzinnym odpoczynkiem, gdzie standardem są 24 godziny. Jednak pomimo tak długiego czasu, obszernego opisu nie będzie, zdjęć też nie. Mam tylko zdjęcie pokoju hotelowego, które, jak niektórzy słusznie zauważyli, zawsze są zdjęciami otwierającymi album. A to dlatego, że po męczącym locie, kiedy wchodzę do pięknie przygotowanego pokoju, to chcę uwiecznić widok, który sprawia, że już jestem zrelaksowana. Tym bardziej kiedy wita mnie widok łóżka z moskitierą, przypominające łoże księżniczki, którą przecież każda z nas w dzieciństwie chciała być.



Przylecieliśmy na miejsce około 23:00, ale w Doha była dopiero 19:00. Większość załogi stwierdziła, że jest zmęczona lotem, który jak dla mnie był naprawdę spokojny. Poza tym jak tu iść spać o 19:00? Zebrały się jeszcze trzy osoby z takim samym zdaniem, jak ja. Odświeżyliśmy się więc szybko i na miasto. Tym razem ekipa była z Kolumbii, Japonii i Austrii. Dostaliśmy kilka wskazówek od dziewczyny, która pochodzi z Indonezji, gdzie najlepiej się udać. No i tak zaczęła się wielka impreza w Dżakarcie :D Pobalowaliśmy całą noc, następnego dnia spaliśmy do popołudnia, żeby zebrać siły na kolejny wieczór. I powtórka z rozrywki! Nie będę się wdawać w szczegóły, napiszę tylko, że ten wyjazd przebił jak dotąd mój najlepszy (Mediolan i wycieczka do Pisy). W dużej mierze zależało to od ekipy, której zresztą cały czas przypominałam, że flaga Indonezji to flaga Polski do góry nogami :)

Zdjęć z miasta nie ma, wszystkich zawiedzionych przepraszam. Obiecuję, że jak następnym razem trafią mi się w Dżakarcie jakieś zamulające panny, które wzdrygają się po łyku piwa, to wtedy pójdę z nimi zwiedzać miasto, czy inne safari (bo podobno tam takie było). 

Były dwa dni odpoczynku w Doha, szybki kursik do Dubaju i kolejna niespodzianka. Mój jutrzejszy SBY zmienił się na Malediwy! Dawno mnie tam nie było, a i skóra trochę blada, więc lot jak znalazł!


wtorek, 3 kwietnia 2012

Mur zdobyty!

Zanim jednak będzie o murze, kilka słów o wcześniejszym locie.

Benghazi, Libia

Nigdy więcej. Nie obrażając nikogo, ale nigdy więcej pasażerów z Bangladeszu! Lot 5 godzinny, ani na chwilę nie usiadłam. Biegałyśmy z dziewczynami w tą i z powrotem. Pomimo tego, że po jedzeniu co pół godziny robimy rundy z napojami (idziemy do kabiny ze szklankami pełnymi soków i wody i rozdajemy każdemu, kto chce), to i tak wołali nas co kilka minut. „Sister, sister! Pepsi, seven up! Seven Up!”. Lot był pełen. Jeśli ktoś sobie nie zarezerwuje konkretnego miejsca wcześniej przez Internet, to przypisuje mu się siedzenie podczas odprawy. Przeważnie wtedy ludzie proszą a to o miejsce przy oknie, a to blisko toalety, itd. A jak ktoś przyjdzie późno z 6-osobową rodziną, to nie ma gwarancji, że będzie miał 6 miejsc koło siebie. No i mieliśmy trzy takie rodziny. W takiej sytuacji po starcie możemy grzecznie poprosić pasażerów siedzących obok, żeby zamienili się miejscami z innymi członkami rodziny. Ale to po starcie, bo przed jest mało czasu, a kapitan nie wystartuje, dopóki wszyscy nie usiądą. Ale kogo by to obchodziło, na pewno nie trzech ojców, którzy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Bo co mu stewardessa będzie mówiła, co mu wolno, a czego nie! Zaczęły się przepychanki, bo pozostali pasażerowie też jeszcze stali w przejściach. Narobili nam bałaganu, ale jakoś to opanowałyśmy. Podczas lotu znalazł się jeden „byznesman” (pisownia celowa), który zarezerwował bilet w klasie biznesowej, ale dotarł na lotnisko na tyle późno, że wszystkie miejsca były już pełne (czasem sprzedaje się więcej miejsc, niż jest dostępnych, bo ludzie często rezygnują lub przekładają lot), więc dostał miejsce w ekonomicznej. Oczywiście różnica w cenie została mu zwrócona. Pan od początku był niezadowolony. I cały lot nas przywoływał i prosił o jedzenie z klasy biznesowej, które oczywiście mu się nie należało. Nie ma wyjątków. Bilet na ekonomiczną, to bilet na ekonomiczną. No więc gość nas co chwilę prosił, a to o tuńczyka, a to o ser niskotłuszczowy, a to o owoce. Oczywiście za każdym razem musiałyśmy go przepraszać, że nie mamy tego w klasie ekonomicznej i się uśmiechać. Biegania było sporo. Toalety – kolejna masakra podczas lotu. Zazwyczaj kolejka do toalety tworzy się po jedzeniu, utrzymuje się powiedzmy przez pół godziny i pasażerowie idą spać. Nie tym razem. Kolejka do toalet stała przez cały lot. Mało tego, chyba napiszę list do biura, że w lotach do Bangladeszu zamiast filmu z zasadami bezpieczeństwa w samolocie puszczać film instruktarzowy, jak się spłukuje wodę w toalecie i gdzie w ogóle otwiera się jej klapę! Nie będę się wdawać w szczegóły…

W ogóle może zapomnijmy o tym locie i przejdźmy do następnego, bo po lotach jak ten odechciewa się takiej pracy...

Pekin! Lot był całkiem przyjemny i spokojny, chociaż byłam dość niewyspana. Od powrotu z urlopu coś się nie mogę wyspać w swoim łóżku. To już lepiej mi się śpi w hotelach. Ale cóż zrobić, może to jakaś nieprzyjazna faza księżyca, albo jakaś inna bzdura. Wylądowaliśmy po północy czasu lokalnego i żeby dotrzeć z samolotu do miejsca, gdzie wydaje się bagaże, musieliśmy jechać pociągiem, takie to lotnisko ogromne. Wyjście z niego, już z walizkami, zajęło nam 30 minut. 30 minut spaceru przez długie korytarze zanim dotarliśmy do autobusu. Dotarliśmy na miejsce, przydzielili pokoje, więc każdy udał się na odpoczynek. W pokoju na biurku była informacja, że hotel przyłącza się do akcji "Godzina bez prądu" i o godz. 20.30 czasu lokalnego zostaną wyłączone wszystkie światła zewnętrzne budynku i oświetlenie w środku w miejscach publicznych (korytarze, hole, itp.). Niestety my przyjechaliśmy później, a szkoda, bo chciałabym to zobaczyć.

Umówiłam się z kilkoma osobami, że wstaniemy wcześnie rano i zaczniemy zwiedzanie. Trzeba było trochę oszukać organizm, bo pomimo tego, że tu była już godzina 02:00, to w Doha cały czas 21:00 i spać się nie chciało, nawet mając na koncie zaległości w odpoczynku. Ciepła kąpiel i do łózia! Rano wybrałyśmy się na Wielki Mur Chiński.





I parę informacji o Murze, bo nie lubię tak samych zdjęć wrzucać. Poza tym Wam na pewno też milej się czyta, kiedy można się dowiedzieć czegoś ciekawego. Mur Chiński w swojej głównej części ma długość 2400 km, a całość, wraz z bocznymi odgałęzieniami liczy ponad 6000 km! Szeroki u podstaw na ok. 6,5 m, wysoki na 9 m. Na górze mur ma 5,5 m szerokości, wystarczająco, żeby mogła po nim maszerować piechota po 10 żołnierzy w szeregu albo kawaleria po 5 koni w szeregu. Co 100 metrów rozmieszczone są wieże sygnalizacyjne, które służyły do przekazywania wiadomości alarmowych na wypadek zbliżania się wroga. Obliczono, że do budowy muru użyto 300 milionów m3 materiałów, co wystarczyłoby do zbudowania 120 piramid Cheopsa lub do postawienia na całej długości równika dwumetrowego muru. I jeszcze sprostowanie na pewno znanej wszystkim informacji: mur nie jest widoczny z Księżyca. Z niskiej orbity okołoziemskiej - owszem, ale w ten sam sposób można zobaczyć też np. autostrady. Jak ktoś nie wierzy, to poniżej zdjęcie zaczerpnięte z Wikipedii. 



I jak, widać? ;) Ponoć biegnie od lewego dolnego rogu, do prawego górnego.

Wspinaczka po schodach nie była łatwa, zwłaszcza, że schody są bardzo nierówne. Jedne mają wysokość kilku centymetrów, a inne są wysokie prawie do kolana. Przez to człowiek szybciej się męczył, bo nie można było utrzymać równego tempa marszu. Zwłaszcza, że człowiek nie wziął ze sobą płaskich butów. Ale skoro mam zdobyty Mur Chiński na obcasach, to już nic mi nie straszne! A ludzie się dziwią, że prowadzę samochód w szpilkach ;)








Wróciłyśmy do hotelu. Odpoczynek, podładowanie baterii aparatu, lunch i w drogę. Taki był przynajmniej plan, ale mój organizm postanowił, że właśnie teraz sobie opadnie z sił. W nocy jednak się oszukać nie dał i nie pospałam za dużo. A nocny lot powrotny się zbliżał, podróż jest dłuższa, prawie 9 godzin. Więc zdecydowałam się wyspać i normalnie funkcjonować podczas lotu.

Po powrocie już miałam zmieniony stand by na lot do Dżakarty. Więc ruszam jutro do Indonezji, chociaż zapowiadają sporo deszczu i burze. Zobaczymy.


Pekin, Chiny 31.03-02.04.2012

czwartek, 29 marca 2012

Gruzja Gruzinami usiana


Dostałam lot do „perły Kaukazu”, bo tak też zwane jest Tbilisi. Swoją drogą, ja zawsze myślałam, że to jest „T I B I L I S I”, bo tak zawsze słychać było w telewizji, a człowiek sam nigdy nie sprawdził. Dopiero kiedy Google Maps po wpisaniu „Tibilisi” wskazywało mi tylko jakieś miejsce w USA, zaczęłam dociekać. No i okazuje się, że owe miasto to T B I L I S I. Człowiek całe życie się uczy ;)

Załoga z Maroka, Bośni, Indii i Filipin, więc mix totalny. Lot był pełny, ale przyjemny. Akurat tyle czasu, ile potrzebowałyśmy na serwis. Bez pośpiechu, bez zbędnego czasu na zastanawianie się, co robić. Wylądowaliśmy najpierw w Baku w Azerbejdżanie. Tam większość pasażerów wysiadła, została mała garstka, która leciała z nami dalej do Gruzji. Mieliśmy sporo turbulencji po drodze ze względu na silnie wiejący wiatr. Nawet po wylądowaniu samolotem bujało na lewo i prawo. Czułyśmy się bardziej jak na statku wycieczkowym, tak kołysało na boki. Na szczęście wszyscy szybciutko wysiedli, więc i my udaliśmy się na odpoczynek.

Po dotarciu do hotelu miałyśmy jeszcze sporo dnia przed sobą. Przeszłyśmy się więc z dwiema dziewczynami po okolicy. Kapitan przestrzegał, żeby zawsze wychodzić w grupach, bo tak bezpieczniej, więc posłuchałyśmy. Oczywiście gruzińskie wino musiało być zaliczone. Wielka szkoda, że nie mogę ze sobą zabrać choćby jednej małej buteleczki z każdego miejsca, w którym jestem. Ale by się nazbierała kolekcja… Ale wracam do Georgii (bo tak brzmi angielska nazwa tego państwa). Winko kupiłyśmy na wieczorne babskie pogaduchy w hotelu, a tymczasem była pora lunchu, więc uraczyłyśmy się tutejszym chaczapuri. To pyszny placek nadziewany serem, tak jak większość śniadaniowych specjałów, które były do wyboru. Pogoda była ładna, świeciło słońce, a wiatru w samym mieście tak już nie było czuć. Przeszłyśmy więc Aleją Szoty Rustawelego (poeta gruziński) – ulica usiana okazałymi budowlami (opera, teatry, budynki rządowe), sklepikami, kawiarniami, itp. i doszłyśmy do Placu Wolności. W czasach sowieckich był to Plac Lenina z pomnikiem na środku placu. Wraz z wyzwoleniem Gruzini zburzyli pomnik. Dziś stoi tam kolumna ze św. Jerzym, jako symbol zwycięstwa i walki o wolność, odsłonięta w 2006 roku.






Po krótkim spacerze za namową koleżanki z Sarajewa, znalazłyśmy przytulną kawiarnię, uraczyłyśmy się pyszną kawą i ciastkiem i wróciłyśmy do hotelu. Na większe zwiedzanie przeznaczyłam sobie kolejny dzień. Tym razem już wyszłam sama, bo nie było więcej chętnych. Wyszłam z hotelu rano, do czego zachęcało przepiękne słońce. I już kilka metrów od hotelu podszedł do mnie czarnowłosy i czarnooki Gruzin. Pytał o coś, ale nie mam pojęcia o co. Jak zaczęłam do niego po angielsku, to machnął ręką i sobie poszedł. Ja wyciągnęłam więc mapę miasta, obrałam sobie cel i ruszyłam w drogę. Na początku szłam małymi uliczkami, ale kiedy dookoła widziałam samych Gruzinów, wszyscy to rośli mężczyźni, w czarnych skórzanych kurtkach, z czapkami na głowie, skierowałam się na główne ulice. Co prawda co jakiś czas przewijał się między nimi policjant, czy jakiś inny mundurowy, ale moja wyobraźnia zbyt mocno zaczęła pracować. Przez jakiś czas nie wyciągałam nawet aparatu fotograficznego. Ach, bo niepotrzebnie zawsze nas Kapitan nastraszy opowieściami w stylu „zostawcie wszystkie wartościowe rzeczy w hotelu i nie wychodźcie pojedynczo”.



Katedra św. Trójcy, zwana katedrą Sameba – główna prawosławna katedra w Tbilisi, znajdowała się dosyć daleko, po drugiej stronie rzeki, więc obejrzałam ją sobie tylko z daleko. A nie było to trudne, bo miałam na nią widok z okna hotelowego. Muszę przyznać, że robi wrażenie, zwłaszcza w nocy.



Dotarłam natomiast do mostu, a raczej kładki dla pieszych, której nie miałam na mapie, więc trochę mnie zmyliła i sprawiła, że zaczęłam wątpić w swoje zdolności nawigacyjne. Most nazwany został Mostem Wolności, a oficjalne jego otwarcie było w maju 2010 roku, co wyjaśnia jego brak na darmowej mapce, którą dostałam w hotelu. Jest w dość nowoczesnym stylu, w porównaniu do reszty zabudowy miasta. Po jednej jego stronie wyrosło nowe, ogromne kasyno, a po drugiej - park z ławkami z białego kamienia. Jedno i drugie musi być całkiem świeże, bo nawet na Google Maps po obu stronach mostu jest jeszcze wielki plac budowy. Co ciekawe, konstrukcja mostu została zbudowana we Włoszech i przewieziona do Gruzji na 200 ciężarówkach.



Tymczasem po jednej stronie rzeki przed restauracją Buddha Bar rozkładano czerwony dywan i montowano reflektory światła. No i oczywiście musiałam poszperać w internecie, co to się święci. Okazuje się, że sieć Buddha Bar jest znana na całym świecie. W Paryżu, Londynie, Montrealu, Waszyngtonie, Dubaju w tym barze, który właściwie jest też restauracją, gościli między innymi Madonna, David i Victoria Beckham, Cameron Diaz, Johnny Depp, Jenifer Lopez, Sharon Stone i można by tak jeszcze długo wymieniać. A 28 marca miało być właśnie wielkie otwarcie Buddha Bar w Tbilisi. Szkoda, że nie dzień wcześniej, bo bym się przeszła :)


Pokręciłam się trochę po parku, z oddali pstryknęłam zdjęcie Pałacu Prezydenckiego i ruszyłam w dalszą drogę. Prawie z każdego punktu w mieście widoczna jest ogromna statua kobiety, trzymającej wino i miecz. To Kartlis Deda, strażniczka Tbilisi. W jednej ręce trzyma dzban wina, którym wita przyjaciół, a w drugiej nagi miecz, którego smak poznają wrogowie. Cała statua to symbol umiłowania przyjaźni przez Gruzinów i jednocześnie pragnienia wolności i niezależności. 



Rzeka Kura, która płynie przez Tbilisi, okazała się bardzo brudna, ale nie przeszkodziło to okolicznym wędkarzom na tak zwane zamoczenie kija ;) Jeden nawet miał brani, bo widziałam, że walczył, próbując coś wyciągnąć, ale szło mu to tak powoli, że zrezygnowałam z czekania na rezultat. Może lepiej nie widzieć jaka ryba by z tej wody wyszła. O ile to w ogóle była ryba na końcu jego wędki. Zrobiłam jeszcze kilka zdjęć "na Japończyka", czyli na odległość ręki wyciągniętej przed siebie z aparatem w dłoni (tak to jest, jak się idzie zwiedzać samemu), w tle kościół Metechi, który najczęściej jest umieszczany na widokówkach z Tbilisi. Pełnił on wiele funkcji, bo na początku był częścią pałacu, którego resztę w 1795 roku Persowie zrównali z ziemią. Był też więzieniem, które trzymało w swoich murach m.in. dramaturga Aleksandra M. Pieszkowa (Maksym Gorki), teatrem, aż w końcu do wnętrz powróciły msze święte i nabożeństwa. Obok stoi pomnik króla Wachtanga Gorgasali na koniu.




Po krótkim spacerze dotarłam znów na Plac Wolności, gdzie przy malowniczej fontannie, w promieniach słońca odpoczywało wiele osób, głównie starszych. Ktoś uciął sobie drzemkę, ktoś obierał jabłko, czy co to tam było, a jeszcze inni skupieni byli nad zdrapką, próbując rozszyfrować, czy są już milionerami, czy jeszcze nie.




Dzień spędziłam bardzo miło. Lot powrotny do Doha - cztery dziewczyny na całą klasę ekonomicznę, z czego ja w kuchni. A pasażerów na trasie Tbilisi - Baku było 36. W Azerbejdżanie część wysiadło, kilku nowych wsiadło i tak polecieliśmy do Doha z 13 osobami :)

Przede mną lot do Libii. Dzień będzie dość wyczerpujący, bo 5 godzin w jedną stronę, godzinka postoju i powrót do Doha. Później tylko kilkanaście godzin odpoczynku i lecimy obalać Wielki Mur Chiński ;)

Tbilisi, Gruzja 27-28.03.2012