obraz

obraz

środa, 27 listopada 2013

Dreamliner mój wróg

Jak już nie raz wspominałam, ostatnimi czasy stand by to żadna frajda. Dlatego też byłam bardzo niezadowolona, kiedy końcówka mojego listopadowego grafiku uległa zmianie. W ostatniej chwili zmieniono samolot, który miał lecieć do Brukseli na taki z inną konfiguracją miejsc. Tym samym zmieniła się ilość wymaganych członków załogi. W takich sytuacjach, kiedy okazuje się, że potrzeba 4, a nie 6 stewardess w biznes klasie, dwie o najniższym stażu w tej klasie są odsyłane do domu. Jako że ja jestem dopiero 3 miesiące po awansie, stałam się jednym z tych dwóch szczęśliwców. W grafiku moje BRU zmieniło się na SBY, co niewątpliwie oznaczało siedzenie w domu. I już nie przyjdzie mi kupić Belgijskiej czekolady na święta. Od grudnia trasę tą przejmuje "Dreamliner Cudowny". Nutka sarkazmu nie przypadkowa. Maszyna ta przejęła już sporo tras do miast europejskich, takich jak Sztokholm, Kopenhaga, Oslo, Frankfurt, Monachium, Zurych, a od przyszłego roku także i Edynburg w Szkocji. Miasta, w których zawsze ładowałam sobie baterie europejską kulturą i klimatem. Raz na jakiś czas po prostu trzeba odpocząć od gorąca bliskiego wschodu, islamskiej kultury dookoła, którą z szacunku trzeba tolerować (żeby nie powiedzieć "podporządkować się"). Ucieczka na Daleki Wschód nie pomaga. Duchota i wilgotność powietrza, chińszczyzna i smog i wszystkie twarze napotkane na ulicy takie inne... Europa - tu czuję się jak u siebie. Tu można pospacerować po mieście, robiąc przerwę na kawę w jednej z lokalnych kawiarni, nie czując na sobie wzroku wszystkich dookoła tylko dlatego, że nie wygląda się, jak "lokalni". 

Tak właśnie brak szkolenia na Boeinga 787 (co nie jest moim wyborem), zamyka mi wrota do sporej części Europy. Kilka pozostałych miast (Warszawa, Berlin, Budapeszt, Sofia, Wiedeń, Wenecja) też mam zamknięte na kilka następnych miesięcy, a to przez połączenie małego samolotu, który tam lata (Airbus A320/321), co oznacza jedną stewardessę (poza szefową CSD) w biznes klasie i serwisu, który wykonujemy, a na który owa jedna stewardessa musi mieć dodatkowe szkolenie. Na to szkolenie z kolei czeka się około roku od awansu do biznes klasy. Procedury, procedury.. 

Wracając do mojego przymusowego siedzenia w domu, zamiast spacerowania po ulicach Brukseli z belgijskim waflem z bitą śmietaną. Akurat zbiegło się to z wymianą kabli telefonicznych w naszym budynku. Panowie, powiedzmy z tutejszej telekomunikacji grzebali w ścianie trzy godziny, efektem czego ma być lepsza jakość rozmów i połączenia internetowego. Jednak najbardziej widocznym efektem w moim mieszkaniu było brak sygnału tv. I tak naprawiają to od ponad 5 dni, przychodząc codziennie na 15 minut z niby to nowym rozwiązaniem, które nic nie daje. No to co tu można robić, kiedy trzeba siedzieć w domu i nie można obejrzeć nawet wiadomości? Tak oto zaczęłam oglądać serial "Dr House". Sezon 1, odcinek 1.

Może napiszę w końcu coś konkretnego, bo jak na razie to rozprawiam o niczym. Ukazał się grafik na grudzień. Wiadomo, że w tym miesiącu każdy na niego czeka z podwójną ciekawością. Gdzie będę na Święta? A co będę robić w Sylwestra? Miałam zaplanowane kilka dni urlopu w połowie grudnia, ale firma postanowiła mi zrobić niespodziankę i dać mi cztery dni wolnego na same Święta. I chwała im za to! Rok temu święta spędziłam na pokładzie samolotu do Sudanu i z powrotem. Dwa lata temu w Hong Kongu. W tym roku w końcu będę miała Święta z prawdziwego zdarzenia. Do tego Nowy Jork przed samym wyjazdem do Polski - to miasto podczas Świąt ma niesamowitą atmosferę. Zadowolenie z grudnia jest na poziomie satysfakcjonującym. Nawet ostatnie dni 5 dni z uroczym kodem SBY mi nie przeszkadza.


Grudzień
01-03 - Jakarta, Indonezja
04-06 - Kalkuta, Indie
07-10 - wolne
11-12 - Algier, Algieria
13-15 - Bangkok, Tajlandia
16-19 - wolne
20-22 - Nowy Jork, USA
23-26 - święta w Polsce :)))
27-31 - SBY


niedziela, 24 listopada 2013

Za oknem...

... tym w Doha i tym w powietrzu.


Przeczytałam w Internecie, że 3 listopada częściowe zaćmienie słońca będzie widoczne w Doha. Co prawda tego dnia w moim grafiku był pierwszy z czterech dni stand by, co przy odrobinie szczęścia mogło oznaczać jakiś ciekawy lot, ale przy dzisiejszych realiach oznacza to siedzenie w domu. Obecnie mamy tyle cabin crew, że rzadko kogoś wyciągają na lot w ostatniej chwili. Moja współlokatorka przesiedziała ostatnio w domu 5 bitych dni z oczami wlepionymi w telefon, który nie zadzwonił. No cóż, w naszej pracy bywają i takie dni. W każdym razie tym razem dla mnie to oznaczało polowanie na zaćmienie. Wiedziałam, że ma być około 16:30 czasu lokalnego, więc już pół godziny wcześniej zaczęłam próby z aparatem i telefonem. Jakie będzie najlepsze ujęcie, czy jedna para okularów przeciwsłonecznych przed obiektywem wystarczy, czy muszą być dwie. Szybko się okazało, że zwykły aparat fotograficzny wygrywa z tym, rzekomo lepszym w iPhonie. I tak po zrobieniu kilkudziesięciu zdjęć mogę pokazać Wam kilka, na których udało mi się złapać zaćmienie.




Podwójna ochrona na oczy

Innym z kolei razem położyłam się spać nad ranem, bo po kolejnym długim locie zegar mi się znów rozstroił. Śpię sobie w najlepsze, a tu nagle budzi mnie hałas. Huk jak na wojnie. Kraj arabski w końcu, nigdy nic nie wiadomo. Wyglądam za okno - nic nie widać. Może mi się przyśniło. Wgramoliłam się więc z powrotem pod kołdrę, ale po chwili usłyszałam to samo. Wtedy skojarzyło mi się, że od czasu do czasu z lotniska katarskiego startuje sobie jakiś myśliwiec. Gdzie i po co on leci, tego nie wiem i nie chcę wiedzieć. Ale tym razem huk trwał o wiele za długo i powtarzał się zbyt często. Ubrałam się więc i usiadłam w oknie, wypatrując na niebie czegoś niezwykłego. I w końcu widzę w oddali szereg myśliwców, a właściwie Hawków, jak się później okazało. Akrobacje, kolorowe smugi za samolotami, tworzone formacje różnych kształtów. Co prawda wszystko odbywało się w sporej odległości od mojego budynku, ale kilka zdjęć udało mi się zrobić. A parę razy nawet czerwone strzały przeleciały nad moim budynkiem. Tak zsynchronizowane, odległości między nimi w ogóle się nie zmieniały. To się nazywa precyzja. 







Wygooglałam sobie później, że to Zespół Akrobacyjny Królewskich Sił Powietrznych Wielkiej Brytanii Red Arrows. Przylecieli do Dubaju na Dubai Air Show i przy okazji postanowili zrobić sobie wycieczkę po okolicy i dać kilka darmowych pokazów, między innymi w Katarze czy Bahrajnie. No miło z ich strony. Szkoda że dowiedziałam się o tym tak późno, bo można by show z bliska obejrzeć. A tak to tylko patrzyłam, jak mi się szyby w oknie trzęsą. Wszystko trwało może z 15-20 minut, po czym na niebo wróciły katarskie loty komercyjne. Pod tym linkiem można obejrzeć więcej popisów Red Arrows.

W miesiącu jedną trzecią albo i więcej spędzam poza Doha. Dlatego moje okno to nie tylko to w budynku, w którym mieszkam. To także to małe okienko w drzwiach w samolocie. To przez to małe 10x10cm czasami można zobaczyć widok zapierający dech w piersiach. To stąd widziałam Himalaje, bezkres oceanu, czy pustyni. A podczas ostatniego lotu z Waszyngtonu zrobiłam sobie małą wycieczkę geograficzną. I tak jak już przelecieliśmy nad Atlantykiem, lecieliśmy nad Hiszpanią, udało mi się wypatrzeć coś, co wyglądało jak tor wyścigowy. Teraz już wiem, że to Tor Ricardo Tormo koło Walencji, gdzie odbywają się motocyklowe mistrzostwa świata. Chwilę potem Walencja wraz ze swoim pięknym wybrzeżem zachwyciła swoim urokiem.


Walencja, Hiszpania

Walencja, Hiszpania

Spojrzałam na mapę, którą wyświetlamy na pokładzie, żeby każdy mógł sobie śledzić trasę przelotu i zauważyłam, że będziemy lecieć nad imprezową wyspą - Ibizą. Nigdy tam nie byłam, więc zrobiłam chociaż zdjęcie z lotu ptaka. A raczej samolotu, bo ptaki chyba tak wysoko nie latają )

Ibiza

Ibiza

Następny widok też zrobił wrażenie, zwłaszcza, że był po słonecznej stronie samolotu, więc promienie  słońca sprawiły, że tafla wody lśniła niczym jedwab. Przedstawiam miasto Annaba w Algierii.

Annaba, Algieria

Annaba, Algieria

Kolejne miasto za oknem było bardzo rozległe. Rozciągało się na wiele kilometrów. Coś mi jeszcze w głowie zostało z lekcji geografii (ba! Przecież nawet maturę z geografii zdawałam!), więc domyślałam się co to za miejsce. Rzut oka na mapę potwierdził moje przypuszczenia - Tunis, Tunezja.

Tunis, Tunezja

Tunis, Tunezja

Tunis, Tunezja

Kiedy mijaliśmy kolejną wyspę, nie miałam pojęcia co to jest. Nazwa wyspy Pantelleria też mi za wiele nie powiedziała, ale pomiędzy drobnymi obłoczkami wyglądała uroczo. Później w oddali było widać Sycylię, wyspę włoskiej mafii, ale niedługo potem niebo pokryło się grubą warstwą chmur. Chwilę potem pasażerowie zaczęli się budzić, gotowi na śniadanie, więc tu skończyła się moja wycieczka geograficzna. Kolejny raz za okno wyjrzałam tuż przed Doha, kiedy podchodziliśmy do lądowania.

wyspa Pantelleria

W oddali słabo widoczna Sycylia


Zdecydowanie lubię swoje okno. I to duże i to małe.


piątek, 22 listopada 2013

Mała rzecz, a cieszy.

W poprzednim wpisie zastanawiałam się, co przyniesie listopad. Jak na razie to przyniósł ciszę na blogu. Ani się obejrzałam, a tu już 22 dzień miesiąca! Za chwilę wychodzi nowy grafik, a u mnie na blogu tylko gruba warstwa kurzu. Czasami tak bywa. Czasami weny do pisania po prostu nie ma. Ale to nie znaczy, że z pisania rezygnuję. Przepraszam więc za tak długą przerwę i już się poprawiam.

Kolejny dzień pracy, pobudka o 4:30, lekkie śniadanie - płatki z mlekiem. Miodowe, oczywiście. Makijaż zrobiony, mundurek założony, gotowa na 14-godzinny lot do Chicago. Już na briefingu przed lotem bardzo podekscytowany kapitan powiedział nam, że samolot, którym lecimy to Boeing A7-BAA, po czym zaczął szukać na naszych twarzach takiej samej ekscytacji, jak u niego. A my owszem, wiemy, że to Boeing 777-300, ale czym tu się ekscytować? Mamy takich maszyn w firmie 22. Okazało się, że ta akurat sztuka została ostatnio przemalowana, z okazji przystąpienia naszych linii lotniczych do grupy OneWorld. Obecnie samolot ten wygląda więc tak:

Zdjęcie zaczerpnięte ze strony www.airlines.de 

No dobrze, cieszymy się. Nie tak, jak pan kapitan co prawda. Samolot wypełniony po brzegi, zarówno w klasie ekonomicznej, jak i biznes, dlatego przez cały czas biegałyśmy po pokładzie w tę i z powrotem. Nie było nawet kiedy zjeść coś porządnego, wszystko z doskoku. Dlatego po wylądowaniu postanowiłam zająć się swoim podniebieniem. To samo zrobiłam ostatnio z Madrycie, kupując w supermarkecie świeże bułki, szynkę, sery i na co mi tam jeszcze bardziej ślinka skapnęła. Szynkę zjadłam na miejscu, a do Kataru przywiozłam sery i przesłodkie owoce. I tak zostałam też zostałam skomentowana, że mi się poprzewracało w niektórych częściach ciała (głowę oczywiście mam na myśli), bo już nie tylko latam do Mediolanu, czy Paryża po ciuchy i torebki, ale też do Sri Lanki po herbatę i do Hiszpanii po owoce. No cóż, nie da się ukryć, że moje zakupy weszły już na inny poziom i przy liście z zakupami nie tylko zaznaczam, w którym sklepie co kupić, ale też w którym kraju. Trzeba korzystać ze wszystkich przywilejów, których dostarcza mi moja praca.

Tym razem spacerując po supermarkecie w Chicago, penetrując regał po regale, natrafiłam na całą półkę polskich produktów. Tego bym się spodziewała może po Londynie, ale nie po USA. No ale tak jak pisałam ostatnio, Chicago przyciągnęło masę Polaków swego czasu, więc teraz o nich dbają. I tak stałam przed półką dobrych kilka minut, z uśmiechem na pół twarzy. A tam wszystko z polskimi etykietami, kapusta kiszona, sałatka szwedzka (którą pamiętam ze swoich rodzinnych obiadów), mąka ziemniaczana, konserwa turystyczna, przyprawy, paluszki słone, słodycze, napoje, itp. Ale największą radość tym razem sprawił mi... pasztet Profi z pieczarkami. Zwykły pasztet, który pewnie każdy kiedyś chociaż raz w życiu jadł, a nigdy się nad tym nie zastanawiał. Ot po prostu zwykły pasztet, czym tu się ekscytować? Ale uwierzcie mi, kiedy się wyjeżdża z Polski na dłużej i to do kraju, w którym niektórych rzeczy po prostu nie ma, to dopiero wtedy zaczyna się doceniać te najmniejsze pierdołki, które towarzyszą nam każdego dnia. I w ten oto sposób atrakcją dnia stało się dla mnie opakowanie pasztetu zjedzone w hotelowym pokoju ze świeżą bułką. Bez masła, bez noża, jak na obozie przy ognisku. Pycha!





W drodze powrotnej też mieliśmy komplet pasażerów, dlatego było sporo uwijania się już od pierwszych minut. W pewnym momencie, jeszcze w czasie gdy pasażerowie wchodzili na pokład zauważyłam, że załoga dość intensywnie plotkuje o jednym z nich. Kiedy podeszłam, zapytali mnie, czy może ja wiem, jak nazywa się ten wysoki pasażer. A skąd mam wiedzieć jak ma na imię jakiś pasażer, pomyślałam. Listę dostajemy dopiero, jak wszyscy są na pokładzie. Wzięłam więc tackę z gorącymi mini ręczniczkami o zapachu różanym, które rozdajemy pasażerom w biznes klasie na dzień dobry, żeby mogli sobie odświeżyć dłonie, czy twarz przed lotem. Jak tylko weszłam do kabiny, otworzyłam szeroko oczy i już wiedziałam o co chodzi w tym całym zamieszaniu. Szybko zmazałam z twarzy zaskoczenie i zaprezentowałam uśmiech nr 5. Następnie z radością wręczyłam gorący ręcznik byłemu (bo już emerytowanemu) graczowi NBA. I zastanawiałam się jak można nie wiedzieć, że ów "wysoki pasażer" to nikt inny, jak Shaquille O'Neil. Przy wzroście 216 cm nawet kiedy siedział, jego głowa wystawała wysoko ponad siedzenie i ponad głowy innych. Nie miałam co prawda okazji z nim porozmawiać więcej, niż wymagał tego serwis, ale pamiątkowe zdjęcie i autograf jest. W podpisie jest nawet numer "34", z którym grał w Los Angeles Lakers.



A teraz wracam do korzystania z uroków dnia wolnego i do lektury książki S. Kinga "Dallas '63". Akurat dziś przypada 50 rocznica zamachu na J.F.Kennedy'ego, a książka opowiada o tym, jak to jeden człowiek cofa się w czasie, żeby tej tragedii zapobiec. Polecam.


środa, 30 października 2013

Co przyniesie listopad

Końcówka października była bardzo zróżnicowana. Najpierw podkręcili moje tempo dając mi loty jeden za drugim - Sri Lanka, Hiszpania, Tajlandia. Każdy z nich miał bardzo krótki odpoczynek, zaledwie kilkanaście godzin, więc przez cały tydzień nic, tylko latałam i spałam, latałam i spałam. Po takim maratonie przyszło kilka dni wolnego, więc po prostu się leniłam. Należało mi się. Kolejne cztery dni to szkolenia. Pierwsza pomoc, sytuacje awaryjne, ewakuacja, komunikacja, bla, bla, bla... Ale na szczęście listopad tuż tuż, a mój grafik na ten miesiąc wygląda już trochę rozsądniej. Loty mam na zmianę z wolnym, żadnych szkoleń, co prawda cztery dni w gotowości, a ostatnio coś nie lubią nas ze stand by wyciągać, ale tyle mogę przeboleć.

LISTOPAD:
01-02 - OFF
03-06 - SBY
07-08 - OFF
09-11 - Bangkok, Tajlandia
12-13 - OFF
14-16 - Chicago, USA
17-18 - OFF
19-21 - Waszyngton, USA
22 - OFF
23 - SBY
24 - OFF
25-26 - Bruksela, Belgia
27/28 - Dubaj, ZEA
29-30 - OFF

W internecie pojawia się sporo filmików na temat linii lotniczych. Jedne mniej zabawne, drugie bardziej. Ale to co wymyśliły linie Virgin America bardzo się wszystkim spodobało. Safety video - filmik/demonstracja na temat podstawowych zasad bezpieczeństwa podczas każdego lotu. Polecam.


A teraz po obejrzeniu filmiku Virgin America zapraszam na dzień otwarty do Qatar Airways :) 10 listopada, KRAKÓW!!! To tu dla mnie wszystko się zaczęło ponad dwa lata temu. Nie ma co się zastanawiać "Czy mi się uda..." tylko iść i spróbować! Zapraszam! 


środa, 16 października 2013

Wszystkie kolory Chicago

Lot do Chicago, jak każdy lot do USA, był męczący. Do tego różnica w czasie (9 godzin różnicy do czasu w Doha) robi swoje. Po dotarciu do hotelu, pomimo szczerych chęci na zwiedzanie i sporej grupy załogi wybierającej się do miasta - zostałam w hotelu. Znalazłam sobie kilka wymówek: zmęczenie, godzina 17, więc za godzinę słońce zachodzi, do tego jakoś nie miałam tym razem ochoty na spacer po mieście w grupie, gdzie każdy chce iść w inną stronę i zobaczyć coś innego. Wzięłam gorącą kąpiel i położyłam się spać. I jak się okazało, była to bardzo dobra decyzja. Godzina 4 rano - pobudka. Oczy jak 5zł, spać się nie chce, a do śniadania jeszcze trochę, więc przeczekałam oglądając telewizję. Cztery godziny później już byłam w drodze do metra. A dzięki porannemu, trochę przymuszonemu blokowi serialowemu, na listę puntów do odwiedzenia dodałam jeszcze jedno miejsce. 

Jednak prawdą jest, że dobrze rozpoczęty dzień jest pozytywny do końca. Na stacji metra przy moim hotelu nie było żadnej budki, tylko automat do biletów. Bilet w jedną stronę kosztował $3, a ja miałam ze sobą banknot $20. Duży czerwony napis na maszynie uprzedzał, że automat nie wydaje reszty. Nie ma problemu, na takie wypadki jest karta. Ale z niewiadomych mi przyczyn ani polska, ani katarska karta nie została zaakceptowana, chochlik jakiś. Podszedł do mnie pan z obsługi i sam spróbował jeszcze raz z obiema kartami. Rozpoznał we mnie Polkę, początkowo myślałam, że z wyglądu, ale później mnie oświeciło, że trzymał w ręku moją kartę, gdzie imię i nazwisko jak byk. Sam też mówił po polsku z amerykańskim akcentem. Automat okazał się nieugięty, a w pobliżu żadnej budki z hot-dogami nie było, żeby rozmienić dwudziestkę. No to już się z kolegą żegnałam, chciałam wrócić do hotelu i rozmienić, ale ten otworzył bramkę swoją kartą i mnie wpuścił bez biletu. Mały, bezinteresowny gest, a poprawia nastrój.

W ogóle Chicago zawsze kojarzyło mi się z miastem Polaków. Pewnie przez film "Kochaj albo rzuć", trzecią część filmowej trylogii "Sami Swoi". Przy okazji cytat z filmu, kiedy to Kargul mówi do Pawlaka na pokładzie samolotu: "Człowiek czuje się jak sołtys: wysoko, najedzony i za nic nie odpowiada". Ale wracając do tematu, Chicago faktycznie było kiedyś największym poza Polską skupiskiem Polaków. Zresztą widać to było na każdym kroku: Novak Construction, Pulaski Road i wiele, wiele innych.




Metro ponad ulicami.

Samo miasto zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Owszem, wielkie z ogromnymi drapaczami chmur, ale te piętra nade mną nie przytłaczały, tłum na ulicach był mniejszy i jakoś tak bardziej obecny, niż w innych amerykańskich miastach, które do tej pory widziałam. Z kubkiem ze Starbucksa udałam się więc do Parku Millenium. Idealne miejsce na wypicie porannej kawy w promieniach porannego słońca. No i trzeba zobaczyć tą lustrzaną fasolkę, przy której wszyscy znajomi "po fachu" pstrykają sobie zdjęcia, odkąd tylko otworzyliśmy połączenie Doha-Chicago. Zanim do niej dotarłam, zatrzymałam się na chwilę przy Crown Fountain, dwóch fontannach-wieżach, na których dzięki LEDom ukrytym za warstwą szklanych cegieł wyświetlane są obrazy i animacje. Niestety (albo stety) było zbyt słonecznie, żeby to wychwycić.



Kiedy dotarłam do rzeźby o wdzięcznej nazwie Cloud Gate - Brama Chmur (która niestety została nieoficjalnie nazwana przez mieszkańców "Fasolką", ze względu na swój kształt) nie było przy niej rzeszy turystów, której się spodziewałam. Lepiej dla mnie. Ta 110-tonowa rzeźba składa się ze 168 płyt ze stali nierdzewnej, wypolerowana tak, że nie widać ani jednego łączenia! Jej twórca, Brytyjczyk o korzeniach z Indii, Anish Kapoor, inspirował się kroplą rtęci oraz formami odbijającymi niebo. Muszę powiedzieć, że wyszło mu to całkiem ciekawie, chociaż koszt całego przedsięwzięcia był nieco wyższy, niż planowano. Zamiast $6 mln wyszło... $23 mln! Jednak ani jeden cent nie pochodził z publicznych funduszy, wszystko zostało zebrane na ten cel od chętnych firm i prywatnych dobroczyńców. A teraz trzeba czyścić fasolkę dwa razy dziennie, bo paluchy się odbijają ;)







W drodze do kolejnego miejsca natknęłam się na nietypową wystawę. Cóż, jednak nie wszystkie rodzaje sztuki są mi zrozumiałe. Ale skoro ktoś kiedyś stawiał kolorowe rzeźby krów w miastach, to mogą też być dziwne, kolorowe misie (?).




Takie to moje szczęście, że jak gdzieś jadę, to muszą coś zamykać. Na szczęście tym razem pozamykane były tylko niektóre drogi i alejki. Miasto przygotowywało się na wielki Maraton Chicago, który miał się odbywać za kilka dni. I pomimo tego, że dotarłam we wszystkie miejsca, które chciałam, okrężne drogi zabrały mi trochę czasu i nabiły kilometrów (moja mądra aplikacja na telefonie do obliczania dystansu pokazała mi na koniec dnia, że zrobiłam pieszo 8,3km zwiedzając Chicago).





Kto kojarzy serial telewizyjny "Married With Children"? Nikt? A "Świat według Bundych"? O proszę, ile osób podniosło rękę ;) Serial ten gościł w wielu domach swego czasu. Otóż serial ten rozgrywał się w Chicago, w zasadzie wszystkie sceny pokazywały wnętrze domu Bundych, ALE za to w scenie otwierającej każdy odcinek widniała Fontanna Buckingham. Dla przypomnienia:


No dobra, może i wątła to atrakcja, ale pomyślałam, że skoro już tu jestem, to pójdę i zobaczę. Nie mam co prawda idealnie tego samego ujęcia, co na filmie, ale i tak widać, że sporo nowych wieżowców się od tamtego czasu pojawiło. Fontanna jest jedną z największych na świecie. A i blisko od niej do portu nad Jeziorem Michigan.







W Chicago jest wiele atrakcji i miejsc do zobaczenia, ale jak się jest ograniczonym czasem, to trzeba i ograniczyć zwiedzanie. Udałam się więc do kolejnego punktu, bez którego wizyta w tym mieście nie byłaby zaliczona - Willis Tower (Sears Tower). Ten drapacz chmur powstał w 1973 r. i stał się wtedy najwyższym budynkiem świata (442m), przebijając wieże World Trade Center. Trzymał ten tytuł aż przez 25 lat, do momentu kiedy w Tajwanie wybudowano Taipei 101. Obecnie Willis Tower plasuje się na pozycji 8. na liście najwyższych budynków świata. Budowę ukończono zaledwie w trzy lata. Przed wjazdem na 103 piętro, gdzie znajduje się punkt obserwacyjny, puszczany jest krótki filmik o powstawaniu wieżowca. Sporo tam liczb i numerów. Ja jednak zapamiętałam jedną ciekawostkę. Ostateczny wygląd budynku został zaprojektowany dzięki... papierosom. Bruce Graham, architekt, podczas lunchu z inżynierem Fazlur Khan, złapał garść papierosów i wysunął niektóre z nich wyżej, a niektóre niżej. Tak oto powstał koncept 9 wież, które do wysokości 50 piętra rosną równo, po czym dwie z nich wzbijają się do 66 piętra, trzy kolejne do 90, a dwie najwyższe - do 108. W 2009 roku jako dodatkową atrakcję dla turystów, wbudowano cztery szklane balkony w obserwatorium na 103 piętrze. Dzięki temu można stanąć na szklanej podłodze 412 metrów nad ulicami. Pomimo tego, że balkon wytrzyma nacisk 5 ton, prawie każdy wchodzi na niego powoli i z niezwykłą ostrożnością.



Chicago - widok ze 103 piętra

Chicago - widok ze 103 piętra

Chicago - widok ze 103 piętra

Chicago - widok ze 103 piętra

Niestety, paluch na zdjęciu osoby, która robiła mi zdjęcie zauważyłam dopiero w domu...


Jak już mówiłam, Chicago zaskoczyło mnie bardzo pozytywne. Do tego pogoda i wszystkie kolory jesieni dodały swoje dwa grosze. Jeśli to miasto pojawi się po raz kolejny na moim grafiku, na pewno się z tego ucieszę i zaplanuję szczegółowo kolejną wizytę.




Album ze zdjęciami z Chicago:
Chicago, USA 10-11.10.2013