obraz

obraz

sobota, 14 stycznia 2012

Europa!


Jednak co u siebie, to u siebie J Nie ma to jak porządny, europejski Sheraton :D Oczywiście wszystkie hotele, w których się zatrzymujemy są ładne, ale na przykład w Indiach zawsze w pakiecie dostaje się typowy indyjski zapach, którym przechodzą wszystkie moje rzeczy z walizki, w Nepalu jak się zejdzie do Crew Lounge na najniższe piętro, to można zobaczyć biegającego robaczka wielkości mojego kciuka, jest zimno i gaśnie światło. A jak się przyjedzie do Europy, to i luksus i wygoda, czyściutka łazienka, aż się chce w niej zostać, kapciuszki i szlafroczek znowu się trafiły (i to bardziej komfortowe niż te w Hong Kongu, więc kolejna para powędruje ze mną do Doha). Dobra, koniec o hotelu, bo zaczynam się wymądrzać, jak nie wiadomo kto.

Przyjechaliśmy do Sztokholmu. Ponad 6 godzinny lot przeleciał w oka mgnieniu. Wszyscy ładnie spali i nawet przedszkole na pokładzie (47 dzieci!!!) nam nie przeszkadzało. Na miejscu temperatura wynosiła -6 stopni. Ja już od jakiegoś czasu nie mogłam doczekać się śnieżnej pogody, więc byłam bardzo zadowolona z mrozu szczypiącego w policzki, a razem ze mną jeszcze może ze dwie osoby. Reszta dzwoniła zębami i trzęsła się z zimna. Ja z uśmiechem na twarzy cieszyłam się rześkością powietrza. Po dwugodzinnej drzemce (tym razem nie potrzebowałam wiele, bo dobrze się wyspałam przed lotem) wyruszyliśmy na miasto. Co prawda tylko we dwójkę, ale zawsze to raźniej, niż samemu.



Sztokholm jest naprawdę pięknym miastem, latem musi być tu jeszcze piękniej. Już wiem dlaczego jest nazywany Wenecją Północy. Położony jest w sumie na 14 wyspach połączonych ze sobą 53 mostami. Pospacerowaliśmy chwilę, nakupowaliśmy słodyczy, oczywiście magnesik na lodówkę też się znalazł (tym razem w postaci pluszowego łosia z flagą Szwecji na brzuchu). Chciałam odwiedzić Muzeum Vasa, gdzie znajduje się okręt wojenny, który zatonął w 1628 roku, a wydobyty został ponad 300 lat później, ale czas jakoś tak szybko uciekał, że nie dotarliśmy do Muzeum. Nic to, następnym razem.



Wróciliśmy do hotelu, obiadek, odpoczynek i kolejna zbiórka przy recepcji. Wyszukałam sobie wcześniej w internecie, że w pobliżu znajduje się Absolut Ice Bar, bar zrobiony w całości z lodu: stoły, krzesła, meble - wszystko z lodu. Na dzień dobry dostawało się płaszczyk i rękawiczki. Drinki podawane w lodowych szklankach. W środku spodziewałam się większego tłumu, tymczasem oprócz naszej trójki było jeszcze może z 5 osób. Muzyka klubowa, nawet taka do potańczenia, ale chętnych na tańce nie było. Wypiliśmy więc po drineczku, porobiliśmy zdjęcia i marsz z powrotem do hotelu. Ogólnie wyjazd uważam za udany.





6 godzin lotu powrotnego przeleciało mi tak szybko, jak jeszcze nigdy dotąd. Szybko i pracowicie. Dostałam pozycję L2, czyli pracę w mniejszej kuchni, która znajduje się na przedzie samolotu i oddziela klasę ekonomiczną od biznesowej. Na tej pozycji nie dosyć, że się ma kuchnię we władaniu, to jeszcze mam swoją strefę w kabinie, której trzeba pilnować i obsługiwać. Jak by ciężko nie było, na koniec lotu pasażerowie byli bardzo zadowoleni, dostaliśmy wiele formularzy z pozytywnymi opiniami, a mi nawet jeden młodzieniec przy wychodzeniu z samolotu wcisnął w dłoń karteczkę ze swoim numerem telefonu i zaproszeniem na narty do Dubaju ;) Wspomnienie lotu zostaje więc miłe, a karteczka powędrowała do słoiczka z innymi zdobytymi wizytówkami. 

Album ze zdjęciami ze Sztokholmu:
Sztokholm, Szwecja, 10-11.01.2012

Przede mną jeszcze jeden dzień wolnego i znowu Europa! Plan zwiedzania Barcelony już przygotowany. Mam też kolejną informację - mój pierwszy lot obserwacyjny po szkoleniu na Boeinga 777 - Canton, Chiny!

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Oman

Krótka notatka, bo udało mi się zrobić kilka zdjęć podczas lotu do Omanu. Trafiła mi się przecudowna załoga. Szkoda, że dobra ekipa trafia się na te najkrótsze loty.



Na lotnisku w Doha wschód słońca i poranna mgła. Lot do Omanu trwał godzinę, pasażerów było 35 na 132 miejsca. I to wszystko męskie nasienie! Żadnej kobiety! Jeszcze mi się tak nie zdarzyło. W drodze powrotnej wcale nie byłyśmy bardziej zajęte, pasażerów było 44. Ale za to w biznes klasie podróżowało dwoje Polaków, dlatego dostałam awans na 15 minut :P Poproszono mnie, żebym przywitała ładnie państwa P. i podała im śniadanko. Zawsze miło się robi, kiedy w tak dalekim kraju ktoś zaczyna do ciebie mówić w ojczystym języku. Jednak państwo P. chyba za bardzo się przejęli podróżowaniem w klasie biznesowej, albo przed wyjściem na samolot połknęli kij od miotły, tacy byli sztywni. Wróciłam więc do klasy ekonomicznej, do swoich 44 pasażerów, którzy się przynajmniej do mnie uśmiechali.

I oto kilka zdjęć Omanu z lotu ptaka:
Oman, 09.01.2012

Teraz do łóżeczka. Nie przeszkadza fakt, że jest godzina 13:30. Zasłony mam dosyć szczelne. Za parę godzin pobudka i nocny lot do Szwecji. Może w końcu uda mi się zobaczyć upragniony śnieg!



niedziela, 8 stycznia 2012

Cierpliwości..

Po raz kolejny potwierdzam – loty do Indii są ciężkie. Trzeba mieć anielską cierpliwość i stalowe nerwy. I  chociaż idąc na taki lot jestem już przygotowana na wszystko, to pasażerowie potrafią mi udowodnić, że jeszcze wiele przede mną. Oprócz znanego już „Sister! Sister!” usłyszałam jeszcze „Psssst psssst!” Oż kurcze, ale się zdenerwowałam! Będzie mi tu na mnie psykał! No ale taka praca, że żebym nie wiem jak była wkurzona, nic na zewnątrz nie mogę pokazać. Nalałam mu więc z uśmiechem whisky z wodą, bo takiego drinka sobie zażyczył.

Dzień w ogóle zaczął się od lotu do Kuwejtu, przed którym spałam 4 godziny. Wróciłam, za 12 godzin kolejny lot. Do Kozikhode dotarłam więc mega zmęczona, chociaż sam lot nie był w cale taki długi, niecałe 4 godziny. Od początku w planach miałam tylko odpoczynek i tak też zrobiłam. Przespałam cały dzień, a wieczorem wybrałam się na siłownię. Nie wyszłam poza teren hotelu, chociaż pogoda była piękna, słońce i prawie 30 stopni. Po powrocie z Indii mam tylko kilkanaście godzin do kolejnego lotu – Muscat. Wracam, pakuję walizkę, złapię kilka godzin snu i fru, do Sztokholmu. I tak upłynie 6 dni. Także ze znajomymi zobaczę się po niecałym tygodniu.

Latanie czasem potrafi wykończyć. Ale czy nie jest tak z każdą pracą? Zawsze przychodzi taki moment, kiedy „zmęczenie materiału” jest naprawdę spore. Ale gdyby nie to, życie byłoby nudne. A tak przynajmniej skupiamy się przez chwilę na sobie, żeby zregenerować siły. Musimy się odprężyć, zrelaksować, zapomnieć o ostatnich kilku dniach na wysokich obrotach i przygotować się na kolejną porcję. Mój materiał jeszcze nie jest aż tak zmęczony, bez problemu pociągnę jeszcze te dwa kolejne loty: Muscat i Sztokholm. Później mam 3 dni wolnego przed Barceloną, więc wtedy będzie czas na podładowanie baterii.

W drodze powrotnej z Indii zgłosiłam się na ochotnika do galley-kuchni. Mieliśmy komplet pasażerów – 196 osób, 5 wózków z jedzeniem i piciem do przygotowania, 16 specjalnych posiłków na zamówienie, roboty więc zapowiadało się sporo. Z pewnością przybędzie kilka nowych siniaków i zadrapań. I plecy będą na pewno bolały od podnoszenia ciężkich, metalowych szuflad, w których schowane jest wszystko, czego potrzebujemy w kuchni podczas lotu. Ale to nic, siniaki i zadrapania kiedyś zejdą, plecy się wymasuje, a przynajmniej nikt nie będzie na mnie psykał! Zadowolona więc zabrałam się za swoje obowiązki, ale jedna z dziewczyn (żeby było śmieszniej – z Indii) zaczęła mi „pomagać”, przekonana, że zrobi to lepiej. Kiedy pracuje się na kuchni przy tak dużym obłożeniu, każda pomoc się przyda. Ale POMOC, a nie WTRYNIANIE SIĘ. Subtelna różnica. Szybko zrobiło się zamieszanie, bo nie wiedziałam co mam już zrobione, a co jeszcze nie. Ale jakoś sobie poradziłam. Kiedy w trakcie lotu wycierałam blat, bo ktoś rozlał trochę soku (co jest normalne, przy trzęsących warunkach pracy), koleżanka z Indii nie wytrzymała i krzyknęła do mnie z pretensjonalnym tonem: „Przestań już w końcu to czyścić! Cały czas sprzątasz i wycierasz!” No nie, tego już było za wiele. Miałam ochotę odpowiedzieć takim samym tonem, ale tylko niepotrzebnie wywiązała by się kłótnia, która nie daj Boże skończyła by się wezwaniem do szefostwa na dywanik. Powiedziałam więc grzecznie, ale stanowczo: „Moja kuchnia, to ją czyszczę! Nie wiem jak ty, ale ja lubię mieć czyste stanowisko pracy.” Odwróciłam się na pięcie i dokończyłam wycieranie. Chciałam jeszcze dodać, że to kwestia wychowania, ale w porę ugryzłam się w język. Tak więc społeczność indyjska daje mi w kość, niezależnie od tego, w której części samolotu się znajduję.

4 godziny „na zapleczu” na szczęście szybko przeleciały. Wylądowaliśmy, zameldowałam się w budynku technicznym, wychodzę na parking… Najpierw jednak wyjaśnię na jakiej zasadzie działa nasz transport. Wychodzisz przed budynek, krzyczysz do pana Hindu, Filipino, czy jaki się tam jeszcze znajdzie z rozpiską w ręku „FAREDA!” – nazwa mojego budynku, w którym mieszkam. W tym samym czasie wychodzą inne osoby i krzyczą „Al Mansoura!”, „Bin Mahmoud!”, „Elite!”, „My City!” itd. A pan Hindu/Filipino odpowiada: Al Mansoura – bus 43, Elite, My City – bus 10” itd. Wsiadasz wtedy do przypisanego busika, a ten po kilku minutach rusza w trasę i rozwozi zmęczone towarzystwo do domów. Czasami trzeba chwilę poczekać, bo nie ma akurat żadnego busa na parkingu. I nie wiem jak to działa, ale odpowiedź, którą ja zawsze najpierw słyszę to „Fareda? Wait!”. Mój budynek jest nowy, ma 5 miesięcy, mieszkają w nim same świeżynki ze stażem takim, jak ja, więc stosunkowo niedawno został dodany do trasy. Za każdym razem trzeba czekać. Tym razem po męczącym indyjskim locie wyszłam na parking i widzę 6 busów. Nie ma bata, któryś musi jechać moją trasą. I tak trzy dziewczyny z mojego lotu zostały skierowane do trzech różnych busów. Na hasło „Fareda” usłyszałam co? "Fareda? Wait!" No tak, sześć busów i żaden nie chce mnie zawieźć do domu. Trudno. Odczekałam swoje i w końcu dotarłam. Prysznic, obiad, chwila online, a za chwilę książka i spanie. Pobudka znowu wcześnie rano.

Ale że równowaga w życiu musi być, na koniec dnia dotarła do mnie miła wiadomość. Mój trening na Boeinga 777 zaplanowano na 4-5 lutego. No to teraz się dopiero zacznie, 14-godzinne latanie ;)

Czasami warto poczekać do końca dnia, zanim się go oceni :)


środa, 4 stycznia 2012

Katmandu cz.2


Ostatni lot roku 2011 – Katmandu. Tym razem miałam już ze sobą aparat fotograficzny, więc wykorzystałam go już na pokładzie samolotu. Co prawda zdjęcie zrobione przez małą szybkę obserwacyjną w drzwiach, otwór o rozmiarach akurat, żeby wpasować w niego aparat, ale może chociaż trochę uda mi się Wam przekazać ten niesamowity widok – Himalaje wyrastające ponad chmury.




W drodze do hotelu rozmawialiśmy w autobusie na temat plotek o hotelu w Katmandu. Nasłuchałam się już różnych rzeczy, że straszy, że światło gaśnie, że w lustrze pojawia się tajemnicza dama, że ktoś puka, coś skrzypi, itp. Ja mam swoją teorię na ten temat. Kiedy byłam w Katmandu po raz pierwszy, nic podejrzanego nie słyszałam, nic mi się nie przytrafiło. A to dlatego, że nie słyszałam tych opowieści przed przyjazdem. Natomiast jeśli ktoś się najpierw nasłucha o duchach, zjawach i innych zmorach, to umysł jest już przygotowany na wychwytywanie wszystkiego, co odbiega od normalności. Wtedy i hotel będzie się wydawał ponury, portier niczym z zaświatów, a cienie na ścianie będą się układały w upiorne kształty. Mieliśmy bardzo wyluzowanego pierwszego oficera z Jamajki, który jak tylko wychwycił, że jedna z dziewczyn naprawdę się boi, zaczął podsycać opowieści. Między innymi powiedział, że światło najpierw zacznie mrugać, a potem zgaśnie. Ja się tylko śmiałam pod nosem, bo dziewczyna była coraz bardziej przerażona ku uciesze Son of Jamaica. Postaliśmy trochę w korku wśród różnych busów, busików, monocyklów, rowerów, taczek i innych pojazdów. Dotarliśmy na miejsce, w hotelu zimno jak pierun! Na zewnątrz 16 stopni, w środku chyba tyle samo. Próbowałam coś pokombinować z klimatyzacją, ale temperatura się nie zmieniała. Zaczęłam się więc przebierać, mundurek poszedł do szafy, wstawiam sobie wodę na herbatę i nagle bzzzzzz….. światło zaczęło mrugać i zgasło! Jak mamę kocham! Naprawdę! W caluśkim hotelu! Oczy były przyzwyczajone do światła, więc nie widziałam nic, tylko czerń. Zaczęłam się śmiać, bo pomyślałam sobie o tej dziewczynie, która teraz pewnie umiera ze strachu. Ale po chwili zrobiło się jakoś tak niekomfortowo ;) Sięgnęłam więc do swojego bagażu po latarkę (tak, mam na wyposażeniu małą, poręczną latareczkę. Jak podczas nocnego lotu pasażerowie zasną, gasimy światło w całej kabinie, ale przecież trzeba się jakoś po niej poruszać). Zaświeciłam, zrobiło się już trochę lepiej. Po kilku kolejnych sekundach włączyło się światło. Niby nic takiego, może mają jakieś przeładowania, może korki im wywala, ale jak się nasłucha tylu opowieści, to nawet nie wierząc w te wszystkie bajki, przez chwilę każdy poczuje się niepewnie.

A światło w hotelu gasło tego wieczoru jeszcze trzy razy :)

Jako wieczorny relaks zaserwowałam sobie małą pogadankę na Skype z rodzinką, a później z czystego już lenistwa zamówiłam sobie jedzenie do pokoju, a co! Tyle razy słyszałam, że ktoś opowiadał, jak zamówił sobie room service, coś, co ja znałam właściwie tylko z filmów. Ale ponieważ wszystko jest dla ludzi, wybrałam sobie włoskie spaghetti, wypróbowane już podczas poprzedniego pobytu w tym hotelu i zadzwoniłam. Po niedługim czasie pan elegancko ubrany wniósł mi na jednej ręce tacę z całym posiłkiem. Skoro już się rozbijam po takich hotelach, to muszę zacząć też korzystać z ich usług i raz na jakiś czas poczuć się trochę „ę ą” ;)


Następnego dnia wiedziałam już co i jak, jeśli chodzi o tutejsze zwiedzanie. Dwie dziewczyny też chciały się wybrać, ale do Świątyni Małp, którą ja widziałam ostatnio, a nie chciałam tracić czasu na to samo, więc ponownie wybrałam się sama. Tym razem już solidnie przygotowana i z instrukcjami dla taksówkarza, gdzie ma mnie zawieźć. Tym razem nie było mafiozo w Toyocie sprzed 40 lat. Trafił mi się Filipino, ale na szczęście dość kumaty. 


Zawiózł mnie do świątyni Pashupatinath. Do samej świątyni nie mogłam wejść, bo tylko wyznawcy Hinduizmu, do tego urodzeni w Indii mogą tam wejść. Ale udało mi się zrobić kilka zdjęć z zewnątrz.




Świątynia ma miedziane dachy pokryte złotem. Ma cztery wejścia, z każdej strony jedno. Przed każdym z nich stała kolejka Hindusów. Przy jednym z wejść stoi pozłacany posąg Świętego Byka Nandin, który symbolizuje wyzwoloną duszę ludzką. Oczywiście dostrzegł mnie jakiś przewodnik i bardzo dobrze, bo pokazał mi tyle miejsc, że na pewno sama bym do nich nie trafiła – miejsca modlitwy, miejsca do składania próśb, obsypując wszystko płatkami kwiatów, ogromne znicze, od których zapala się pochodnie w podziękowaniu za spełnioną prośbę. Wielkie wrażenie wywarło na mnie Arya Ghat, miejsce używane do kremacji ciał zmarłych nad rzeką Bagmati. Właściwie na początku myślałam, że przewodnik opowiada mi o tym, co kiedyś się tu robiło, ale kiedy tam dotarliśmy, dym unosił się wysoko w powietrze, kilka stosów było rozpalonych, przy każdym z nich zgromadzona garstka rodziny. Zanim przystąpi się do takiej ceremonii, zmarłemu trzeba ogolić włosy, brwi i wąsy, nie zostawia się na nim żadnych ciuchów ani biżuterii. Owija się w specjalną tkaninę. Zazwyczaj najstarszy syn powinien się zająć podpaleniem, ale jeśli nie potrafi, można wynająć mężczyznę, który to zrobi. Wszystkie rzeczy zmarłego, ubrania, biżuteria, inne rzeczy, które miał przy sobie, wrzuca się do rzeki. Dlatego bardzo często można tam spotkać biednych ludzi, plądrujących rzekę. Całkowite spalenie ciała zajmuje 3,5 h, a prochy rozsypuje się nad rzeką. Potem syn ubiera się na biało i udaje się do świątyni, gdzie spędza 13 dni. Przy rzece jest nawet hospicjum, ludzie specjalnie przyjeżdżają tu u schyłku swojego żywota, żeby później ich ciało zostało spalone. Kremacja zapewnia im reinkarnację. Przy pogrzebaniu w ziemi nie mają na to szans. Osobne „platformy” są dla ludzi z różnych szczebli społecznych. Pierwsza z nich była dla króli, więc teraz pozostaje pusta. Druga jest dla ważnych osobistości i na tej się palił stos. Osobne są też dla ludzi armii, osobne dla ważnych ludzi biznesu. Ogólnie całe to miejsce było trochę przerażające, zwłaszcza płonące stosy… I jeszcze jedna ciekawostka, pielgrzymi bardzo często zanurzają się w rzece Bagmati wierząc, że kąpiel w wodzie zmieszanej z prochami zmarłych sprawi, że w kolejnym wcieleniu nie staną się zwierzętami..





Po drodze minęliśmy miejsce, gdzie kiedyś składano ludzkie ofiary, niestety nie mogę sobie przypomnieć nazwy tego miejsca. W każdym razie zaprzestano ofiar z ludzi około 300 lat temu, teraz raz w miesiącu składa się tu ofiarę ze zwierząt. 


Jest też posąg boga z kilkoma rozcięciami w różnych miejscach. Jeśli ktoś ma problem z nogą, przychodzi w to miejsce i wsuwa pieniądze w szparę w nodze – noga będzie wyleczona. Jeśli jest problem z sercem – jest i szpara w klatce piersiowej. 


Kawałek dalej w skałach wydrążone są trzy chatki, w których zamieszkuje trzech mnichów. Pierwszy, w najniższej chatce jest ubrany na czarno i można mu „robić wszystko i jeść wszystko, nawet ludzi”, jak powiedział przewodnik. Drugi ubiera się na biało i już ma kilka ograniczeń. Nie może jeść mięsa i musi zachować czystość. Nie ma więc swojej rodziny. Trzeci natomiast wymalowany jest na kolorowo. Cała trójka może udzielić rad, jeśli tylko ma się problem i jeśli przyjdzie się z pieniężna darowizną. A wszystkie pieniądze przeznaczane są na podróże kształcące mnichów lub na owoce dla zwierząt w tutejszym parku. 


Tenże właśnie park był kolejnym przystankiem. Sam park nie zrobił na mnie wrażenia, biegało po nim sporo małpek i jeleni. Ale za to widok na Katmandu z wysokimi, białymi szczytami w tle był już bardzo ciekawy.



Przewodnik zabrał mnie w kolejne miejsce – dom opieki Matki Teresy. Mieszkają tu same babcie i dziadzie, wygrzewający swoje stare kości w promieniach słońca w każdym możliwym miejscu. Dookoła porozwieszane pranie, ludzie śpią, modlą się, jedzą. Kuchnia funkcjonuje głównie z darowizn, więc i ja dorzuciłam parę groszy. Chciałam porobić kilka zdjęć, ale jedna babulinka zaczęła coś wykrzykiwać w swoim języku ze srogą miną, więc zrezygnowałam. Przewodnik przetłumaczył mi później jej słowa: „Co to ma być?! Wszyscy mnie fotografują! Taka piękna jestem, że tylko zdjęcia i zdjęcia! Dosyć tego!” – mniej więcej coś w tym rodzaju.




 

Ze świątyni hinduskiej wybrałam się do świątyni buddyjskiej. Wcześniej jednak podziękowałam swojemu przewodnikowi, zapłaciłam mu tyle ile chciał, bo zasłużył. Dał mi też swój numer telefonu i powiedział, że następnym razem jak będę w Katmandu, to on może oprowadzić mnie po innych miejscach. Nie trzeba nawet brać hotelowej taksówki, bo on ma swój motor :D Tak, obserwując ruch uliczny w Nepalu, przypominający ten w Indii, czyli jednym słowem samowolka, już widzę jak wsiadam na motor z jakimś Nepalczykiem, jeszcze pewnie bez kasku, bo po co komu kask ;)

Przewodnik - Nirag :)

Boudhanath – kolejny przystanek. Tym razem bez przewodnika, więc wiadomości wyszukałam sobie w sieci. To największa buddyjska świątynia w Nepalu i też najbardziej czczona. Dookoła znajduje się mnóstwo sklepików z drobnostkami dla turystów oraz wiele małych, buddyjskich świątyń. Boudhanath to ogromna biała kopuła, która potrafi oślepić odbijając promienie słońca. Podobną widziałam poprzednim razem w Świątyni Małp, ale tamta była zdecydowanie mniejsza. Jednak para oczu obserwująca każdą stronę świata to czynnik wspólny obu świątyń. Pod każdą parą oczu, zamiast nosa jest znak zapytania, oznaczający cyfrę 1 w języku nepalskim. Symbolizuje to jedność i jeden tylko sposób, by osiągnąć oświecenie, a mianowicie przez nauki Buddy. Z najwyższego miejsca kopuły rozciągają się we wszystkich kierunkach kolorowe chorągiewki, które w rzeczywistości są kolorowymi chusteczkami, zapełnionymi nepalskimi napisami.






Pierwszy obraz tej świątyni, jaki ukazał się moim oczom, był niesamowity – bielusieńka świątynia z wyraźnymi, niebieskimi oczami, ozdobiona kolorowymi chustami i ze sznurkiem medytujących mnichów tybetańskich. Do tego z ogromnych głośników rozlegały się dźwięki muzyki sprzyjającej medytacjom. Nie dało się przejść obojętnie, głębokie rozmyślania same dopadały człowieka.. Żeby chociaż trochę przybliżyć ten klimat, nagrałam krótki filmik.


Ogólnie część drugą wycieczki do Katmandu uważam za udaną. A Sylwester? Nie odczuwalny w żaden sposób w tym roku. No, może podczas żegnania pasażerów oprócz „Dziękuję, do widzenia” mówiłyśmy też „Szczęśliwego Nowego Roku”. Północ wybiła, gdy byliśmy w autobusie, jadąc z samolotu do budynku technicznego, więc bez rewelacji. W Doha – żadnego pokazu sztucznych ogni. Wszystko wystrzelali podczas National Day 18 grudnia, ale to opiszę innym razem.

wtorek, 27 grudnia 2011

Cing-ciang-ciong

Wróciłam z Hong Kongu o 6 rano, poszłam od razu spać i wstałam o 17. Jak już kiedyś wspominałam, pory dnia mi się totalnie poprzestawiały. Tak więc siedzę sobie teraz, zajadam pierogi z kapustą i grzybami, które się jeszcze uchowały z maminej paczki i czekam na kolejny lot o 5 rano.

To nie było mądre posunięcie, ale jakoś tak wyszło. Dzień przed Wigilią ogarnął mnie jakiś taki smutny nastrój. Smutny z powodu odległości dzielącej mnie od wszystkich bliskich. Wieczorem wyszłam więc do Souq Wakif odstresować się przy marokańskiej herbacie i arabskich słodyczach baklawa. Wróciłam do siebie po godz. 2:30, posiedziałam jeszcze z godzinkę przy komputerze i poszłam spać. Obudziłam się o 7 rano, wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i położyłam się na drugą turę spania. I tak do 11:00. I to by było na tyle, jeśli chodzi o spanie przed lotem do Hong Kongu. A, przepraszam, jeszcze godzinna drzemka od 21:00 do 22:00. Przetrwałam ponad 7 godzinny lot, bo cały czas byłyśmy wszystkie zajęte, miałyśmy może z godzinkę przerwy między jednym serwisem, a drugim, żeby samemu coś zjeść. Przyjechaliśmy do hotelu, który znajduje się na Wyspie Lantau. Hotelowa winda pachniała choinką! Myślałam, że przez przypadek, może ktoś akurat transportował drzewko do góry, ale kolejnego dnia zapach był równie intensywny. To się nazywa świąteczny klimat ;) Weszłam do pokoju, sprawdzam szafę – szlafroczek i kapciuszki! Od miesiąca poluję na hotel z kapciuszkami, które mogłabym zabrać do Doha. A ostatnio cały czas trafiałam na hotele ze szlafrokiem , ale bez kapci. Aż w końcu się trafiło. Dodatkowo na nocnym stoliku przy łóżku widniała czerwona mikołajkowa skarpeta, a w niej… piernikowy chłopek! Naprawdę, za każdym razem jak wchodzę po raz pierwszy do nowego pokoju hotelowego, myślę sobie, że uwielbiam tą pracę!



Zebrałyśmy się we cztery dziewczyny chętne na wyjście. Pojechałyśmy więc do miasta już godzinę po przyjeździe do hotelu. Myślałam, że pozwiedzamy sobie we cztery, ale jak tylko dotarłyśmy do centrum, jedna powiedziała, że jest z kimś umówiona, dwie pozostałe koniecznie chciały iść na zakupy. No a ja nie będę przecież w Hong Kongu „zwiedzać” tych samych sklepów, które mam w Doha. Poszłam więc sama w bliżej nie znanym mi kierunku. Ulice przepełnione ludźmi. Tłumy wręcz wylewają się z każdego możliwego miejsca, z każdych drzwi, z każdej szczeliny. Nawet zwykłe przejście przez ulicę na pasach wygląda, jak przejście pielgrzymki do Częstochowy. 



Nic dziwnego, Hong Kong ma jedną z najwyższych średnich gęstości zaludnienia – 6200 osób na km2. Ale mimo tego mają w mieście sporo zielonych miejsc. Większość mieszkańców mieszka w kilkudziesięciopiętrowych blokach. Po prostu wymyślili sobie, że będą się rozrastać wzwyż, a nie wszerz ;) Miasto błyszczy od blasków neonów i migających reklam, wśród tłumu na ulicy można wypatrzeć kilka osób próbujących zebrać kilka dolarów przez śpiewanie, granie, rysowanie. Prawie sami Azjaci, jak dla mnie – wszyscy wyglądający tak samo. Dziewczyny poubierane w kurtki z futerkiem i miniówki ledwo zakrywające pupę, do tego cienkie kabaretki opaska na włosy z uszami Myszki Miki..



Po jakimś czasie spotkałyśmy się z dziewczynami w umówionym miejscu, skąd miałyśmy razem iść na Laser Show. Pomyślałam, że laser show w Hong Kongu, to musi być naprawdę coś. A tymczasem okazało się, że na dwóch wysokich budynkach umieścili po trzy zielone nitki laserowe i machali nimi to w lewo, to w prawo. Zachwyt tłumu jak dla mnie był niewyjaśniony. To już na dyskotece w Izdebniku pod Krakowem widziałam lepszy pokaz, kto był ten wie ;) Ale sama sceneria robiła wrażenie, więc i tak mi się podobało. Próbowałam zrobić zdjęcie panoramiczne, ale rękę mam jeszcze nie wyćwiczoną do nowego aparatu. Za to kupiłam piękny magnes na lodówkę z dokładnie taką panoramą, jaką próbowałam uchwycić. Swoją drogą, moja lodówka może się poszczycić już całkiem niezłą kolekcją ;)






Metro – kolejne miejsce obrazujące gęste zaludnienie Hong Kongu. Już po kilku minutach człowiek się przyzwyczaja i przestaje reagować na popchnięcia, szturchania, deptanie po piętach, itp. Stacje metra wyglądają podobnie, jak w europejskich miastach, z tą różnicą, że samo torowisko jest oddzielone szklaną ścianą. Kiedy pociąg metra wjeżdża na stację, jednocześnie otwierają się drzwi w szklanej przegrodzie i drzwi pociągu, które o dziwo zawsze znajdują się na tej samej wysokości.



Podczas drogi powrotnej do hotelu kilka razy mi się przysnęło, dlatego po dotarciu do pokoju wzięłam szybki prysznic i do łóżka. Obudziłam się po 16 godzinach. Oczywiście, budzik był nastawiony dużo wcześniej, ale mój organizm się jemu sprzeciwił: jedna ręka go wyłączyła, druga nakryła mnie kołdrą i całe ciało zgodnie przewróciło się na drugą stronę. Z jednej strony dobrze, bo w końcu zregenerowałam siły, ale z drugiej straciłam sporo czasu. Na szczęście miałam już mały plan zwiedzania zrobiony, musiałam tylko okroić go trochę ze szczegółów. Wybrałam się na wyżynę Ngong Ping. Sznurek ludzi oczekujących na kolejkę linową trochę mnie przeraził, ale jedyne 40 minut i było po krzyku. 


Podróż na wyżynę w wagoniku kolejki z przezroczystą podłogą była naprawdę niesamowita. Po około 20 minutach takiej jazdy zza wzgórza zaczął wyłaniać się ogromny posąg Buddy Tian Tan. Niestety, nie udało mi się do niego dotrzeć i pokonać 268 prowadzących do niego schodów ze względu na ograniczenie czasowe. Nie szkodzi, ten największy na świecie, warzący ponad 250 ton i mierzący 34 metry posąg Buddy z brązu nawet z daleka robił wrażenie. Pospacerowałam sobie za to po Ngong Ping Village, w samym sklepie z herbatami spędziłam chyba ze 30 minut :) Przed zejściem na dół - kolejna godzina w kolejce. Ale nawet nie wiem, kiedy ta godzina zleciała. Kolejka była niesamowicie długa, co kilkanaście metrów stał chłopek z tablicą informującą, że z tego miejsca czas oczekiwania wynosi 45, 60, czy 75 minut, ale cały czas pomalutku się ruszała, więc nie było źle.






Widok na budynki mieszkalne po zmroku.

Lot powrotny zapowiadał się spokojnie, tylko 90 pasażerów i ponad 9 godzin lotu. Dostałam kuchnię, w której czuję się już coraz pewniej. Pomiędzy dwoma posiłkami, które serwujemy w tym locie, mamy jakieś 4 godziny przerwy, kiedy nie wiadomo, co ze sobą zrobić. Spędziłyśmy więc czas na grach i zadaniach typu: przesuń 3 zapałki, żeby z czterech kwadratów zrobić trzy. Tylko że zamiast zapałek używałyśmy tubek z cukrem do herbaty ;) Aż mi się umysł zaczął przegrzewać, więc zabrałam się za podgrzewanie śniadania dla pasażerów.

Wróciłam rano do siebie, mój jednodniowy stand by zmienili mi już na Muscat w Omanie. Lecę więc za parę godzin. Następna relacja pewnie po Nowym Roku z Nepalu. Już raz tam byłam, zobaczyłam sporo, ale jeszcze sporo jest do odkrycia ;)

Hong Kong 25-27.12.2011